Proskrypcyjna kultura. Wykracza poza polskie opłotki
Proskrypcyjna kultura. "Sprawa wykracza poza polskie opłotki i demonstruje, czym jest naprawdę demokracja liberalna"

Oto liberalna arystokracja, która oburzona jest próbą wpychania się motłochu na salony. To, że rodowód swój i prawomocność w dużej mierze czerpie z PRL, zupełnie jej nie przeszkadza.
Listy proskrypcyjne w starożytnym Rzymie to oficjalnie ogłaszane przez zwycięzców w wojnie domowej spisy ich przeciwników pozbawionych praw obywatelskich oraz majątku. Ich zabójstwo było premiowane, a ci, którzy pomagali w sporządzaniu list, byli nagradzani, często majątkami ofiar swoich donosów.
W Polsce dziś wracamy do tamtych praktyk. Czasy łagodniejsze, więc nikogo jak dotąd, ku żalowi gorliwych, się nie zabija, a nawet nie pozbawia majątku, ale usuwanie z pracy i w ogóle ze sfery publicznej praktykowane jest w całej rozciągłości. Taka „Wyborcza” w dużej mierze przekształcona została w biuletyn proskrypcyjny, który pogania obecne władze w szczytnej kampanii depisizacji, zżyma się na ich gnuśność i wyszukuje ukrytych sympatyków minionego reżimu, których należy zneutralizować. W tym zbożnym dziele znajduje licznych sojuszników w rodzaju TVN, RMF FM, Onetu, „Newsweeka”, Radia ZET, „Polityki”, ale wydaje się, że żaden nie potrafi równać się z organem Michnika.
