Gwóźdź dla Tuska. "To standard rodem z krainy Putina"Gwóźdź dla Tuska. Tusk pozwolił kraść: pieniądze i miejsca w kolejkach. Gryzie paznokcie i knuje: jak z tego wyjść? Jak to rozbabrać

Upartyjnienie wszystkiego, co się da (zwłaszcza rad nadzorczych spółek publicznych), skłonność pazernych działaczy do ssania pieniędzy na lewo i prawo (w przypadku dziarskiego młodzika Kacprzyka – w dużej mierze na lewo), pogarda wobec zwykłego zjadacza chleba (omijanie kolejek, w których może sobie czekać plebs, i urządzanie saloników dla partyjniaków), kaskada kłamstw, na których są łapani, gdy próbują zaciemniać obraz afery oraz ostentacyjne przymykanie na wszystko oka przez politycznych bonzów.
Premier czeka. Patrzy. Obserwuje. Gryzie paznokcie i knuje: jak z tego wyjść? Jak to rozbabrać, kogo rzucić do robienia sztucznej mgły? Giertych? Zawsze jest dobry, bo nie cofnie się przed najpodlejszymi numerami. Arłukowicz? Wciąż ma u nas dług wdzięczności, a do tego jest lekarzem – nadaje się idealnie. Może wyśmieje tomografię zwłok jakimś Tutanchamonem? Ale szef rządu wie, że sam także musi dorzucić do pieca. I robi to.
Wiarygodny był dla niego patus Murański, ale doświadczony, odważny chirurg wiarygodny nie jest. Tusk odbiera mu ten przymiot, jeszcze zanim skończy się przesłuchanie dr. Emila Jędrzejewskiego. To standard rodem z krainy Putina, a nie z rzekomo liberalnej demokracji. Ustawia w ten sposób prokuraturę, dając jasny sygnał: tego sygnalistę trzeba zniszczyć, przycisnąć do gleby, upodlić. Śledczy przesłuchują więc lekarza wiele godzin. Nie godzą się na przełożenie zeznań na inny termin, by mógł stawić się w prokuraturze z pełnomocnikiem. Tylko po to, by po zakończeniu czynności rzecznik prokuratury mógł zasugerować, że lekarz ma coś do ukrycia. Akcja jest prowadzona wielotorowo, bo do gry wchodzą medialne cyngle z jednym zadaniem: skompromitować sygnalistę.
