Emerytowany pułkownik wojsk rakietowych o rosyjskim pociskuEmerytowany pułkownik wojsk rakietowych o rosyjskim pocisku

Portal wPolityce.pl zwrócił się do eksperta z zakresu wojsk rakietowych, by wyjaśnił z czym mieliśmy do czynienia na Lubelszczyźnie, gdzie wybuch rosyjskiej rakiety spowodował lej o średnicy 10 metrów. "To nie jest pocisk balistyczny, bo pociski balistyczne mają inną trajektorię lotu i inaczej są zbudowane, inaczej się przemieszczają. Ch-101 ewidentnie jest pociskiem manewrującym" - mówi nam płk prof. inż. Maciej Marszałek. Wcześniej o pocisku balistycznym mówił na konferencji premier Donald Tusk. Nasz rozmówca wyjaśnia także wiele zawiłości dotyczących zestrzelenia groźnego obiektu.
Co tak naprawdę uderzyło w pole we wsi Tarnawa-Kolonia na Lubelszczyźnie? Czy to był pocisk balistyczny jak stwierdził w czasie pierwszej konferencji premier Donald Tusk? Jak przekazał, wszystko wskazuje na to, że była to rakieta Ch-101. Tyle że to jest pocisk manewrujący typu powietrze ziemia. O wyjaśnienie tej sprawy poprosiliśmy eksperta z zakresu wojsk rakietowych płk. prof. inż. Macieja Marszałka, który w tej formacji wojskowej spędził wiele lat.
To nie jest pocisk balistyczny, bo pociski balistyczne mają inną trajektorię lotu i inaczej są zbudowane, inaczej się przemieszczają. Ch-101 ewidentnie jest pociskiem manewrującym i Rosjanie nie ukrywają, że używają go ponieważ jest trudny wykrycia i do zniszczenia. Jak jego sama nazwa wskazuje zmienia kurs i manewruje, wykorzystując nierówności terenu. Porusza się ze stosunkowo dużą prędkością na małych wysokościach, a czym taki obiekt przemieszcza się niżej, tym jest trudniejszy do wykrycia, jak i trudniejszy do zestrzelenia. A zatem jest to bardzo niebezpieczny pocisk, tym bardziej, że jego zasięg jest duży
Rosyjska rakieta wtargnęła w głąb Polski na prawie 100 km i doleciała do strefy operacyjnej.
Mówimy tu o broni, która jest odpalana na przykład z samolotów bombowych. Te samoloty bombowe nadlatują w określonej przestrzeni powietrznej i do pewnej granicy, z dala od przeciwnika, po czym w tej bezpiecznej dla siebie przestrzeni te pociski dopalają. Później one przemieszczają się aż do punktu uderzenia. Czasami mogą być wytrącone z zaprogramowanego toru lotu poprzez urządzenia zakłócające, bądź też może nastąpić anomalia techniczna i wtedy ten pocisk leci tam, gdzie nie powinien. W takim przypadku może nastąpić tzw. zwana samodestrukcja, bądź też uderzy on gdzieś indziej i wtedy mamy do czynienia z taką sytuacją, jak choćby na terenie Lubelszczyzny
- dodaje nasz rozmówca.
Nie można pomylić samolotu z rakietą?
Groźnego obiektu, który wtargnął w polską przestrzeń powietrzną nie zdecydowano się zestrzelić. Według przekazanych opinii publicznej informacji obiekt był śledzony na radarach, a premier Tusk oświadczył, że wojsko było gotowe do jego zestrzelenia w każdej chwili. Dowództwo Operacyjne RSZ zakomunikowało jednak, że pocisk, który zdążył wlecieć prawie 100 km w głąb kraju nagle zanikł ze wskazań systemów radiolokacyjnych. W tym czasie w powietrzu były już polskie myśliwce. Czy określenie z czym rzeczywiście mamy do czynienia trwało tak długo, że rosyjska rakieta zdążyła dolecieć w okolice Lublina? Czy reakcja na tę sytuację nie powinna być o wiele szybsza? Rakieta uderzyła niecałe 2 km od osiedli mieszkalnych.
Państwo polskie funkcjonuje dziś w warunkach pokoju i te procedury są o wiele bardziej rygorystyczne niż w warunkach wojny. To znaczy, że zanim dojdzie do zestrzelenia, taka decyzja musi przejść pewien ciąg wydarzeń reagowania stosowanie do zagrożenia. Sytuacji wojennej prawdopodobnie ten pocisk byłby zniszczony, zestrzelony. Natomiast teraz w okresie pokoju, decyzję o zestrzeleniu podejmuje się w ostateczności, ale po wcześniejszym rozpoznaniu i to najczęściej rozpoznaniu wzrokowym, żeby wiedzieć i mieć pewność, że to nie jest samolot, bo samolot ma to do siebie, że może zbłądzić. Różne sytuacje się zdarzają i takie jakby ochotne działanie, może przynieść bardzo złudny sukces. Natomiast możemy nakręcić spiralę wydarzeń na arenie międzynarodowych i to będzie miało o dużo większe negatywne skutki niż ten sukces w postaci zestrzelenia. Dlatego rozumiem pewną ostrożność
- wyjaśnia płk. prof. Marszałek.
Według słów premiera Tuska ukraińskie myśliwce starały się przechwycić przy granicy pociski, które zmierzały w stronę naszego kraju. Skoro tak, to co im w tym przeszkodziło? Czy ustalając jakiego typu obiekt wlatuje do Polski obawiano się, że to może być ukraiński samolot? Czy można go pomylić na radarze z pociskiem manewrującym?
Z tego co wiem, to pocisk ten jest o zmniejszonej skuteczności odbicia. Czyli chodzi o wskaźnik, który gwarantuje nam, że coś jest bardzo dobrze widzialne na radarze, a co jest źle, czy też gorzej. Ten obiekt jest po prostu trudniejszy do wykrycia. Natomiast mamy pewne przedziały, w których się te wskaźniki mieszczą i na tej podstawie można odróżnić, taki samolot od jakiegoś innego obiektu
- ocenia nasz rozmówca.
Papierowa Tarcza Wschód! Umocnienia na obrazku z Tuskiem
Czy tu nie powinno się reagować szybciej?
Lubelszczyzna to obszar, w który regularnie wlatują ruskie drony i pociski. We wrześniu ubiegłego roku mówiło się wręcz o ataku na Polskę kilkudziesięciu bezzałogowców, których szczątki odnajdywano później miesiącami. Dlaczego obszar najbardziej zagrożony nie jest bardziej pilnowany, dlaczego nie podejmuje się tu szybszych decyzji?
Myślę, że jest jednak większa koncentracja uwagi na tym odcinku przestrzeni powietrznej, bo to jest teren szczególnie zagrożony. Nawet jeśli działania wojenne toczyły się w odległości setek kilometrów, to jednak jest to rejon podwyższonego ryzyka. Samoloty, które były w powietrzu są dobrym środkiem do identyfikacji i potwierdzenia, że na przykład nie mamy do czynienia z innym samolotem, ale że to jest pocisk. Pocisk, który przemieszcza się z prędkością do ok. 800 km/h i manewruje. Po takiej identyfikacji powinny pójść za tym jakieś działania o charakterze reagowania. Powinny być użyte jakieś potencjalne efektory, służące fizycznej jego destrukcji. Absolutnie zgadzam się, że ten rejon powinien być takim regionem szczególnej troski i wzmocnienia wysiłków nie tylko w zakresie rozpoznania, ale również środków reagowania, reagowania tak, żeby społeczeństwo czuło się no bezpiecznie
- mówi płk prof. Marszałek z Uniwersytetu w Siedlcach. Wykładowca i ekspert ds. bezpieczeństwa ma także kilka uwag, jeśli chodzi o sposób ostrzegania obywateli o zbliżającym się i ustającym zagrożeniu.
Przesłuchiwałem się uważnie dzisiejszym informacjom. Były te sygnały alarmowe, ale i ja miałem nawet kilka telefonów, w których pytano mnie czy się bać czy się nie bać, martwić się, czy się nie martwić. Jestem nie tylko pracownikiem naukowym, ale mam także doświadczenie w tym zakresie. Prowadziłem masę szkoleń związanych z ochroną ludności, obroną cywilną. W mojej ocenie dobrze by było, gdyby już po tym wszystkim, oprócz takiego odwołania zagrożenia sygnałami dźwiękowymi - nie każdy człowiek może to kojarzyć, to nadal pozostaje piętą achilesową naszego społeczeństwa- żeby RCB wysłało SMS. Nie tylko ten o konieczności wzmożonej ostrożności, ale także informację, że już można się nie martwić. Tu chodzi o uspokojenie społeczeństwa
