Tusk wprowadza plan B. Wypróbowali go bolszewicy i faszyściCedzyński: Tusk wprowadza plan B. Wypróbowali go bolszewicy i faszyści
Donald Tusk, jak każdy dobry strateg, nie zostawia niczego ślepemu losowi, w tym przypadku kaprysom wyborców. Zawczasu przygotowuje wyjście awaryjne. Ucieczka? W żadnym wypadku, przeciwnie – atak i to dosłownie. Na razie plan jest w fazie testów na ograniczonej próbie badawczej, ale mechanizm został sprawdzony wielokrotnie. W Polsce Tusk chce go tylko odkurzyć i naoliwić.
Tusk prosi swoich o zrozumienie
Premier od dobrych kilku tygodni przerzuca zapowiedź realizacji planu B, który może zmrozić nawet najzagorzalszych zwolenników obecnej władzy. To ich w pierwszym rzędzie prosi o zrozumienie. Tak było choćby na Campusie w Olsztynie, gdzie zastrzegał, że nie wszystkim spodoba się to, co zamierza zrobić.
Szef rządu zabezpiecza jednocześnie propagandowe tyły, bo media od „Gazety Wyborczej” po „Sueddeutsche Zeitung" usprawiedliwiają bezprawne posunięcia Tuska skutecznością i co więcej żądają bardziej zdecydowanych działać zarówno od niego, jak od jego podwładnych – „niech ręka mu nie zadrży”.
„Wszystkich zdrajców trzeba aresztować!”
Do roboty na serio wzięli się też wszelkiego rodzaju frustraci, którzy nie mają już nic do stracenia, bo zaprzepaścili już zbyt wiele, by oszczędzać na ryzyku. Zwłaszcza, gdy ryzyko dotyczy innych.
Dlatego do życia powoli próbuje wrócić Janusz Palikot. Były wpływowy polityk Platformy Obywatelskiej, założyciel jeszcze bardziej lewackiego Ruchu Palikota, późniejszego Twojego Ruchu, w ostatnich latach stracił swój blask. Zbankrutował tak w polityce, jak i w biznesie. Został bez pieniędzy, a więc i rzeszy przyjaciół z elit kręcących się wokół obecnie rządzących. Jedyne co ma, to zarzuty w prawie o zatracenie kilkudziesięciu milionów złotych ze szkodą dla kilku tysięcy inwestorów.
Ciężkie czasy i krótka pamięć sprzyjają jednak takim jak on. Zwłaszcza, że znów zaczyna brylować w podcastach swoich dawnych przyjaciół. Tomasz Lis, niegdyś bardzo popularny piewca polityki Tuska, dziś potrafi skrytykować go za nie dość twardą rękę. Do swojego ostatniego podcastu zaprosił właśnie Palikota. Opublikowany odcinek programu pojawił się pod wdzięcznym tytułem: „Wszystkich zdrajców trzeba aresztować!”.
„Zamach stanu, nie ma wyjścia”
Były bliski współpracownik Tuska z PO objaśnia, w jakim położeniu znalazł się teraz premier.
Czy my w Polsce i Europie możemy obronić demokrację metodami demokratycznymi? To jest największe zadanie, jakie przed nami stoi (…). Mi się wydaje, że nie mamy wyjścia innego niż coś w rodzaju zamachu majowego w Polsce. Trzeba pójść dalej
- mówił Palikot tonem jakby podawał przepis na sałatkę z grzybami. Nic dziwnego, zasięgi na swoich kontach w mediach społecznościowych robi m.in. na kulinarnych poradach.
Lis wiedział już, że zaprosił właściwego człowieka.
Czyli chce pan powiedzieć, że demokracja walcząca ma sens, tylko Tusk musi mocniej przycisnąć, tak?
- spytał ze zrozumieniem.
Trzeba pójść dalej, Trybunał Stanu może być początkiem tej akcji. Tusk musi aresztować ludzi opłacanych przez Rosję, działających w Polsce na niekorzyść polskiego państwa. No, nie mamy innego wyjścia
- kontynuował Palikot.
Następnie porównał sytuację w Polsce do faszystowskich Niemiec z początku lat. 30. zeszłego wieku.
W Niemczech faszystowskich w '32, '33 roku, gdy demokratycznie wygrało NSDAP, tak jak dzisiaj wygrało AfD w Saksonii, to demokraci nie mieli odwagi, bo to się nie mieści w ich DNA demokracji, nie mieli odwagi złamać reguł demokratycznych i to się skończyło drugą wojna światową
- uzasadnia ze spokojem konieczność zawieszenia demokracji w Polsce.
„Tusk ma ten gen, na szczęście”
W dalszej części programu Lis zapytał, czy Tusk ma ów gen, który pozwoli mu „pójść na twardo”.
Palikot nie miał wątpliwości.
Na szczęście ma
- uspokoił Lisa.
Potem obydwaj rozmówcy uzupełniali swoje narzekania na wszystkich, którzy obawiają się chaosu spowodowanego działaniami Tuska i Berka w Trybunale Konstytucyjnym.
Ach, oni są żałośni
– dopowiadali jeden przez drugiego.
Padły również zaskakujące porównania Tuska do Piłsudskiego. Tego drugiego za obopólną zgodą nazwano zamordystą. Jednak, jak się okazało, taki zamordyzm wcale nie jest zły, bo pozwala lepiej przygotować się do wojny. Poza tym, jak stwierdził Lis, Piłsudski uwięził porządnych ludzi, a tutaj trzeba aresztować „kanalie, które tę Polskę zdradziły”.
Mechanizm już wypróbowany
Czy Palikot jest nowatorski w swojej retoryce, proponując bez mrugnięcia okiem zamach stanu, a więc potencjalną wojnę domową, w zamian za przyszłe powszechne korzyści? Ależ skąd! Zresztą skoro sam sięgał do przykładów z pierwszej połowy zeszłego stulecia, warto wrócić do podobnych czasów.
Zacznijmy nawet nieco wcześniej.
W programie Rosyjskiej Partii Komunistycznej z 1919 r. znalazło się uzasadnienie zapowiadanych restrykcji bolszewików:
Pozbawienie praw politycznych i ograniczenie wolności są potrzebne tylko tymczasowo, jako walka z ludźmi próbującymi odzyskać swoje przywileje.
Brzmi znajomo? Podobnie jak u Palikota, proponowane nadzwyczajne środki są przedstawiane nie jako przekreślenie wartości, lecz jako warunek ich ocalenia.
Oczywiście odejście od demokracji nie jest na stałe. TYMCZASOWO, ma się rozumieć. A kiedy ów ponury czas wyrzeczeń minie? Bolszewicy odpowiadali i na to pytanie:
Kiedy zniknie możliwość wyzysku, zniknie również konieczność tych tymczasowych ograniczeń wolności
- określali z właściwą sobie precyzyją. W realnym języku oznacza to: nigdy, bo który władca dobrowolnie oddaje władzę, którą przejął. Zagrożenie utraty wartości, o które się walczy, będzie trwało wiecznie. Może być ono jedynie mniejsze lub większe. Jednak zawsze musi być pod kontrolą.
Rok 1933
A co ze wskazanym rokiem 1933 w Niemczech, na który powołał się Palikot.
28 lutego 1933 r., po pożarze Reichstagu, wydano „Dekret prezydenta Rzeszy o ochronie narodu i państwa”. Podpisał go prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg oraz kanclerz Adolf Hitler.
W tym dokumencie również zawieszano wartości demokracji i także miał to być środek obronny. Dlatego też następowało zawieszenie m.in. wolności słowa, wolności prasy, prawa do zgromadzeń, zrzeszania się i ochrony korespondencji.
Pozbycie się ich również nie było „na zawsze”, a jedynie „do odwołania”.
Frustraci do garów
Niedawno Palikot proponował założenie telewizji, którą wsparłby swoim autorytetem. Na szczęście nic oficjalnie nie słychać o inwestorach chcących wejść w spółkę z panem Januszem.
Dlatego trzeba mieć wiarę, że podobni frustraci pozostaną tam, gdzie ich miejsce. W przeciwieństwie do nich, nikt nie grozi im więzieniem za wezwania do zamachu stanu. Jednak lepiej, żeby skoncentrowali się oni na kulinarnych poradach jak Janusz Palikot, który chyba robi to odkąd oficjalnie wycofał się z polityki.
Tacy jak on nic już nowego nie wymyślą, a bazowanie na wypróbowanych schematach z „tamtych” lat może okazać się zgubne. Nie tylko dla nich.
