W krzywym zwierciadle UrbanaW krzywym zwierciadle Urbana. "Grubiański rechot to antypody ironii i ma się do niej tak jak „Nie” do sokratejskich dialogów"

Co rozumniejsi przedstawiciele salonu III RP przyznają się do Urbana półgębkiem, chociaż jest on i pozostanie ich prawdziwym patronem.
Czy jest sens zajmować się Urbanem? Kanalii w życiu publicznym mamy sporo, a twórca „Nie” wbrew zachwytom, które słyszymy na jego temat, nie zostawił po sobie niczego znaczącego.
Był wcieleniem filistra, choć swoją postawę wyrażał w sposób ekstremalny. Dlatego właśnie, o czym świadczą wspomniane hołdy, okazał się znaczącą postacią nie tylko PRL, ale i III RP i może być analizowany jako punkt dojścia dominującej mentalności liberalnej. Czy nie był zagorzałym rzecznikiem tej wolności, którą steoretyzował Isaiah Berlin w „Dwóch koncepcjach wolności”? Angielski autor dowodził, że jej prawdziwe ujęcie to wyłącznie „wolność od”, także od porządku ideału i normy, które narzucane jednostce ograniczają ją i kreują niewolące człowieka systemy. To na tym liberalizmie strachu Urban zbudował swój światopogląd i wyciągnął z niego ostateczne wnioski. Jeśli fundamentem wszystkiego jest indywiduum, to liczy się wyłącznie jego osobnicza satysfakcja, która ma zmysłowy charakter. Wszystko inne to ograniczające człowieka ideologie bez różnicy, czy o religijnym, czy politycznym rodowodzie. Urban pojął liberalizm i wynikający z niego utylitaryzm dużo konsekwentniej niż wielu jego klasyków, np. John Stuart Mill.
