Moje miasto KrakówMoje miasto Kraków. "Stało się turystyczną wizytówką Polski w świecie"

Spektakularne odwołanie prezydenta miasta i głośna kampania wyborcza zwróciły uwagę na Kraków. Dla mnie to jednak coś więcej niż polityczny spektakl. Tu się urodziłem i tu mieszkam od ponad 60 lat. Odrzucając wyborczy szum, warto napisać o tym, co naprawdę niepokoi i uwiera moich sąsiadów, znajomych, przyjaciół.
Urodziłem się na Salwatorze. Mieszkaliśmy blisko klasztoru norbertanek. Z tamtych lat pamiętam śmigusy-dyngusy. Naprzeciwko klasztoru znajdowała się pętla tramwajowa. W starych wagonach okna niemal zawsze były otwarte, co oczywiście nie umykało uwadze grupom chłopców. Z wiadrami w rękach czekali na moment, by obficie oblać wodą zaskoczonych pasażerów.
Potem los rzucał mnie w różne części Krakowa. Mieszkałem m.in. na osiedlu Wiśniowym na Prądniku Czerwonym. Nazwano je tak nie bez powodu – dawniej szumiały tam sady wiśniowe, a sam Prądnik słynął z niezwykle urodzajnej ziemi. Z okien mieliśmy widok na rzekę Białuchę, za którą rozciągały się małe, urokliwe gospodarstwa rolne. W ciągu zaledwie kilku lat sielski krajobraz zniknął, a w jego miejsce wybudowano blok przy bloku.
Kolejny przystanek: ul. Kopernika, tuż obok Ogrodu Botanicznego. To było życie pośród szpitalnych klinik. Codzienność upływała tam pod znakiem totalnego braku miejsc parkingowych dla pacjentów i personelu. Od wczesnego ranka pod oknami kłębił się tłum ludzi, a samochody rozpaczliwie usiłowały wcisnąć się w każdy wolny centymetr. Spokój nastawał dopiero wieczorami.
Zupełnie inaczej zapamiętałem ul. św. Jana, zaledwie 300 m od Rynku Głównego. Kochałem tamtejsze poranki, gdy mogłem spacerować po zupełnie opustoszałym Rynku – to piękny i niestety rzadki widok. Latem, by schłodzić mieszkanie, musieliśmy otwierać okna. Akustyka starych kamienic okazała się bezlitosna. O godz. 3.00 regularnie budził nas łomot beczek z piwem, toczonych do pobliskiego pubu. Nocami pod oknami przetaczały się grupy pijanych, głośno śpiewających Anglików. Raz spędziliśmy tam sylwestra – huk petard na rynku, potęgowany przez śmigłowiec, bez przerwy krążący nad głowami, przypominał odgłosy regularnej wojny. O świcie na Rynek wyjechały spychacze, by zgarnąć zwały rozbitego szkła.
