Moje miasto KrakówMoje miasto Kraków. "Stało się turystyczną wizytówką Polski w świecie"

kraków.webp
PIOTR SŁABEK
FacebookTwitter
Artykuł premium
Dołącz

Spektakularne odwołanie prezydenta miasta i głośna kampania wyborcza zwróciły uwagę na Kraków. Dla mnie to jednak coś więcej niż polityczny spektakl. Tu się urodziłem i tu mieszkam od ponad 60 lat. Odrzucając wyborczy szum, warto napisać o tym, co naprawdę niepokoi i uwiera moich sąsiadów, znajomych, przyjaciół.

Urodziłem się na Salwatorze. Mieszkaliśmy blisko klasztoru norbertanek. Z tamtych lat pamiętam śmigusy-dyngusy. Naprzeciwko klasztoru znajdowała się pętla tramwajowa. W starych wagonach okna niemal zawsze były otwarte, co oczywiście nie umykało uwadze grupom chłopców. Z wiadrami w rękach czekali na moment, by obficie oblać wodą zaskoczonych pasażerów.

Potem los rzucał mnie w różne części Krakowa. Mieszkałem m.in. na osiedlu Wiśniowym na Prądniku Czerwonym. Nazwano je tak nie bez powodu – dawniej szumiały tam sady wiśniowe, a sam Prądnik słynął z niezwykle urodzajnej ziemi. Z okien mieliśmy widok na rzekę Białuchę, za którą rozciągały się małe, urokliwe gospodarstwa rolne. W ciągu zaledwie kilku lat sielski krajobraz zniknął, a w jego miejsce wybudowano blok przy bloku.

Kolejny przystanek: ul. Kopernika, tuż obok Ogrodu Botanicznego. To było życie pośród szpitalnych klinik. Codzienność upływała tam pod znakiem totalnego braku miejsc parkingowych dla pacjentów i personelu. Od wczesnego ranka pod oknami kłębił się tłum ludzi, a samochody rozpaczliwie usiłowały wcisnąć się w każdy wolny centymetr. Spokój nastawał dopiero wieczorami.

Zupełnie inaczej zapamiętałem ul. św. Jana, zaledwie 300 m od Rynku Głównego. Kochałem tamtejsze poranki, gdy mogłem spacerować po zupełnie opustoszałym Rynku – to piękny i niestety rzadki widok. Latem, by schłodzić mieszkanie, musieliśmy otwierać okna. Akustyka starych kamienic okazała się bezlitosna. O godz. 3.00 regularnie budził nas łomot beczek z piwem, toczonych do pobliskiego pubu. Nocami pod oknami przetaczały się grupy pijanych, głośno śpiewających Anglików. Raz spędziliśmy tam sylwestra – huk petard na rynku, potęgowany przez śmigłowiec, bez przerwy krążący nad głowami, przypominał odgłosy regularnej wojny. O świcie na Rynek wyjechały spychacze, by zgarnąć zwały rozbitego szkła.

Artykuł dostępny wyłącznie dla cyfrowych prenumeratorów
Źródło: Tygodnik Sieci, wydanie 42/2026
FacebookTwitter

Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: [email protected]. Dołącz do naszej społeczności, wykup dostęp do STREFY PREMIUM. Subskrybuj
To najlepsza forma wsparcia naszych mediów.

Redaktor Naczelny:
Łukasz Wróblewski
Zespół:
Joanna Jaszczuk, Adam Kacprzak, Tomasz Karpowicz, Robert Knap, Adam Stankiewicz, Kamil Kwiatek, Natalia Wierzbicka, Adrian Siwek, Adam Bąkowski, Sławomir Cedzyński.
Autorzy:
Wojciech Biedroń, Jacek Karnowski, Marzena Nykiel, Goran Andrijanić, Marek Budzisz, Jerzy Jachowicz, Grzegorz Górny, Aleksandra Jakubowska, Stanisław Janecki, Dorota Łosiewicz, Dariusz Matuszak, Andrzej Potocki, Marek Pyza, Aleksandra Rybińska, Marcin Wikło, Piotr Gursztyn, Jerzy Szmit.