„Jesus Christ Superstar” – jednak z Ewangelii
„Jesus Christ Superstar” – jednak z Ewangelii. "Sceny zbiorowe tętnią na przemian uczuciowością, to znów okrucieństwem"

Gdy ruszyło widowisko, dostaliśmy opowieść na serio, dynamiczną, buzującą emocjami.
„Jesus Christ Superstar” Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a kiedyś szokował. Jak można opowiedzieć o drodze Chrystusa do ukrzyżowania w formie rockowej opery? Dziś to klasyka, wciąż obecna także w polskich teatrach. Teatr Muzyczny w Toruniu olśnił mnie swoją porywającą wersją.
Gra się ją w pojemnym klubie muzycznym, pośród schodów i rusztowań. Musi się to kojarzyć z koncertem rockowym. Tę konwencję wzmacnia sposób potraktowania publiczności. Większość jest wpuszczana na miejsca stojące. Aktorzy chwilami poruszają się pośród ludzi, którzy stają się częścią spektaklu. Tekst jest w całości śpiewany, nie ma dialogów poza okrzykami w tle. I tego sprawdzianu aktorzy nie oblali. Przy grzmiącym rockowym akompaniamencie rozumiało się każde słowo.
