Jad. Konkurs: Kto skuteczniej nazwie przeciwnika źródłem złaJad. "Zamiast rozmowy o państwie – nieustanne sączenie jadu. W tym ostatnim nikt chyba nie prześcignie Tuska i Giertycha"

W polskiej polityce od lat trwa osobliwy konkurs. Nie na to, kto przedstawi bardziej przekonujący projekt państwa, nie na to, kto potrafi spokojniej wyjaśnić obywatelom trudną decyzję, lecz na to, kto skuteczniej nazwie przeciwnika źródłem wszelkiego zła.
Zamiast sporu argumentów coraz częściej dostajemy pojedynek etykiet. Zamiast odpowiedzialności za słowa – polityczną kalkulację. Zamiast rozmowy o państwie – nieustanne sączenie jadu. W tym ostatnim nikt chyba nie prześcignie Tuska i Giertycha. Warto zauważyć, że nie mają oni swoich odpowiedników po prawej stronie.
Szczególnie niepokojące jest to, że język pogardy zaczyna być traktowany jako normalny instrument sprawowania władzy. Od dawna granica między ostrym sporem a systematycznym odczłowieczaniem przeciwnika zaciera się. Polityczny konkurent przestaje być po prostu konkurentem. Staje się „problemem”, „zagrożeniem”, „wstydem”, kimś, kogo nie trzeba już przekonywać, lecz należy napiętnować. A najlepiej zutylizować. To niezwykle bolszewickie. Niestety.
I właśnie tutaj zaczyna się rzecz naprawdę poważna. Bo demokracja nie polega na tym, że wszyscy się lubimy. Również nie na tym, że każdy ma rację. Polega na tym, że człowiek, którego poglądy uważamy za błędne, pozostaje naszym współobywatelem. Ma prawo głosu, ma prawo krytykować władzę i ma prawo oczekiwać, że państwo nie będzie traktowało jego przekonań jak moralnej skazy i powodu represji. Wydaje się to oczywistością, ale życie zdaje się wskazywać, że wcale takie nie jest.
Tymczasem polityczny przekaz coraz częściej budowany jest według schematu: my jesteśmy po stronie normalności, oni są problemem. My bronimy państwa, oni je niszczą. My reprezentujemy przyszłość, oni należą do przeszłości, my to Europa, a oni to zaścianek. Brzmi znajomo?
