Rosyjski teatr, na bazie rosyjskiej powieści, uświadomił Polakom oczywistą prawdę. O ciekawym wieczorze w TVP Kultura z Krzysztofem Zanussim w tle

"Życie i los". fot. materiały prasowe
"Życie i los". fot. materiały prasowe

Dość niespodziewanie do centrum debaty publicznej wrócił problem pomników sowieckich żołnierzy, które - mimo upływu ćwierćwiecza III RP - wciąż pozostają elementem architektury wielu miast. I wracał pewnie będzie - przy okazji zbliżającej się rocznicy 9 maja - policjanci coraz pilniej obserwują okolice wspomnianych monumentów, a niebawem rozstrzygnie się przecież sprawa najbardziej „flagowego” z nich, czyli tzw. Czterech Śpiących w Warszawie.

Mając z tyłu głowy wspomniany konflikt, jeszcze bardziej wymowny okazał się spektakl (i poprzedzająca go dyskusja, o której za chwilę), który wyemitowano wczoraj w TVP Kultura. Chodzi o „Wojnę i los”, interesującą adaptację powieści Wasilija Grossmana, uznawanej za jedno z najważniejszych dzieł literatury rosyjskiej. Tak wspomniana lektura, jak i spektakl Lwa Dodina w wykonaniu petersburskiego teatru, odbierane są jako próba poradzenia sobie ze stalinowską przeszłością.

I tak rosyjski teatr, na bazie rosyjskiej powieści, przedstawił Polakom to, czego sami nie potrafimy (lub nie chcemy) sobie uświadomić: że w sprawie stalinizmu nie ma szarości. Że to okrutne czasy, które w żaden sposób nie zasługują na dobrą myśl. O pomnikach nie mówiąc.

Dodin idzie zresztą o krok dalej - zrównuje, bez mrugnięcia okiem, niemiecki, hitlerowski terror ze stalinowskim systemem totalitarnym. Duże wrażenie robią zwłaszcza porównania marszu niemieckiego wojska z truchtem więźniów sowieckich łagrów. Bieda, zamordyzm i dramat wyborów zdolnego fizyka Witolda Szturma (głównego bohatera powieści) dobrze oddają realia systemu, który miał przynieść wolność.

We wtorek zaprezentowano pierwszą część przedstawienia. Druga zostanie pokazana 13 maja o godz. 20:20. Warto zobaczyć.

Tuż po spektaklu dokończyłem rewelacyjną (800-stronicową!) książkę „Legion” Elżbiety Cherezińskiej, która zresztą zasłużyła na oddzielny tekst. Nie wiem i nie rozumiem, jak po historiach opisanych przez autorkę (jak i - na przykład - przez Piotra Gontarczyka w doskonałej historii Polskiej Partii Robotniczej) można dzielić włos na czworo w sprawie uhonorowania czerwonoarmistów w Polsce. Nie chcę jednak wdawać się w dyskusję nad samą istotą komunizmu - o wiele lepiej i ciekawiej czynią to na łamach naszego portalu Piotr Zaremba czy Łukasz Warzecha. Dodam jedynie, że ocena stalinizmu i tego, jak wyglądało wyzwolenie - zwłaszcza na wschodnich ziemiach Polski - musi być jednoznaczna. Tym mocniej dziwią tak kuriozalne teksty jak ten Pawła Wrońskiego.

CZYTAJ WIĘCEJ: Prawdziwa gwiazda śmierci! „Wyborcza” murem w obronie sowieckich generałów, Wroński zgłasza się do pracy w rosyjskim MSZ? „Mamy wobec gen. Czerniachowskiego dług wdzięczności…”

Obiecałem jeszcze słowo o dyskusji przed spektaklem w TVP Kultura. Telewizyjną premierę „Życia i losu” poprzedziła ciekawa rozmowa Wojciecha Majcherka z Krzysztofem Zanussim. Reżyser celnie zauważył podobieństwa między nakreślaną w spektaklu rzeczywistością a reżimem Putina. Mało tego, Zanussi poszedł dalej i podkreślił radość Ukraińców na Majdanie, którzy w pierwszej reakcji po obaleniu Janukowycza, niszczyli sowieckie pamiątki na terenie Ukrainy - właśnie pomniki, o które toczy się dziś w Polsce spór.

Być może warto tu przywołać słowa Radosława Sikorskiego, który ocenił swojego czasu, że dzisiejsze problemy - także te historyczno-społeczne - Polaków są efektem braku rzeczywistego momentu obalenia komunizmu w Polsce. Bo nad Wisłą nie zniszczono pomników w geście triumfu nad sowieckim okupantem, nie pozwolono na podpalenie komitetów PZPR, a efektem transformacji był prezydent Jaruzelski i szef MSW Kiszczak. Po 25 latach tamte wybory i decyzje odbijają się czkawką w postaci choćby takich konfliktów o pomniki.

Na marginesie - Zanussi nie mógł odmówić sobie laurki dla Donalda Tuska. Artysta przypomniał przemówienie premiera z Westerplatte (2009 rok), gdy polski premier w obecności Władimira Putina mówił, że Armia Czerwona nie mogła przynieść wolności, bo sama nie miała jej w sobie. Zanussi o postawie Tuska wobec Rosji, jak i o zachowaniu i znakomitym przemówieniu Lecha Kaczyńskiego (choćby tego samego dnia, też na Westerplatte!) milczał. Reżyser uznał, że to słowa Tuska rozjuszyły wówczas Putina. Znamienne, ale chyba niezadziwiające.

Wracając do meritum - przecież nie chodzi o dużo. Wystarczy jasno określić, że na polskich ziemiach nie ma miejsca dla gloryfikacji żołnierzy Armii Czerwonej. Nikt nie chce niszczyć grobów i podpalać cmentarzy. Ale czy naprawdę dużo wymagamy, gdy apelujemy o to, by czerwona gwiazda - znak, który przyniósł Polsce tak wiele zła - nie straszyła z polskich ulic?

CZYTAJ TAKŻE: Sikorski o pomniku sowieckiego kata Polaków: „To my będziemy określać, co w przestrzeni publicznej jest stawiane jako wzór do naśladowania”

Marcin Fijołek

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Najważniejsze teksty publicystyczne i analityczne w jednym miejscu! Dołącz do Premium+. Pamiętaj, możesz oglądać naszą telewizję na wPolsce24. Buduj z nami niezależne media na wesprzyj.wpolsce24.

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych