W Polsce ofensywnie działa nie tylko „Partia Niemiecka” W Polsce ofensywnie działa nie tylko „Partia Niemiecka” i niemieckie tajne służby oraz ich agentura, ale też wielka rzesza agentów wpływu

„Partia Niemiecka” w Polsce od dekad dąży do oparcia na Niemczech nie tylko polskiej polityki i gospodarki, ale też kultury i obyczajów oraz mediów.
Gdy w lipcu 2026 r. premier Donald Tusk, a za nim wszyscy politycy Koalicji Obywatelskiej potrafiący czytać, a przynajmniej podpisać się ośmioma gwiazdkami zaczęli jak katarynka powtarzać, że PKP przewiozły w 2025 r. prawie 439 mln pasażerów i generalnie rząd postawił na kolej, powstało wrażenie, że te opowieści skądś już znamy. I nie jest niespodzianką, że znamy z Niemiec. A konkretnie z tego, co w marcu 2026 r. doradzał Donaldowi Tuskowi niemiecki portal rozgłośni Mitteldeutscher Rundfunk. Niemieccy wujkowie dobra rada stwierdzili, że praworządność ma znaczenie jedynie dla twardego elektoratu, więc na tym Tusk daleko nie zajedzie.
Życzliwi Niemcy podpowiedzieli Donaldowi Tuskowi, że to, na czym gdzieś zajedzie stanowią „place budowy, nowe dworce i nowoczesne pociągi”. A to dlatego, że są „namacalne i dają poczucie, iż coś się dzieje, życie staje się lepsze”. Dobrzy wujkowie z Niemiec uznali, że taki przekaz może trafić też do wyborców na polskiej prowincji, którzy często czują się zaniedbani i głosują na Prawo i Sprawiedliwość. W ten sposób także „rząd Donalda Tuska mógłby prezentować się jako zdolny do działania i asertywny”. Niemieccy wujkowie dobra rada stwierdzili wprawdzie, że Tuskowi można będzie zarzucić, iż sięga w zakresie rozbudowy kolei po pomysły PiS, ale wystarczy podkreślenie, że „nadaje im bardziej nowoczesną formę”. I odchodzi od „gigantomanii” PiS.
Zdaniem niemieckich wujków, modernizacja kolei przyniesie zauważalne efekty dopiero w perspektywie dekady, ale jeśli Tusk postawi na kolej, „ludzie już teraz poczują, że na torach – a tym samym w ich codziennym życiu – coś się dzieje”. Dlatego rząd Tuska i on sam powinni świętować każdy nowy zakup pociągów, modernizację każdego odcinka torów, wyremontowanie każdego dworca.
Rady niemieckich wujków dla Donalda Tuska to tylko malutka część wielkiej całości. W niej Tusk był wielokrotnie przez Niemców nagradzany wedle zasady, że człowiek nieodporny na pochlebstwa staje się politycznie, intelektualnie i emocjonalnie ślepy oraz uległy. I to jest najtańszy sposób wyhodowania sobie oddanego sługi. Niemcy bezwzględnie wykorzystują to, że rządzą obecnie w Polsce ludzie niezdolni do powiedzenia im „nie”.
Istotą rzeczy w relacjach z zachodnim sąsiadem jest wielopiętrowa niemiecka agentura, jaka funkcjonuje w Polsce. Można mówić o agenturze, gdy inne państwo ma w Polsce stabilne oparcie i wpływy. Ta agentura teraz czuje się szczególnie dobrze, ale działa w Polsce praktycznie od 1990 r. i wykorzystuje aktywa, jakie w PRL miała Stasi. Agentura istnieje obecnie na poziomie rządzących i nie musi się to wcale wiązać z werbunkiem. Wystarczy pielęgnować w tej agenturze fałszywą świadomość, że Niemcy chcą dla Polski dobrze. Albo nie ma dla Polski lepszego wyjścia niż oparcie się o Niemcy. I nie musi to przyjmować nawet postaci skomlenia o niemiecką opiekę, jak 28 listopada 2011 r. czynił w Berlinie Radosław Sikorski (jako szef MSZ). Albo w wersji: tylko sojusz z Niemcami podnosi Polskę cywilizacyjnie i tylko poprzez Niemcy Polska może być w pełni europejska. Ta agentura opiera się też często na robieniu czegoś odwrotnego do tego, co robiły rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Agentura na poziomie władzy to za mało, choć pozwala wiele uzyskać. Dlatego istnieje też agentura w postaci klasycznej soft power. Chodzi o niemieckie fundacje (często sponsorujące różne przedsięwzięcia w Polsce, np. Campus Polska Przyszłości), niemieckie programy edukacyjne i kulturalne, stypendia, granty, gościnne wykłady, promocyjne trasy dla twórców kultury (głównie pisarzy i filmowców). Ale najważniejsze w tym segmencie są wpływy poprzez media. W latach 90. nastąpiła wręcz niemiecka inwazja medialna, czyli przejmowanie polskich mediów bądź zakładanie niemieckich w języku polskim. Poprzez media nie tylko kształtuje się polityczne wybory, ale także światopoglądowe, estetyczne czy dotyczące wielu codziennych zachowań.
Agentura na poziomie władzy i poprzez soft power to nadal za mało, gdyż Niemcom potrzebne są też szybkie mobilizacje, żeby wymusić pewne działania bądź coś zablokować, a nie musieć się tłumaczyć, że się to inspirowało, bo to by nawet przez kamerdynerów (w znaczeniu, o jakim pisał Hegel) Niemiec w Polsce mogło zostać odebrane jako działanie nieprzyjazne. I tu pojawiają się niemieckie służby specjalne, a głównie niemiecki wywiad (Bundesnachrichtendienst).
BND operuje w Polsce bardzo szeroko, gdyż poza pozyskiwaniem agentury i agentury wpływu oraz inspirowaniem różnych działań ma do dyspozycji aktywa i archiwa wschodnioniemieckiej Stasi. Wprawdzie od przejęcia tych archiwów i aktywów minęło już ponad 35 lat, ale w polskiej polityce wciąż funkcjonują osoby, które Stasi miała na krótkiej smyczy albo wiedziała o nich dostatecznie wiele (w tym rzeczy kompromitujących), żeby wymuszać na nich różne zachowania. W zainteresowaniu BND są także potomkowie tych, którymi zajmowała się Stasi. Co ważne, niemiecki wywiad nie musi wcale występować jako niemiecki, gdyż działanie pod obcą flagą to już właściwie elementarz służb.
Tylko bardzo naiwni mogliby sądzić, że skoro Polska i Niemcy są sojusznikami w NATO i bliskimi partnerami w Unii Europejskiej, to niemieckie służby nie działają u nas ofensywnie. Działają i to bardzo ofensywnie, czego efekty widać nie tylko w polityce, ale przede wszystkim w przemyśle stoczniowym, w energetyce jądrowej, w działalności portów, w infrastrukturze przesyłowej szeroko rozumianej energetyki i paliw, w regulacji rzek, w przemyśle zbrojeniowym, a nawet w zarządzaniu lasami i terenami cennymi przyrodniczo. Tylko niemieckie służby są w stanie działać w tych obszarach szybko i skutecznie. I działają.
Rodzi się pytanie, co z niemiecką agenturą robią polskie służby kontrwywiadowcze (ABW i SKW). Jeśli nic nie robią, bo tak sobie życzy ich polityczny dysponent, to Polska ma przechlapane. Umocniona i dobrze zakamuflowana agentura jest bardzo trudna do zwalczenia i zajmuje to dużo czasu, o ile w ogóle jest realne. Jeśli służby polskiego kontrwywiadu mają wiedzę, ale wolą nic nie robić, żeby nie ryzykować politycznego gniewu, to też fatalnie. Każde obce służby i ich agentura to śmiertelne zagrożenie dla państwa i jego interesów, jakkolwiek by je przedstawiać jako przyjaciół. W gruncie rzeczy w służbach nie ma przyjaciół.
Coś z tym agenturalnym pasztetem zrobić trzeba, bo szanujące się państwo nie może być otwartym terenem łowieckim dla innych państw. Opozycja powinna wymusić na rządzących debatę w Sejmie na ten temat, nawet gdyby obrady musiały być utajnione. Polacy powinni wiedzieć, czy i w jakim stopniu ich państwo jest bezbronne wobec obcych/zaprzyjaźnionych służb (i nie chodzi tylko o służby niemieckie). Na pewno nie wolno pozwolić na ich bezkarne hasanie w naszym kraju. Nawet wbrew obecnej władzy, której to hasanie mogłoby być na rękę, choć brzmi to strasznie.
Całkiem liczne środowiska w Polsce tworzą coś, co można by nazwać „Partią Niemiecką”. Do tego stopnia, że interesy Niemiec są dla niej ważniejsze niż los własnego kraju. A aktów strzelistych wobec Niemiec wygłaszanych przez Tadeusza Mazowieckiego, Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego czy Adama Bodnara próżno szukać pośród niemieckich polityków. Niemiecka partia w Polsce powstała tuż po 1989 r., a skutkiem jej działania były nierówne prawa przyjęte w traktacie o dobrym sąsiedztwie w 1991 r. To w tym traktacie Polska uznała prawa niemieckiej mniejszości i obdarowała ją przywilejami, łącznie z miejscami w Sejmie na specjalnych warunkach i finansowaniem nauki niemieckiego. A Polacy w Niemczech zostali „porzuceni”. Władze Niemiec nawet nie zechciały anulować „bandyckich” dekretów Goeringa z 1940 r., bezprawnie odbierających polskim organizacjom w Niemczech majątek, w tym wartościowe nieruchomości.
Gdy na początku września 2017 r. ówczesna premier Beata Szydło w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” powiedziała: „Jeżeli w interesie Niemiec będzie osłabienie Polski, to PO zrobi wszystko, czego od niej zażądają”, natychmiast rzucili się na nią politycy Platformy oraz dziennikarze z odwodów tej partii. Borys Budka stwierdził: „Będę namawiał zarząd PO do złożenia pozwu przeciwko Beacie Szydło”. A Tomasz Siemoniak napisał na Twitterze: „Sugerowanie przez premier Szydło, że PO działa w interesie Niemiec absolutnie haniebne. Żałosna marionetka!”. Tyle tylko, że haniebne i żałosne było akurat uznawanie niemieckiej hegemonii i polskiej podległości.
Specjalna pozycja „Partii Niemieckiej” w Polsce była skutkiem pomocy finansowej z Niemiec, szkoleń, stypendiów i grantów. Była skutkiem urabiania ważnych polityków i liderów opinii, co wiązało się z zapraszaniem ich na wysoko płatne wykłady czy telewizyjne debaty. Wiązało się z wydawaniem książek w Niemczech, zamawianiem artykułów w poczytnych gazetach, organizowaniem wystaw. Wiązało się też z budowaniem wysokiej pozycji społecznej poprzez przyznawanie odznaczeń, wręczanie nagród, zapraszanie w roli ekspertów, szczególnie w ramach programów niemieckich fundacji oraz niemieckich instytucji kulturalnych i edukacyjnych. Wreszcie, wiązało się to z „pompowaniem” niektórych polityków z Polski (tak w niemieckich mediach, jak i poprzez dyplomację).
Zapowiedź tego, co o roli Niemiec sądzi nie tylko Donald Tusk, ale też mainstream polskiej polityki, czyli szerokie zaplecze „Partii Niemieckiej” w Polsce, mieliśmy 6 października 2011 r. Wówczas byli ministrowie spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski, Włodzimierz Cimoszewicz, Andrzej Olechowski, Dariusz Rosati i Adam Rotfeld napisali list, w którym wystąpili przeciw byłemu premierowi własnego państwa, Jarosławowi Kaczyńskiemu, a w obronie szefa obcego rządu – kanclerz Angeli Merkel. Napisali m.in.: „Jako byli szefowie dyplomacji niepodległej RP czujemy się w obowiązku wyrazić głęboki sprzeciw wobec ostatnich wypowiedzi prezesa Jarosława Kaczyńskiego o stosunkach polsko-niemieckich. Szczególny niepokój budzi insynuacja, że wybór na urząd kanclerza pani Angeli Merkel ‘nie był wynikiem czystego zbiegu okoliczności’, oraz zdanie: ‘ważne jest, że od Polski Merkel chce przede wszystkim może miękkiego, ale jednak podporządkowania’”. Miało to być „dla Polski szkodliwe”, gdyż „kanclerz Merkel osobiście należy do najbardziej Polsce przychylnych polityków niemieckich”. Wobec tego „czujemy moralny obowiązek powiedzenia Pani Kanclerz Merkel: solidaryzujemy się z Panią”. Prominentni członkowie „Partii Niemieckiej” w Polsce oczekiwali, że przywódca obcego państwa naprawi ułomną polską demokrację, odsunie od władzy tych, którzy zostali wybrani i zastąpi ich kimś, z kogo Angela Merkel będzie zadowolona.
W kwietniu 2014 r. ukazał się wywiad rzeka „Miedzy nami liberałami”, w którym były ważny działacz Platformy Obywatelskiej, Paweł Piskorski, mówił m.in., iż był świadkiem, jak na początku lat 90. Kongres Liberalno-Demokratyczny, kierowany przez Donalda Tuska, otrzymał milion marek od niemieckiej CDU. Formalnie była to pożyczka, a de facto darowizna. Pytany o ten milion marek współzałożyciel PO Andrzej Olechowski stwierdził: „Pieniądze mogły być, bo wtedy pieniędzy zagranicznych było w Polsce dużo”. W związku z tym Krzysztof Wyszkowski, na początku lat 90. członek KLD, złożył 4 marca 2016 r. zawiadomienie do prokuratora generalnego „o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zdrady głównej na rzecz RFN przez Donalda Tuska; dowód: pobieranie pieniędzy od BND”. Inny były działacz PO, Janusz Palikot, twierdził z kolei, że przed 2005 r. Donald Tusk był szkolony przez specjalistów pracujących dla CDU, i po to wyjeżdżał do Niemiec.
Nie dziwi, że ilekroć rządzi Donald Tusk, polska polityka zagraniczna podlega coraz większej konwergencji z niemiecką. Kiedy 3 września 2017 r. wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak oburzał się na premier Beatę Szydło za słowa o „działaniu PO w interesie Niemiec”, historyk z Instytutu Zachodniego, prof. Stanisław Żerko tak to skomentował: „Ująłbym to inaczej: PO jest partią mocno proniemiecką, mało skłonną forsować polskie interesy, gdyby wymagało to konfrontacji z Berlinem”.
Przez lata proniemieccy polscy politycy oraz liderzy opinii byli dopieszczani przez niemieckie fundacje, przede wszystkim powiązaną z CDU Fundację Konrada Adenauera, bogatą Fundację im. Roberta Boscha, związaną z FDP Fundację im. Friedricha Naumanna oraz związaną z SPD Fundację im. Friedricha Eberta. Z fundacji Boscha 132 tys. marek otrzymał np. pod koniec lat 90. Władysław Bartoszewski – na przygotowanie i wydanie książki. Pieniądze na ten projekt wpływały także wtedy, gdy Bartoszewski był szefem polskiego MSZ (czyli po 30 czerwca 2000 r.). Niemieckie fundacje wciąż promują wybranych polityków, naukowców, ludzi kultury czy liderów opinii.
Za uzyskiwaną pomoc i wsparcie „Partia Niemiecka” w Polsce odwdzięcza się obroną niemieckich interesów, przeważnie pod szyldem europejskich wartości i świetlanej przyszłości UE pod niemieckim przywództwem. „Partia Niemiecka” w Polsce przez prawie całe lata 90. lansowała landowy model samorządu w Polsce, związanie polskich regionów zachodnich z Niemcami. Forsowała model rozwoju naszego kraju jako zaplecza Niemiec dostarczającego podzespoły, tanią siłę roboczą, tworzącego magazyny i odpowiednią logistykę.
„Partia Niemiecka” w Polsce od dekad dąży do oparcia na Niemczech nie tylko polskiej polityki i gospodarki, ale też kultury i obyczajów oraz mediów. „Partia Niemiecka” w Polsce apogeum swoich wpływów nieprzypadkowo osiąga za rządów Donalda Tuska. Oczywiście przedstawia się to tak, że chodzi o wpływy pozytywne cywilizacyjnie i wzorcowe pod względem prawnym czy ustroju państwa. O stopniowej utracie suwerenności czy niepodległości w ogóle się nie mówi.
