Boks Nawrockiego. Nie „mordobicie”, lecz soft powerNie „mordobicie”, lecz soft power. Dlaczego to dobrze, że prezydent boksował z Pacquiao?

Prezydent Karol Nawrocki uderzył – mówiąc kolokwialnie – prętem po klatce. I to dwukrotnie w ciągu tygodnia, bo nie dość, że w sobotę wziął udział w gali boksu w Koszalinie, to jeszcze wczoraj zrobił tzw. tarczę z Mannym Pacquiao, legendarnym bokserem, byłym mistrzem świata i wpływowym filipińskim politykiem. Czy to źle, czy dobrze, że Polska ma prezydenta, który lubi wyjść do ringu – choćby i w „lakierkach”?
Fakt, że Karol Nawrocki amatorsko trenował boks był powszechnie znany już w czasach kampanii prezydenckiej. Dawni znajomi z sali bokserskiej opowiadali nawet, że jego znakiem rozpoznawczym był lewy hak na wątrobę, czyli dość niebezpieczny cios. Rzecz w tym, że prezydent nie jest ani pierwszym, ani jedynym politykiem, który pokochał ten sport, będący zresztą pełnoprawną dyscypliną olimpijską. Na naszym polskim podwórku mieliśmy chociażby śp. Andrzeja Leppera, a współcześnie – prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka. „Nie wiesz, ile wagi bokserskie wynoszą? No, dziewczyno… No, przepraszam cię bardzo” - irytował się w rozmowie z Teresą Torańską w 1994 r. Jarosław Kaczyński, po czym zaczął wyliczać: „do 48, do 51, do 54, do 57, do 60, d0 63,5, do 67, do 71, do 75, do 81, do 91 i powyżej 91”. Synem Kazimierza Szczerby, sławnego boksera i szanowanego trenera jest europoseł KO Michał Szczerba. Swoich sił na ringu próbowali tak „fajni” i „uśmiechnięci” prezydenci i premierzy, jak Emmanuel Macron, Keir Starmer czy Justin Trudeau.
Prezydent promuje "mordobicie" czy... pełnoprawną dyscyplinę olimpijską?
I tylko w przypadku prezydenta Karola Nawrockiego z boksem jest olbrzymi problem, bo z jednej strony czytamy, że promuje jakieś „mordobicia”, pełnoprawny sport próbuje się zrównywać z „ustawkami”, a niektórzy komentatorzy sugerowali nawet, że przez promowanie tego rodzaju sportów przez głowę państwa młodzi ludzie sięgają później po nóż i atakują kolegów ze szkoły czy nauczycieli (na taki komentarz natrafiłam dziś faktycznie pod jednym z wpisów redaktora Jacka Karnowskiego na platformie X – nie od samego redaktora oczywiście, lecz jednej z osób obserwujących. To w sumie takie stereotypowe myślenie. Niekiedy pojawiały się – także po stronie polityków koalicji rządzącej – komentarze mówiące o tym, że następna będzie może „walka w klatce”.
Mogę pochwalić się, że sama trenuję od ponad 2 lat (nie było to w żaden sposób związane z poparciem czy sympatią dla prezydenta Karola Nawrockiego) i jest to sport, który wiele dobrego wniósł do mojego życia. Mówimy bowiem – po pierwsze: o pełnoprawnej dyscyplinie olimpijskiej, a nie „mordobiciu” Józka i Cześka pod monopolowym. O sporcie wymagającym, rządzącym się dość rygorystycznymi zasadami, aby dyscyplina, która może jawić się jako niebezpieczna, była jak najmniej niebezpieczna. O kompleksowym, intensywnym treningu całego ciała, gdzie często już sama rozgrzewka potrafi porządnie zmęczyć. Gdzie, owszem, są uderzenia i uniki i to nadal ważna, ale nadal też po prostu część tej dyscypliny. Mało tego, trenowanie boksu, czy to hobbystyczne, czy na większą skalę, nie musi zawsze kończyć się złamanym nosem czy encefalopatią. To sport uczący pokory, samodyscypliny, szacunku do przeciwników, trenerów, kolegów czy koleżanek z grupy, ale jednocześnie – poprawiający pewność siebie i, mimo solidnego zmęczenia, będący naprawdę fajnym zastrzykiem energii. Boks pomaga również wielu osobom w rozładowaniu trudnych emocji. Tak jak i wiele innych sportów, bo przecież nie wszyscy muszą lubić walkę. Chodzi mi raczej o to, że boks to sport taki jak każdy inny, a co więcej – w XX wieku nauczany w szkołach, jako część zajęć z wychowania fizycznego (na przykład w Anglii).
Jacek Jaśkowiak zapewne boksuje z uśmiechem, a Karol Nawrocki pewnie „nienawistnie” i „po dresiarsku”, dlatego ten pierwszy nie będzie atakowany za to, że boksuje, a ten drugi może być spokojnie oceniany (negatywnie) tylko przez pryzmat tego, że lubi taki, a nie inny sport. Kiedy takiego delikwenta pytam, jaki ma problem z boksem, wtedy zmienia temat na ustawki, które również miały być w przeszłości częścią życia Karola Nawrockiego (dowodów jednoznacznych na to jednak brak).
Niektórzy przeciwnicy szermierki na pięści lubią przeciwstawiać ją bardziej „szlachetnym” czy „inteligenckim” dyscyplinom, takim jak szachy. Tymczasem istnieje nawet tzw. chess boxing – czyli ni mniej ni więcej, tylko połączenie boksu z szachami. Trzeba zresztą dodać, że w pięściarstwie nie chodzi tylko o - jak niektórzy przeciwnicy Karola Nawrockiego i wszystkiego, „co jego jest” lubią mówić – „mordobicie”, ale też o właściwe uniki, balansowanie ciałem, koncentrację, koordynację ruchów, technikę zadania ciosu. Same uderzenia to nie wszystko. To także myślenie i obserwacja przeciwnika, próba przewidzenia, co zrobi i jak go zaskoczyć. Innymi słowy – mówimy tu o ciekawym, wymagającym, choć nie dla każdego (nie przez jakąś ogromną „elitarność”, tylko dlatego, że nie każdy lubi walkę, siłę czy w ogóle sporty kontaktowe), a nie o jakimś prymitywnym „mordobiciu”. A na dowód, że jest to całkiem normalny sport - zamieszczam kilka własnych fotek z ringu.


Boks Nawrockiego, a sprawa polska. I... marka polska!
Ale przy okazji spotkania prezydenta Nawrockiego w ringu z filipińską legendą, Mannym Pacquiao problemów jest więcej. Bo nie można przecież sprowadzić całej wizyty do zrobienia „tarczy” z mistrzem i zarazem wpływowym politykiem. To ważne – tarczy, a nie sparingu. Pokazowego przećwiczenia techniki, a nie walki. Sparing prezydenta Karola Nawrockiego, który trenował amatorsko, z filipińskim zawodowym bokserem byłby faktycznie czymś niewłaściwym. Zapewne obcowanie ze swoim ulubionym sportem w takiej formie pan prezydent będzie musiał odpuścić do końca kadencji (a kto wie, może i dwóch kadencji, bo tak absurdalne ataki mogą realnie zapewnić mu dwukrotną prezydenturę). Tak, trening bokserski wykonany przez prezydenta, który kiedyś trenował ten sport, jest bardzo fajną rzeczą z kategorii tzw. soft power. To ten rodzaj dyplomacji, który nie kojarzy się tylko z kurtuazyjnymi czy długimi, niekiedy nudnymi przemówieniami. To również to, co ładnie klika się w internecie, ale też ogólne wrażenie: „ten i ten kraj ma silnego, wysportowanego prezydenta, który umie poboksować”. Prezydent mógłby też ładnie śpiewać, grać na gitarze czy fortepianie, grać w ping ponga i wykorzystać to przy odpowiedniej okazji. Dlaczego ludzie, którzy potrafią zachwycać się premierem Donaldem Tuskiem, który wiezie swojemu czeskiemu odpowiednikowi maskotki Krecika i Reksia, uważają boksującego z osobą bardzo ważną dla Filipińczyków prezydenta Karola Nawrockiego za „obciach”, „wstyd” i promowanie „mordobicia”? Pojawia się też przekaz, jakoby prezydent specjalnie pojechał na Filipiny, żeby poboksować sobie z „filipińskim bokserem”, jak to mówią osoby, które nie wiedzą nawet, czy Nawrocki zrobił z Pacquiao tarczę czy sparing. Cóż, gdyby tak było, to rzeczywiście można by prezydenta krytykować.
A przecież była to jedynie niewielka część dwudniowej wizyty. Może nawet zorganizowana na szybko czy spontanicznie (dlatego prezydent wyszedł na ring w „lakierkach”, a nie sportowych butach). Karol Nawrocki rozmawiał ze swoim filipińskim odpowiednikiem o współpracy gospodarczej. Wygłosił wykład na Uniwersytecie Katolickim im. Świętego Tomasza w Manili, zachęcając studentów do odwiedzania Polski. Wziął udział w otwarciu V Polsko-Filipińskiego Szczytu Gospodarczego. Pierwsza Dama Marta Nawrocka odwiedziła natomiast m.in. Zgromadzenie Sióstr Maryi Niepokalanej w Manili, wspierające filipińskie kobiety. Była więc dyplomacja przemówień i kurtuazji, ale była też taka, którą ministrowie Marcin Przydacz czy Adam Andruszkiewicz określili jako soft power – to był właśnie boks prezydenta z filipińską legendą czy pierwsza dama, która u Sióstr Niepokalanek zasiadła do maszyny.
A czy nie jest przypadkiem trochę tak, że prezydent takimi działaniami robi dla promocji Polski więcej niż ministrowie powoływani na specjalnie dla nich tworzone stanowiska i odchodzący z nich w atmosferze skandalu, zostawiając po sobie naszpikowany błędami raport?
Silny i sprawny prezydent czy premier świadczy także o sile i powadze państwa. I doskonale rozumieli to Emmanuel Macron czy Justin Trudeau, którzy zapewne również boksowali „z uśmiechem”, a nie „po dresiarsku”. Rozumiał i rozumie to premier Donald Tusk, chwaląc się swoim bieganiem czy „harataniem w gałę”. O ile w przypadku Putina czy Łukaszenki jeżdżenie z gołą klatą na koniu, rąbanie drewna dla Polaków czy hokejowy mecz dwóch mocno już leciwych satrapów, którzy po upadku na lód w pełnym rynsztunku hokejowym ledwo się podnoszą, wygląda to groteskowo. W przypadku Europy, zwłaszcza tej jej części, która ma za miedzą pełnoskalową wojnę wywołaną zresztą przez jednego z wyżej wymienionych „miłośników hokeja”, ma to rzeczywiście znaczenie. A jeśli ktoś chce przekonać się, że boks to coś więcej niż "mordobicie", niech przejdzie się do najbliższego klubu na trening. Uwaga - nie będzie mieć od razu złamanego nosa ani nawet podbitego oka, bo najpierw stanie z boku, aby trener na spokojnie nauczył go prawidłowego ustawienia ciała, kroków bokserskich i może podstawowych ciosów. A to najbardziej dowodzi, że nie jest to "mordobicie", lecz normalny sport, jak każdy inny.






