Zła gra rządu Tuska ws. bazy USA. Prof. Rau o dyplomatycznej kuchni Zła gra rządu Tuska ws. bazy USA. Prof. Rau o dyplomatycznej kuchni
Gdy prezydent Karol Nawrocki buduje strategiczne relacje z Donaldem Trumpem, premier Donald Tusk wraz z szefem MSZ Radosławem Sikorskim w ocenie prof. Zbigniewa Raua traktowani są w Waszyngtonie jako osoby niepożądane. Chaos informacyjny w obozie władzy i gra na zwłokę w sprawie stałej bazy wojsk USA godzą w bezpieczeństwo Polski i rodzą porównania do podobnych działań ws. tarczy antyrakietowej w Redzikowie. "Wystarczy zwrócić się do prezydenta, który ma znakomite stosunki z prezydentem Trumpem, by dołożyć do prezydenckiej delegacji kogoś ze strony rządu, wiedząc oczywiście, że ze względu na różne błazenady, zarówno premier, jak i szef MSZ nie mogą w niej być" - ocenia były szef MSZ Zbigniew Rau w rozmowie z portalem wPolityce.pl.
W marcu tego roku szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz spotkał się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Z jego wypowiedzi można wywnioskowac, że rozmowa mogłą dotyczyć budowy stałej bazy amerykańskiej w Polsce. Kłopot w tym, że brak oficjalnych notatek MON i MSZ po tej wizycie Kosiniaka-Kamysza w Waszyngtonie. Szef MON spotkał się wówczas w Białym Domu z Trumpem przy okazji uroczystości uhonorowania st. sierż. Michaela Ollisa. Radosław Sikorski publicznie przyznał, że do resortu dyplomacji nie wpłynęła żadna notatka z tego spotkania, a koalicja rządząca zaczęła przerzucać odpowiedzialność na Pałac Prezydencki oraz Adama Bielana, który miał pomóc Kosiniakowi-Kamyszowi w zorganizowaniu tego spotkania.
Donald Tusk potwierdził, że wicepremier poinformował go o spotkaniu w marcu, ale w jego opinii rozmowa nie dotyczyła amerykańskich baz wojskowych, a raczej sytuacji wewnętrznej w Polsce.
To zbyt ciekawa rozmowa, żeby mówić o niej publicznie
- stwierdził szef rządu na antenie TVN24. To obnaża jego podwójną grę ws. amerykańskiej bazy w Polsce i rodzi obawy o próbę wykolejenia tego projektu, tak jak miało to miejsce z amerykańską tarczą antyrakietową w Redzikowie.
Ta ekipa nie jest w stanie współpracować ponad podziałami w sprawach absolutnie najważniejszych dla Polski
Według medialnych doniesień Trump miał także pytać Kosiniaka-Kamysza o możliwość opuszczenia koalicji przez PSL, ponieważ Tusk jest absolutnie nie akceptowany w Białym Domu.
Bielan punktuje dywergencję Tuska! "Straszy Polaków i gra na czas"
Persona non grata w Białym Domu
Kulisy marcowych rozmów wicepremiera Kosiniaka-Kamysza obnażają głęboką izolację obecnego obozu władzy za oceanem. Europoseł Adam Bielan ocenił, że Tusk jest pierwszym polskim premierem po 1989 roku, który nie utrzymuje relacji z amerykańskim przywódcą.
W ocenie prof. Zbigniewa Raua premier Tusk oraz minister Sikorski, ze względu na antytrumpowskie wystąpienia, są traktowani przez Amerykanów jako osoby niepożądane. Były szef MSZ interpretuje kontakt Trumpa z Kosiniakiem-Kamyszem jako możliwą próbę ominięcia Tuska i Sikorskiego, by móc realizować wspólne polsko-amerykańskiej interesy. Rau podkreśla, że ekipa Tuska jest za oceanem postrzegana jako reprezentująca interesy niemieckie. Taki kurs nie wzmacnia polskiej pozycji w kluczowym dla bezpieczeństwa dialogu z USA.
Nie trzeba być tak długo w polityce, jak Tusk czy Sikorski, żeby wiedzieć, że w takiej sytuacji wystarczy zwrócić się do prezydenta Karola Nawrockiego, który ma znakomite stosunki z prezydentem Trumpem, by dołożyć do prezydenckiej delegacji kogoś ze strony rządu. Muszą wiedzieć, że ze względu na różnego rodzaju błazenady, zarówno premier, jak i minister spraw zagranicznych nie mogą w tej delegacji być. A kogo trzeba byłoby dołożyć? Powiedzmy, że właśnie Kosiniaka Kamysza z jednej strony, z drugiej ministra z resortu gospodarczego, który od razu byłby w stanie przynajmniej naszkicować skalę polskiego zaangażowania finansowego i logistycznego w ten projekt. Ostatecznie można by jeszcze wysłać także ministra infrastruktury. Taka delegacja byłaby niezwykle wiarygodna, bo prowadzona przez prezydenta i już dawno byśmy o całym tym kłopocie dawno zapomnieli
- mówi prof. Rau. Jest jednak pewien warunek natury mentalnej, który ekipa Donalda Tuska nie jest w stanie spełnić.
Musieli by ci ludzie po pierwsze zdawać sobie sprawę z tego, że po tamtej stronie oceanu ze względu na błazenadę i antytrumpowskie wystąpienia stanowią osoby non grata. A po drugie są absolutnie niewiarygodni, a jako przykład wskażmy tu sprawę tarczy antyrakietowej USA w Redzikowie. Niestety takie myślenie jest im skrajnie obce. Postrzegamy ich w Polsce - zresztą trafnie - jako reprezentantów niepolskich interesów. Rzeczą oczywistą jest, że ta amerykańska stała baza ani nie jest przecież prezentem dla Niemców, ani nie jest w interesie Rosji. To są sprawy bardzo proste
- dodaje nasz rozmówca.
Gra pozorów obozu Tuska
Zamiast wspólnego działania mamy zatem paraliż decyzyjny. Od pierwszych rozmów Trumpa z Nawrockim 3 września 2025 roku do 5 października 2026 roku minęło 13 miesięcy, a rząd nadal nie wynegocjował porozumienia w sprawie stałej bazy. Według Adama Bielana Trump planował ogłosić jej lokalizację i decyzję 17 września. Data miała nawiązywać do agresji ZSRR na Polskę oraz decyzji Baracka Obamy z 2009 roku o wycofaniu się z budowy tarczy w Redzikowie. Choć Biały Dom dał zielone światło, a Rada Ministrów w czerwcu 2026 roku zadeklarowała gotowość sfinansowania bazy, szef MON po powrocie z Waszyngtonu odrzucił koordynację działań z BBN. To spowodowało ogromne półroczne opóźnienie w rozmowach i nie brakuje opinii, że jednym z motywów takiego stanowiska była niechęć Tuska do obu prezydentów.
Spójrzmy na to z perspektywy amerykańskiej. Mamy tutaj obiektywną zbieżność interesów Polski oraz USA i nie ma co tego rozwijać, bo to jest oczywiste. Chodzi o wzmocnienie możliwości odstraszania na wschodniej flance NATO i polskich możliwości odstraszania na wschodzie przy pomocy naszych sił zbrojnych. To leży w obiektywnym polskim interesie i Amerykanie to widzą, bo to jest oczywiste i nie trzeba tu być analitykiem Pentagonu czy Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Interes amerykański jest tu oczywisty, bo chodzi o to, żeby umocnić wschodnią flankę NATO obecnością amerykańskich wojsk
- wyjaśnia były szef polskiej dyplomacji.
Z perspektywy amerykańskiej obecność ich żołnierzy powoduje także dużo większy wysiłek obronny na wschodniej flance ze strony lokalnych państw sojuszniczych. Najlepszym dowodem tego są informacje mówiące o tym, że rozważana jest także baza amerykańska na Litwie.
- dodaje nasz rozmówca.
Amerykanie nie chcą powtórki z Radzikowa
Prof. Rau zwraca uwagę, że obecne przeciąganie ustaleń przypomina manewry rządu Tuska z lat 2008-2009. Wówczas kunktatorstwo rządu doprowadziło do wycofania się administracji Baracka Obamy z budowy tarczy w Redzikowie. Pytany o ryzyko powtórki tego scenariusza były szef MSZ nie kryje obaw.
Amerykanie zdają sobie doskonale sprawę z tego, że po polskiej stronie mają niewiarygodny rząd ze względu na te uwikłania proniemieckie i antyamerykańskie, pomijając już całą historię wcześniejszej polityki resetu z Rosją. Z drugiej strony jednak strony zdają sobie sprawę z obiektywnego interesu Polski, które reprezentuje prezydent Karol Nawrockiego. Niemniej wiedzą jaka jest konstelacja polityczna w Polsce i jaka jest odpowiedzialność konstytucyjna poszczególnych organów władzy publicznej. Widzą też analizy i raporty pokazujące, że konstytucja jest łamana. Niemniej jednak działając we wspólnym interesie, rozważają, co da się zrobić w takiej sytuacji.
Niemniej zapraszanie Tuska czy Sikorskiego byłoby dla nich ewidentnym umocnieniem tych panów. A umocnienie tych panów oznaczałoby amerykańskie kłopoty i idąc dalej mogłoby to się skończyć właśnie Radzikowem. Stąd próba obejścia ich i rozmowy z Kosiniakiem-Kamyszem
- analizuje były szef MSZ prof. Rau.
Czy ta strategia Białego Domu będzie skuteczna? W polskim interesie rzeczywiście tak jest, że gdyby to spotkanie Kosiniaka-Kamysza okazało było owocne i sprawcze, to jak najbardziej byłoby to w w polskim interesie. My po prawej stronie sceny politycznej zdajemy sobie z tego sprawę i najlepszym dowodem na to jest obecność Adama Bielana w tym wszystkim, który działał ponad politycznymi podziałami. To jest zupełnie zrozumiałe. Jakie to jednak będzie miało konsekwencje w polskiej polityce? Nie ekscytowałbym się tym, że to doprowadzi do jakiś tam poważniejszych napięć wewnątrz koalicji, bo ich interesy są dobrze scementowane. Raczej trzeba zwrócić uwagę na to, że obecny rząd zadaje sobie pewnie teraz pytanie, co on, a nie Polska, na tym zyska? I to jest pytanie otwarte, bo oni sami nie umieją sobie na to odpowiedzieć
- podkreśla nasz rozmówca.
Czy można się zatem obawiać powtórki scenariusza działań rządu Tuska ws. tarczy antyrakietowej w Redzikowie, kiedy na skutek symulacji amerykanie wycofali się z projektu, choć sami chcieli go finansować?
Oczywiście trzeba to bezwzględnie brać pod uwagę, dlatego że są tu podobne wektory polityczne. Chodzi o wektor niemiecki oraz o to, że u władzy są ci sami ludzie. Sytuacja jest jednak inna, bo analizując relacje obecnej ekipy z rządem niemieckim trzeba powiedzieć, że nie są one jednak takie, jak w czasach Angeli Merkel. Ponadto sytuacja w Niemczech też się zmienia.
Natomiast powiedzmy sobie szczerze, takie analizy nie będą konkluzywne, nie odpowiedzą jasno na pytanie, co teraz zrobi obecny rząd. Niemniej przystępując do takiej analizy, zawsze trzeba pamiętać, że ten rząd dał mnóstwo dowodów na to, że kieruje się interesem niemieckim, a nie polskim i to musi byś założenie wstępne dla wszelkich analiz w tym temacie. To założenie rzecz jasna nie przesądza o konkluzji, ale byłoby nieuczciwością intelektualną i naiwnością polityczną nie zaczynać od takiego założenia
- podsumowuje prof. Zbigniew Rau.
