Odwet tyrana. "Odporność całej unijnej granicy"Odwet tyrana. "Łukaszenka podejmie jeszcze kolejne próby sprawdzenia odporności całej unijnej granicy w różnych punktach"

Atakując imigrantami polską granicę, Łukaszenka rykoszetem uderzył w interesy niemieckie. Berlin nie jest gotów na przyjęcie kolejnej fali imigrantów.
Dlaczego Łukaszenka to robi? Bez uważnego i spokojnego namysłu nad tym pytaniem żadną miarą nie będzie można sformułować właściwej polskiej odpowiedzi na akcję mińskiego tyrana.
Dość łatwo szermować w takich razach pełną uniesienia frazeologią o „prawdziwej wojnie” (w co uwierzyły nawet ostro antyrządowe gazety, np. „Rzeczpospolita”) i patriotycznym obowiązku obrony polskiej granicy. To oczywiście absolutne pryncypium, że skoro polski rząd zdecydował się na wybór taktyki siłowej blokady granicy dla nasyłanych przez Łukaszenkę imigrantów, nie należy czynić niczego, co skuteczność takiej blokady osłabia albo rujnuje. To jest bowiem wymóg lojalności wobec własnego kraju.
Jednak zarazem trzeba być świadomym, że na granicy z Białorusią nie mamy żadnej wojny i (Bogu dziękować) nic nie wskazuje, abyśmy ją mieli mieć w nieodległej przyszłości. Ale raczej mamy poważny kryzys polityczny, który na dodatek – jak wszystko dotychczas wskazuje – może się okazać trudny do rozwiązania na krótką metę, ciągnący się, przewlekły. Tak samo jak trudne do rozwiązania i nieustannie odnawiające się są już od sześciu lat podobne kryzysy na granicach Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Jesteśmy niestety frontowym państwem Unii i NATO, „przedmurzem” ( jak zwykle w historii), co nigdy nie jest położeniem geopolitycznie wygodnym. Płacimy za to i będziemy płacić w przyszłości jakąś cenę.
Logika odwetu
A skoro na naszej wschodniej granicy dzieje się polityka, a nie wojna, to polityka niemal nigdy nie jest bezalternatywna. Sześć lat temu, 4 września 2015 r., w sytuacji dość podobnej, acz nie takiej samej, węgierski premier Orbán i austriacki kanclerz Faymann podjęli decyzje odmienne niż obecnie Morawiecki. W obliczu zalewu imigrantami, przepuszczanymi swobodnie „szlakiem bałkańskim” przez Turcję, i grożącego obu krajom chaosu Orbán i Faymann podstawili setki autobusów, które przewiozły ponad 20 tys. maszerujących ludzi na granicę Bawarii, czyli tam, dokąd i tak zamierzali się udać. Erdoğan chciał wówczas wziąć odwet na Grecji, Niemczech oraz całej Unii Europejskiej za doznane wcześniej porażki i upokorzenia. Sam skłonny jestem sądzić, że dzisiejsze pragnienie odwetu na Polsce ze strony Łukaszenki jest bardziej dzikie i niepohamowane niż tamta cyniczna i kontrolowana akcja Erdoğana. A niebłaha różnica jest i taka, że Turcy istotnie, ze względów humanitarnych, przyjęli wcześniej setki tysięcy uciekinierów z Syrii, nie sprowadzali ich zaś specjalnie samolotami jako „nowej broni”, tak jak czyni to teraz reżim białoruski.
Warto pamiętać, że bez odwetu nie ma polityki. Odwet jest najprostszą i najstarszą zasadą polityki, a nie biorą go tylko ci, którzy są tak słabi, że wziąć go nie są już w stanie. Nawiasem mówiąc, to jest ta najważniejsza przyczyna, dla której swego czasu Max Weber – świetny znawca polityki – dostrzegł w jej uprawianiu nieustanne ryzyko paktowania z diabłem, Machiavelli z naciskiem zaś podkreślał, że polityk musi bardziej kochać ojczyznę, niż pragnąć zbawienia swojej duszy.
Ze swego punktu widzenia Łukaszenka ma powody, aby brać dziś odwet na Polsce. Jeszcze w ub.r., w trakcie ludowej rewolty demokratycznej na Białorusi, Polska wdała się w licytację o to, który europejski rząd stanie na czele politycznej walki o obalenie Łukaszenki. Pamiętamy przecież owe sławne, wyciekłe na dodatek e-maile, jak ten, gdy Morawiecki gani swoich współpracowników, iż pozwalają Litwie na wybicie się na czoło tej akcji.
Dzisiaj wygląda to tak – pisał wtedy premier – że Litwa gra tutaj pierwsze skrzypce, co przy całym szacunku dla Litwy…
Morawiecki uważał, że to on sam winien być europejskim liderem walki z Łukaszenką, a jeden z wiceszefów MSZ przestrzegał nawet, iż rząd musi działać szybko, by nie zostać na tym polu „wyprzedzonym przez »Wyborczą« i posła Szczerbę”.
Jedna rzecz to ta, czy wówczas była to kalkulacja słuszna. Nie ma żadnej wątpliwości, że Polska winna była wsparcie i solidarność zbuntowanym Białorusinom. Jednak logika zależności geopolitycznych winna była podpowiadać, że rolą Polski jest jak największa realna pomoc dla demokratów w Mińsku (pieniądze, materiały, cicha a skuteczna dyplomacja na Zachodzie etc.), nie zaś kreowanie się w roli lidera antyłukaszenkowskiego widowiska. Jak ktoś ma 400 km granicy z sąsiednią tyranią, a na dodatek tyran trzyma mu w garści zbiorowego zakładnika, czyli tysiące Polaków żyjących na Białorusi, to winien dwa razy się namyślić, nim cokolwiek w takiej sytuacji zrobi. Pech chciał, że jeszcze wszystkie polskie starania w tej materii obnażyły ujawnione „maile Dworczyka”.
Zresztą wynika z nich, że to właśnie tylko sam minister Dworczyk, od którego afera mailowa wzięła swoją nazwę, nalegał wówczas, aby „we wszystkich działaniach na temat Białorusi zachować wyważony ton”. Raczej nie posłuchano go wtedy.
Wymyślona przez Łukaszenkę inwazja imigrantów jest odwetem za akcję, której celem było pozbawienie go władzy. Podobnie jak coraz mocniejsze represje wobec społeczności polskiej na Białorusi, której los będzie w najbliższym czasie opłakany. Walka z polszczyzną przypominająca coraz bardziej czasy Apuchtinowskie (znane z „Syzyfowych prac”) to dopiero początek. Miński tyran trzyma przecież w zanadrzu dobrze znaną na tych terenach sowiecką metodę zbiorowych wysiedleń.
Rykoszetem w Berlin
Szef rosyjskiej dyplomacji Ławrow mówi teraz, że co do imigrantów to Białoruś zachowuje się bardzo odpowiedzialnie, sam Putin zaś odsyła telefonującą doń w tej sprawie Merkel do… suwerennego Łukaszenki. To bodaj ostatnia akcja Merkel podjęta w interesie Polski (i oczywiście Niemiec, te interesy teraz idą wyjątkowo zgodnie), a zarazem jej jeszcze jedna i chyba ostatnia porażka w kontaktach z władcą Kremla.
Wbrew temu, co się sądzi w Polsce, to nie Kreml ani nie rosyjska FSB wymyśliły akcję masowego ściągania ludzi z Azji i Afryki do Mińska i wysyłania ich na Polskę. Ale Moskwa wspiera i politycznie ochrania zemstę Łukaszenki, widząc swój oczywisty geopolityczny interes w uczynieniu ze swego (niepokornego jeszcze nie tak dawno) wasala głównego wroga Polski i całego Zachodu. Niejako swego nieformalnego „plenipotenta” do brudnej roboty, do której sam Kreml wobec Unii nie byłby gotów się zabrać.
Na Kremlu dobrze rozumieją, że choć widowiskowo jest to dziś akcja przeciw Polsce, to w sensie głębokich interesów politycznych kieruje się ona przecież przeciw Niemcom. I dlatego właśnie Rosja ani sama by takiej akcji nie podjęła, ani w żadnym razie nie weźmie za nią publicznie politycznej odpowiedzialności.
Ludzie, którzy z coraz większą agresją taranują polską granicę, czynią to przecież nie dlatego, że chcą się dostać do Polski. Chcą do Niemiec, a Polska przypadkowo leży na ich drodze. Większość z nich (bo zapewne zostały im jeszcze jakieś pieniądze) zapłaciłaby ochoczo Morawieckiemu za bilet, o ile ów chciałby tylko ich pokojowo przetransportować z Kuźnicy do Świecka. W istocie przecież bronimy przed imigrantami „wspólnej” (jak mówi szef niemieckiego MSW Seehofer), czyli w tym przypadku niemieckiej granicy. Tutaj tkwi właśnie najistotniejsza polityczna różnica pomiędzy wrześniem 2015 r. a listopadem 2021 r.: są nią Niemcy.
Sześć lat temu Merkel ogłosiła sławne „Willkommen!” dla imigrantów. Dziś rząd niemiecki, ustami Seehofera, mówi:
Nie wolno nam krytykować Polski za ochronę wspólnej granicy
Wrogi polskiemu rządowi szef EPP w Parlamencie Europejskim Weber pisze zaś specjalny artykuł dla francuskiej prasy, aby zaapelować o pomoc Polsce w budowie muru granicznego. I czyni to na przekór swej rodaczce von der Leyen, która dopiero co kategorycznie odrzuciła taką ideę, argumentując, iż „Unia nigdy nie będzie budować murów”. Von der Leyen wkrótce będzie musiała pewnie zjeść swoje słowa, ale my otrzymujemy niestety kolejny dowód na to, iż szefowa Komisji Europejskiej nie jest nazbyt przenikliwym myślowo politykiem.
Atakując imigrantami polską granicę, Łukaszenka rykoszetem uderzył w podstawowe interesy niemieckie. Berlin nie jest gotów przyjąć kolejnej fali imigrantów, tym razem ze „szlaku wschodniego”. I w Mińsku, i w Moskwie dobrze o tym wiedzą. Liczą więc na to, że to Berlin będzie musiał w końcu jakoś rozwiązać ten problem, tak jak niegdyś Merkel, z narażeniem własnego autorytetu, pieniędzmi „załatwiła” problem szlaku bałkańskiego, przekupując Erdoğana miliardami euro. Ławrow mówi o tym ostatnio otwarcie:
Zapłaćcie Łukaszence za niewysyłanie imigrantów
Jednak w przypadku mińskiego tyrana unijne przekupstwo nie wchodzi dziś w grę. Unia z trudem mogła niegdyś przełknąć opłacanie Erdoğana, ale Turcja przynajmniej naprawdę miała i ma nadal na głowie setki tysięcy autentycznych uchodźców. Gra Łukaszenki przekracza miarę perfidii, którą Niemcy byliby w stanie znieść. A poza tym już za parę dni nie będzie pragmatycznej Merkel, politykę zagraniczną w Berlinie na mocy ustaleń koalicyjnych mają zaś przejąć Zieloni. Przyszła szefowa niemieckiej dyplomacji pani Baerbock jest kompletnie niezdolna do dwuznacznych „dealów”, a w dyplomacji uznaje zasadę pryncypialności. Zapewne trzeba będzie sporo czasu, aby realna polityka nauczyła ją roztropności.
Łukaszenka w pułapce
Jeśli zatem rosnąca na naszych oczach oś polsko-niemiecka w sprawie blokady wschodniej granicy Unii się utrzyma, Łukaszenka może się znaleźć w pułapce. I taki chyba jest dziś roztropny politycznie cel działań polskiego rządu. To jednak oznacza, że tyran podejmie jeszcze kolejne próby sprawdzenia odporności całej unijnej granicy w różnych punktach. Przypomnijmy: Białoruś ma ponad 400 km granicy z Polską, ponad 600 km z Litwą, a jeszcze ponad 1000 km z Ukrainą, co w razie ostrego kryzysu z natłokiem migrantów w Mińsku też może się stać dla tyrana jakimś pomysłem do wypróbowania. Zmuszenie Polski i Niemiec do wznoszenia muru na granicy między Unią i Ukrainą byłoby zapewne szczególnym powodem do radości na Kremlu. Więc Łukaszenka za jakiś czas może być popychany w tę stronę, nawet jeśli konflikt z Kijowem byłby dramatem dla białoruskiej gospodarki.
Tyle tylko, że taki korzystny w sumie dla Polski scenariusz implikuje właśnie konflikt przewlekły, pozycyjny, zaostrzający się na przemian i słabnący, a przede wszystkim trudny do opanowania na tak rozległych terytorialnie wschodnich kresach. Może on oznaczać również jakieś krótkie spięcia zbrojne, czego nie wolno demonizować ani nazywać od razu „prawdziwą wojną”. Prawdziwej wojny na wschodzie bowiem nie będzie, tak długo przynajmniej, jak na Kremlu siedzi sprytny, bezwzględny, ale bardzo rozsądny gracz, czyli Putin. Co będzie po nim, to tylko Bóg raczy wiedzieć.
Dla PiS taki przewlekły konflikt skutkowałby nieuchronnym przyszłym zwycięstwem wyborczym i utrzymaniem władzy. Dla polskiej opozycji – koniecznością całkowitego przemodelowania dotychczasowej politycznej strategii. Dla kraju – ciągłym niepokojem, powracającymi w coraz to nowszych wersjach stanami wyjątkowymi, niedobrą społecznie atmosferą „oblężonej twierdzy”. No i przede wszystkim byłby to długi i ciężki sprawdzian dla służb zmilitaryzowanych, któremu w rozwleczonym czasie niekoniecznie musiałyby sprostać. Jednak w dzisiejszej sytuacji międzynarodowej ani Polska, ani Niemcy nie mają lepszego scenariusza odpowiedzi na odwet mińskiego tyrana.
Artykuł z 46/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
