Nowa i nieznana Europa, czyli przypadek TurowaNowa i nieznana Europa, czyli przypadek Turowa. "Przeniesienie władzy politycznej w Unii Europejskiej na sędziów"

Sędzia Rosario Silva de Lapuerta przechodzi do historii europejskiego wymiaru sprawiedliwości jako ta, która otworzyła przed sędziami całkiem nowe, nieznane im wcześniej horyzonty władzy.
Jeśli sprawę Turowa uważam za nadzwyczaj politycznie doniosłą, to ze względu na precedensowy charakter interwencji w ten spór ze strony Unii Europejskiej.
Jako Polak mam naturalną skłonność, by mniemać, iż to Polska ma więcej racji w sporze z Czechami o kopalnię Turów. Podejrzane jest zwłaszcza to, że na bogatych złożach węgla brunatnego Pogórza Rudawskiego i rejonu Żytawy działają, dość blisko siebie, cztery kopalnie niemieckie, pięć czeskich oraz jedna polska, ale tylko ta ostatnia ma stanowić katastrofalne zagrożenie dla środowiska. Taka okoliczność z natury rzeczy budzi moją intelektualną nieufność. Jednak informacji o szczegółach przewlekłego sporu i polsko-czeskich negocjacji jest w domenie publicznej za mało, aby sobie wyrobić gruntowną i wiarogodną opinię. W końcu cuda się zdarzają, więc być może akurat tutaj – w tzw. worku turoszowskim – jest coś tak unikatowego, że tylko polska kopalnia komuś i czemuś zagraża, a czeskie i niemieckie są bez zarzutu?!
Szwejkowski spryt
Nie mogę odrzucić a priori hipotezy „cudu”, więc dopuszczam możliwość, że to my wyrządzamy jakąś nadzwyczajną krzywdę Czechom, którą winniśmy im wynagrodzić. Ale prawdę powiedziawszy, ani ten brak pewności, ani ów cały polsko-czeski spór nie wydałby mi się sam w sobie wart większej uwagi. Odkąd świat istnieje, sąsiedztwo wiąże się z rozmaitymi konfliktami, które raz się pojawiają, potem przemijają, aby w ich miejsce za jakiś czas pojawiły się nowe. Pod tym względem nie ma istotnej różnicy pomiędzy naturą prywatnego sąsiedztwa między ludźmi i sąsiedztwa politycznego – między państwami.
Jeśli jednak przypadek Turowa uważam za nadzwyczaj politycznie doniosły, to ze względu na rzecz całkiem inną. Jest nią precedensowy charakter interwencji w ten spór ze strony Unii Europejskiej. Unię do tej turowskiej gry wciągnęli oczywiście Czesi. Ale w przeciwieństwie do premiera Morawieckiego, który „represyjnie” odwołał swoją obecność na zebraniu V4 z udziałem Babiša, nie sądzę, aby istniały twarde powody do zaskoczenia albo tym bardziej oburzenia postawą rządu w Pradze. Czesi, wiedząc, że Polska ma ostatnio na pieńku z instytucjami unijnymi, zagrali unijną kartą, przekonani, że jest to teraz w ich ręku całkiem niezły atut. Czeską polityką (radykalnie odmiennie niźli polską) zawsze rządził przede wszystkim spryt. I tak jak dobry wojak Szwejk nieźle wychodził na swoim sprycie, tak samo i Czechy jako kraj.
Na przekór współczesnej poprawności, nakazującej nieustanne „obnażanie” i „dekonstrukcję” stereotypów narodowych, jako jakiegoś (w najlepszym razie) śmiesznego przesądu albo (w najgorszym) przyczyny pogardy i wrogości, zawsze byłem przekonany, że stereotypy istnieją jedynie dlatego, iż odzwierciedlają gromadzony przez wieki bagaż zbiorowego doświadczenia. Dlatego właśnie są trudnym do zastąpienia źródłem wiedzy, zwłaszcza w dziedzinie polityki. Jeśli się zatem zna stereotyp czeskiej polityki (a w Polsce znamy go przecież doskonale), to trudno mieć do Babiša pretensje, iż jego polityka pozostaje w zgodzie z tym stereotypem. To raczej rząd w Warszawie powinien był przewidzieć odpowiednio wcześnie, iż czego jak czego, ale szwejkowskiego sprytu w rozgrywaniu sporu z Polską w Pradze z pewnością nie zabraknie.
Trzy precedensy
To zatem, że Praga wykorzysta polskie waśnie z Komisją Europejską i Trybunałem Sprawiedliwości UE, aby zagrać kartą unijną, było jasne jak słońce. To, co nowe, precedensowe i całkiem sprzeczne z dotychczasowym stereotypem, to natura owej unijnej interwencji.
Precedens jest tutaj potrójny. Precedens drugi – to posłużenie się przez Unię wobec państwa członkowskiego narzędziem sankcji finansowych. O takiej możliwości dużo się co prawda w UE ostatnimi laty gadało, ale fakt pozostaje faktem, że nigdy takiego kroku dotąd nie podjęto. Gadanie gadaniem, ale naprawdę liczą się czyny.
W końcu trzeci i kluczowy w tej sprawie precedens – to użycie sądu jako organu decydującego arbitralnie o dalszym istnieniu bądź nieistnieniu wielkiej fabryki, i to jeszcze w sektorze szczególnie politycznie wrażliwym, jakim jest energetyka. Podkreślmy z naciskiem, bo to kluczowe dla rozumienia istoty rzeczy: każda z tych zaszłości ma miejsce po raz pierwszy w dziejach powojennej Europy, budującej najpierw wspólny rynek, a potem Unię Europejską.
Skazani na posłuszeństwo
Czy owe trzy precedensy mówią nam coś ciekawego o kierunku, w jakim ewoluuje proces integracji europejskiej? Tak, bardzo wiele. Tylko żeby to dostrzec, trzeba na chwilę zawiesić naturalne dla Polaka przekonanie o wołającej o pomstę do nieba niesprawiedliwości wobec naszego kraju. Nie jest tak, iżbym nie doceniał mądrej maksymy, ważnej także w polityce, wedle której kij na psa zawsze się znajdzie, jeśli kto chce tylko psa koniecznie walnąć.
Owszem, nie mam wątpliwości, że bez owej niepohamowanej unijnej chęci walnięcia faszystowskiego reżimu w Warszawie interwencja UE w spór polsko-czeski wyglądałaby zapewne inaczej. Zresztą wątpliwości w tej mierze nie pozostawiają publiczne wypowiedzi sędziego Safjana – członka luksemburskiego trybunału, będącego sprawcą owych trzech precedensów. Sędzia bowiem nie kryje, że rząd polski jest dlań (więc być może i dla jego trybunalskich konfratrów) po prostu politycznym wrogiem. Ale to tylko jeden aspekt całego problemu, choć doraźnie, z polskiej perspektywy, być może nawet aspekt politycznie najważniejszy. Mimo to jednak owa szersza unijna perspektywa, jaką ta sprawa objawia, jest nie tylko intelektualnie ciekawa, ale na dłuższą metę pewnie i ważniejsza, zwłaszcza dla wypracowania politycznej umiejętności dalszego polskiego bycia w Unii.
I tak precedens pierwszy dowodzi, że to względy ideologiczne będą w Unii teraz przeważać nad roztrząsaniem realiów i ich konsekwencji. W tym sensie UE staje się tworem coraz mniej pragmatycznym, co znaczy, że może na przyszłość podejmować kroki zgubne dla niej samej bądź dla krajów członkowskich, nie oglądając się na skutki. Co prawda, nie potrzebowaliśmy aż czekać na turowski wyrok, aby się tego dowiedzieć, ale ów wyrok jest wyjątkowo czytelnym znakiem takiego trendu. To nawet nie sama decyzja, ale tryb, w jakim w Luksemburgu wydano bezwarunkowy i natychmiast wykonalny nakaz zamknięcia Turowa, jest godnym uwagi symptomem całkiem nowych unijnych czasów. To tryb tzw. postanowienia zabezpieczającego, którego istotą jest to, że decydent jest jednoosobowy, decyzja nie jest zaś poprzedzona ani badaniem sprawy, ani słuchaniem stron sporu, ani jakimkolwiek namysłem nad uwarunkowaniami i komplikacjami całej kwestii. Taki tryb wyklucza zatem merytokratyczny ideał dogłębnej i profesjonalnej wiedzy potrzebnej do sformułowania opinii ekspertowi. Ale co najciekawsze – wyklucza także rozpoznanie realnych interesów, poglądów i zbiorowych emocji, które stanowią przesłanki konieczne dla decyzji polityka. Jest to zatem zwiastun niezwykle doniosłej przemiany Unii. Albowiem od lat utarło się sądzić, że powojenna integracja Europy to proces merytokratyczny, wyważony, trzeźwy, skłonny do autokorekty, wrażliwy na realne interesy i jak ognia unikający doktrynerstwa i fanatyzmu. Tak właśnie definiowano dotąd naturę Unii w setkach książek i raportów pisanych przez znawców Europy i procesu jej integracji.
Z kolei precedens sankcji finansowych, mających uderzyć w jeden z krajów członkowskich, unaocznia, że w praktyce unijnej odchodzi do przeszłości sławna (i ponoć konstytutywna dla UE) kultura politycznego kompromisu, nakazująca bezwzględnie optować za minimalnym wspólnym mianownikiem jako europejskim dobrem największym, czasem nawet za cenę rezygnacji z wielkich ambicji. Skoro wspólny mianownik nie jest już politycznym ideałem integracji, naturalną wobec niego alternatywą musi się stawać polityczna przemoc, która w tym przypadku skrywa się za formą postanowienia sądowego. Politycznym sensem takiego postanowienia jest to, że wewnątrzunijną polityczną grę czyni ono grą o sumie zero. Mówiąc prościej: muszą w tej grze być zwycięzcy i pokonani. Ci pierwsi będą triumfować, ci drudzy będą skazani na posłuszeństwo.
Dotąd w unijnej Europie było tak, że nawet ewidentne porażki polityczne jakiegoś kraju starano się maskować retoryką solidarności, a z reguły również osładzać jakimiś drobnymi czy symbolicznymi gestami. Ideowe założenie integracji, sformułowane jeszcze przez ojców założycieli wspólnot europejskich, było takie, że warunkiem sine qua non postępu integracji jest poczucie korzyści i satysfakcji czerpanej przez każdego z jej uczestników. Monnet, Schuman czy de Gasperi byli bowiem przekonani, że bez owego efektu satysfakcji wspólnoty nie będą w stanie przetrwać, powrót zaś do Europy jako gry o sumie zero wcześniej czy później oznaczać będzie nawrót do zagrożenia przez wojnę. Jeśli więc teraz nowe unijne czasy miałyby oznaczać jawną polityczną przemoc jako narzędzie wymuszania uległości, to UE staje tym samym wobec perspektywy utraty swej (tak często podkreślanej) historycznej unikatowości. I wkrótce upodobni się do wszystkich wcześniejszych prób integracji Europy, z których żadna (od Fryderyka Barbarossy i luksemburczyka Henryka VII aż po Napoleona i Hitlera) nie obyła się – bo obyć się nie mogła – bez zastosowania, choć na różną skalę, systemu wewnętrznej przemocy.
Istotą trzeciego precedensu jest przeniesienie władzy politycznej na sędziów. To proces, który zachodzi w Europie już od jakiegoś czasu i o którym pisałem już na tych łamach. Tym niemniej nigdy dotąd się nie zdarzyło, aby unijny sędzia próbował samodzielnie zdecydować o likwidacji jakiejś fabryki, która nie znalazła się w upadłości z powodów biznesowych. W tym sensie hiszpańska sędzia Rosario Silva de Lapuerta przechodzi do historii europejskiego wymiaru sprawiedliwości jako ta, która otworzyła przed sędziami całkiem nowe, nieznane im wcześniej horyzonty władzy. Tydzień po postanowieniu dotyczącym sporu czesko-polskiego inny sędzia w Holandii, zainspirowany zapewne odwagą Lapuerty, nakazał wyrokiem koncernowi Shell zmniejszyć sprzedaż gazu i benzyny o połowę, czyli realnie zamknąć sporą część mocy produkcyjnych owego giganta energetycznego.
Trudno mi oprzeć się wrażeniu, iż właśnie spełnia się jakiś mroczny sen o upadku europejskiej polityki i wolnego rynku, skoro sędziowie mogą już decydować o istnieniu bądź nieistnieniu konkretnych fabryk, według własnego widzimisię, czyli bez fachowej wiedzy i bez politycznej debaty. Decydowanie o losie fabryk to przecież od dawien dawna prawo zastrzeżone dla porozumień zawieranych w trójkącie: polityka – biznes – związki zawodowe. A próba wydarcia władzy temu trójkątowi przez sędziów jest niczym innym, jak formą ustrojowego puczu przeciw dotychczasowemu podziałowi władzy w demokratycznych społeczeństwach.
Prawdę mówiąc, nawet z czysto logicznej perspektywy, przyznanie takiej władzy sędziom wygląda na jakiś absurd. Gdyby Europa była „normalna”, tzn. rządziliby nią politycy gotowi bronić praw demokratycznej polityki, to zapewne najbliższe zebranie Rady Europejskiej przyjęłoby konkluzję, wedle której albo sędziowie porzucą swój plan przejęcia zwierzchniej władzy nad gospodarką, albo Europa dokona zgodnej korekty traktatów, blokującej sędziowską ekspansję. Wiemy oczywiście, że tak się nie stanie. I to też jest charakterystyczny symptom nowych i niepewnych czasów, w których Polska musi się uczyć żyć w całkiem innej i nieznanej nam dotąd Europie.
Artykuł z 40/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
