Miał być Magyar, wyjdzie co najwyżej Kopacz. Przypadek SobkowiakMiał być Magyar, wyjdzie co najwyżej Kopacz. "Balonik" Sobkowiak-Czarneckiej pęka?
„Około 100 rosyjskich dronów” w polskiej przestrzeni powietrznej to dopiero początek kompromitacji wiceminister obrony narodowej Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej. Czy balonik „przyszłej pani premier” pęknie jeszcze zanim zostanie wypuszczony w świat? I dlaczego najbardziej ucieszą się z tego Ewa Kopacz i jej koleżanka Teresa „Terenia” Piotrowska od „samolotów bezgłowych”?
Szybka kariera byłej dziennikarki zadziwiła wielu. W pewnym momencie zaczęłam mieć wrażenie, że minister Magdalena Sobkowiak-Czarnecka ma być jakąś odpowiedzią na tęsknotę zwolenników Koalicji Obywatelskiej do europejskich polityków w stylu Magyara, Pavela, Macrona, Marin czy Metsoli oraz innych ulubieńców „platformerskiego” X-a i Facebooka.
Zapewne każdy z Państwa podczas scrollowania mediów społecznościowych zetknął się z wpisami w rodzaju „Zazdrościmy Czechom prezydenta”. Dziś Petr Pavel został trochę porzucony na rzecz premiera Węgier Petera Magyara, ale to jeden z przykładów „fajnych”, „europejskich”, „uśmiechniętych” premierów i prezydentów, których „silni razem” kochają, ale do końca nie wiadomo za co. Często są to politycy młodzi, po trzydziestce czy czterdziestce, niekiedy jednak już trochę bardziej dojrzali i doświadczeni (wspomniany już Petr Pavel, ale również Emmanuel Macron, Ursula von der Leyen, Rafał Trzaskowski). Ważne, aby wywodzili się ze środowisk liberalnych, centrowych lub lewicowych, ładnie się uśmiechali, używali „mądrze” brzmiących słów, od czasu do czasu pokazali się w „codziennej” sytuacji – jeżdżąc na rowerze, pijąc piwo na koncercie, bawiąc się z psem.
Dodatkowy atut to bycie kobietą. Piszę to nie bez złośliwości, ale chcę jasno zaznaczyć, że jako przedstawicielka tej płci, nie mam absolutnie nic przeciwko kobietom na ważnych stanowiskach i naszym aktywnym udziale w życiu politycznym i społecznym. Od kobiet na takich stanowiskach wymagam jednak dokładnie tego samego, co od mężczyzn – kompetencji. Czegoś więcej niż nagrywanie „fajnych” rolek. Chcę na przykład, żeby osoba odpowiedzialna za obronność, niezależnie od tego, jakiej jest płci, miała chociaż elementarne pojęcie o swojej pracy, umiała wypowiadać się samodzielnie, a nie powtarzać gotowe, wyuczone formułki o tym, dlaczego program SAFE jest najlepszym, co Polskę spotkało. Umiała dyskutować z każdym, a nie poruszać się wyłącznie w przyjaznym sobie środowisku.
Polski Magyar czy polska Sanna Marin
Jeśli wierzyć spekulacjom, jakoby Magdalena Sobkowiak-Czarnecka była szykowana na stanowisko premiera i to nawet jeszcze przed wyborami w 2027 r. (a prawie na pewno jest przymierzana do jakiegoś ważnego stanowiska – bądź to w Polsce, bądź w Brukseli, dlatego tak gwałtownie wystrzeliła jej kariera), to zapewne będzie nam „sprzedana” jako polski odpowiednik Petera Magyara, a może Sanny Marin. Ta ostatnia, choć na stanowisku premiera Finlandii prezentowała bezkompromisową postawę wobec putinowskiej Rosji (inaczej niż znaczna część jej politycznej „rodziny” w Europie i na świecie!) i kiedy Putin rozpoczął pełnoskalową agresję na Ukrainę, była mądrzejsza niż wielu zachodnich przywódców, pod koniec sprawowania urzędu premiera została sprowadzona do filmiku z imprezy z przyjaciółmi, gdzie jest wyluzowana i tańczy. Część internautów, zwłaszcza tych prawicowych, w Polsce bliższych Konfederacji czy środowisku Grzegorza Brauna, próbowała zdyskredytować premier Finlandii, przekonując, że na nagraniu rzekomo widać „biały proszek”. Lewicowo-liberalne środowiska rzuciły się natomiast do obrony Sanny Marin, z jej tańca na domówce z przyjaciółmi robiąc prawie że bohaterstwo i oskarżając ówczesny rząd PiS o atakowanie szefowej fińskiego rządu za to, że jest młodą kobietą i normalnie bawi się z przyjaciółmi. Próżno było jednak szukać polityków PiS uderzających w Marin. Innymi słowy: polityk, która w sprawie zagrożenia ze strony Rosji była mądrzejsza i twardsza niż większość Europy, została w naszym kraju sprowadzona do nawet nie „skandalu obyczajowego”, ale jakiejś drugorzędnej sytuacji prywatnej.
Dlaczego o tym wspominam? Bo ewentualne premierostwo Sobkowiak-Czarneckiej byłoby zapewne pomyślane jako czyjaś „polska wersja”. I to nie tyle polska wersja Magyara, który przez większość swojej obecności w polityce związany był z Fideszem, co właśnie kogoś w rodzaju Sanny Marin, choć oczywiście echa „fajnych” polityków jak Macron, Pavel, poza Europą – Obama czy Harris – też będą tu pobrzmiewać.
Kompetentna jak pracownica banku
Pani minister ma być więc bezkompromisowa, stanowcza, kompetentna (przynajmniej na pierwszy rzut oka, o czym zaraz sobie jeszcze powiemy), a przy okazji – jakkolwiek „seksistowsko” to nie zabrzmi – przyjemna w oglądaniu i słuchaniu. Ot, miła, młoda dziewczyna. Niby delikatna, ale zarazem twarda. Te formułki o korzyściach z SAFE, wygłaszane spokojnym głosem, z delikatnym uśmiechem. Te „szpilki” wbijane otoczeniu prezydenta Karola Nawrockiego czy w ogóle opozycji – że prezydenckich ministrów ktoś „zrobił w balona”. Umówmy się – pracownica banku, która będzie zachęcać nas do zaciągnięcia kredytu – też będzie miła i kompetentna. Kompetentna w pewnym zakresie. Dostanie od przełożonych zestaw formułek do wyuczenia na pamięć, nauczy się oferty, zaprezentuje nam ją, może nawet odpowie na część pytań, które również są przewidziane w wyuczonych formułkach i skrypcie. Ma nam sprzedać produkt, czyli np. kredyt. Nie interesuje jej, co dalej, bo to nie ona ten kredyt będzie spłacać i to nie ona poniesie ewentualne konsekwencje, gdy na jakimś etapie naszego życia pojawią się problemy ze spłacaniem kolejnych rat. Ma zresztą przedstawić nam to, co w nim dobre i rozwiać nasze ewentualne obawy. Analogicznie postępują np. sprzedawcy usług telekomunikacyjnych czy pracownicy call center zajmujący się np. przedłużaniem umów. Zwykle nie wychodzą poza wyuczony skrypt. Porównanie do sytuacji z kredytem i pracownikiem czy pracownicą banku nasuwa się samo, bo SAFE jest wieloletnią, wysoko oprocentowaną pożyczką.
I do tego sprowadza się kompetencja pani Sobkowiak-Czarneckiej. Kiedy wychodzi poza wyuczone formułki, poza skrypt, poznajemy prawdziwą twarz i widzimy, jak bardzo medialnie napompowany jest ten „balonik”. Widać to było, kiedy rozpoczęła dziwny wywód o swojej córeczce. Kiedy zaczepiła prezydenta Karola Nawrockiego na uroczystości (dodajmy, że uroczystości, na której pojawiła się, aby odcinać kupony od czegoś, co zostało zrobione lub przynajmniej rozpoczęte za rządów PiS) czy chociażby wczoraj, podczas debaty z europosłem Michałem Dworczykiem w Kanale Zero. Nieudolne „sarkastyczne” uwagi, robienie „śmiesznych” min, jak gdyby próba dystansowania się do tego, co mówi rozmówca, „notowanie” i powtarzanie „mhm” po każdym zdaniu wypowiedzianym przez byłego wiceszefa MON. Całą dyskusję rozpoczęła od zwrócenia na siebie uwagi i poruszenia kwestii rzekomych „zakładów” o to, czy stawi się na debatę z Michałem Dworczykiem. Były mało elokwentne, pseudo sarkastyczne uwagi typu „znienawidzone przez niektórych Niemcy”, wplatanie kolokwializmów, typu: „To było wprowadzone za waszych rządów – szacun” albo „fajne heheszki z defilady”, „ja bym nie heheszkowała sobie z tego” lub oburzanie się na to, że Dworczyk już na początku stwierdził, że będzie w studiu z dwiema kobietami i wręczył im raport Instytutu Wschodniej Flanki („tutaj kwiaty zamiast rozmowy o zbrojeniach” – komentowała wiceminister). Kiedy europoseł opozycji zwracał uwagę na zakontraktowanie np. Borsuków ze słowacką wieżą, natychmiast zaczynała się denerwować, podnosiła głos. Kiedy Dworczyk zwracał uwagę, że pieniądze z kredytu SAFE przeznaczamy na „środki pierwszej potrzeby”, jak kamizelki kuloodporne, również podniesionym głosem Sobkowiak-Czarnecka odparła: „Ooooo, nie kupujmy kamizelek”. Tego rodzaju dziwnych historii było więcej. Nawet jeśli stwierdzenie o „100 dronach”, które miały wlecieć w polską przestrzeń powietrzną we wrześniu 2025 r. było jedynie pomyłką czy przejęzyczeniem, to czy osoba na stanowisku wiceministra obrony ma prawo do tego rodzaju pomyłek?
Operacja "Kopacz 2.0"?
Wiceminister obrony, niezależnie od tego, czy szykowana jest na urząd premiera, czy może kandydatkę na prezydenta RP (bo ileż można próbować z Rafałem Trzaskowskim, skoro przegrał nawet z kandydatem, któremu od początku nie dawano szans), czy np. jakieś stanowisko w Brukseli czy Strasburgu, najwyraźniej jest kompetentna i merytoryczna tylko w zupełnie przyjaznym jej środowisku. Kiedy zachwyca się nią pani Dorota Schnepf, pani Justyna Dobrosz-Oracz czy pani Aleksandra Pawlicka w TVP w likwidacji, ewentualnie – pani Monika Olejnik w TVN24 – będzie radzić sobie świetnie, a nawet rzucać „ciętymi ripostami” w stylu: „Prawicę musiały dzisiaj rozboleć zęby” (dawno nie widziałam tak zachwyconej redaktor Schnepf!) czy: „pana prezydenta ktoś zrobił w balona”, a ministrowie z KPRP zachowują się jak dzieci z grupy przedszkolnej jej córeczki. Kiedy przyjdzie debatować z politykiem opozycji, który, np. też był w rządzie, pełnił którąś z funkcji, którą i pani minister ma teraz w swoim CV lub sprawuje aktualnie, i który, obiektywnie rzecz biorąc, lepiej zna się na danej dziedzinie – mamy katastrofę. Mamy młodszą wersję Ewy Kopacz (choć tej nieco już dziś politycznie zapomnianej europoseł premier Tusk przekazał także stery w Platformie Obywatelskiej, zaś obecna wiceminister obrony wywodzi się z PSL).
Wyobrażam sobie, co ja bym zrobiła, gdyby nagle na ulicy pokazał się człowiek, który nagle wymachuje jakimś ostrym narzędziem, albo trzymał w ręku pistolet? Pierwsza moja myśl: tam za moimi plecami jestem mój dom, tam są moje dzieci. Więc wpadam do domu, zamykam drzwi i opiekuję się własnymi dziećmi. Polska powinna zachowywać się jak polska rozsądna kobieta. Nasze bezpieczeństwo, nasz kraj, nasz dom, nasze dzieci są najważniejsze
- mówiła w 2014 r. ówczesna premier Ewa Kopacz, pytana o ewentualną sprzedaż broni Ukrainie.
Dziś co prawda postawa koalicji rządzącej wobec naszego sąsiada broniącego się przed rosyjską agresją wygląda nieco inaczej (KO, PSL czy Lewica zachowują się, jakby nikt poza tymi ugrupowaniami nie wiedział, że na wschodzie trwa wojna, a putinowska Rosja jest zagrożeniem), ale w podobne tony uderza minister Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.
Córeczko, wiem, że nie było mnie w domu w Dniu Matki. Nie wybaczę tym, przez których boisz się i czytasz, czy mama nie pójdzie do więzienia. Do żadnego więzienia nie idę. Buduję bezpieczną i silną Polskę. Polskę SAFE
- powiedziała w jednym z wystąpień.
To wtedy „silni razem” zakochali się w polityk i zaczęli widzieć w niej przyszłą premier, prezydent czy unijną urzędniczkę. To był też pierwszy sygnał do urabiania opinii publicznej. Każdy, kto krytykował ten występ na poziomie popularnych paradokumentów dwóch największych komercyjnych stacji, był oskarżany o „atakowanie kobiety” lub jej małej córeczki. Jak duża część komentatorów w ogóle wiedziała, że wiceminister Sobkowiak-Czarnecka w ogóle ma dziecko, czy ich to w jakimkolwiek stopniu obchodziło i czy było jakimkolwiek argumentem w dyskusji?
A później – stanowisko wiceministra obrony narodowej i dziwne, infantylne rolki wrzucane do internetu. Pani minister skacze po czołgach lub podziwia „robotę” „chłopaków” przy ORP „Burza” albo bawi się „Wichrem”. W 2015 r. mieliśmy proponowanie "chłopakom" - a i "dziewczynom" pewnie też, bo chodziło o większą grupę dziennikarzy relacjonujących działania kampanijne- jajecznicy lub zagajanie rozmowy z pasażerami pociągu pytaniami, czy "kotlecik ładnie pachnie".
Czy to wszystko nie skończy się źle?
Niebezpieczeństw jest w całej tej historii co najmniej kilka. Najmniejszym z nich jest to, czy pani Sobkowiak-Czarnecka nie zacznie niedługo proponować żołnierzom, że kupi im jajecznicę. Nie chodzi nawet tylko o to, że pani minister nie jest tak naprawdę kompetentna, że radzi sobie w przyjaznym środowisku albo w „rolkach”, że zachowuje się właśnie jak pracownica call center czy banku starająca się sprzedać dany produkt. Innym niebezpieczeństwem jest to, że pani minister najwyraźniej uwierzyła, że jest „wielka”. Że sama upaja się swoim głosem, minami, „ciętymi ripostami”. Pełnymi garściami czerpie z uwielbienia, jakie ofiaruje jej prorządowy komentariat.
Rzecz w tym, że debata z europosłem Dworczykiem, choć nie była dla Sobkowiak-Czarneckiej ostateczną kompromitacją i końcem kariery, jest ewidentnie zapowiedzią. Zapowiedzią, że nawet, jeśli premier Tusk mimo wszystko powierzy jej jakieś poważne stanowisko – może nawet szykuje na swoją następczynię – może podzielić los raczej Ewy Kopacz, ewentualnie przynajmniej Sanny Marin niż Petera Magyara czy Petra Pavela. Propagandowy „balonik” może pęknąć z wielkim hukiem, kiedy zdarzy się jeden, drugi, trzeci taki występ jak wczoraj w debacie z Dworczykiem.
Co więcej, pytanie, czy Sobkowiak-Czarnecka zdaje sobie sprawę, że jeżeli kiedyś okaże się, że przy wdrażaniu programu SAFE mogło dojść do jakichś przekrętów (podkreślam: „jeśli” i „mogło”), to nie Tusk poniesie odpowiedzialność, tylko wszystko spadnie na nią? Że być może obecny premier będzie siedział sobie gdzieś w Brukseli na stanowisku z poważnie brzmiącą nazwą, ale niekoniecznie bardzo poważnym i odpowiedzialnym, w sam raz na spokojną emeryturę z dala od „upiornej” Wiejskiej i nie będzie go obchodziło, co dzieje się w kraju?
Kiedykolwiek „balonik” wizerunkowy i polityczny wiceminister Sobkowiak nie zostałby przekłuty, jedno jest pewne – najbardziej ucieszą się z tego „polityczki” pokroju Ewy Kopacz, jej koleżanki nazywanej przez media „Terenią”, czyli byłej szefowej MSWiA Teresy Piotrowskiej od „samolotów bezgłowych”, czy wreszcie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Pewnie i prof. Barbara Mróz-Gorgoń się ucieszy. Bo jakim cudem Donald Tusk po tylu latach w polityce nadal nie uczy się na błędach?
