List do premiera Mateusza Morawieckiego. O liberalizmie, etatyzmie i klasie średniej

fot. PAP/Rafał Guz
fot. PAP/Rafał Guz

Szanowny Panie Premierze

Rzadko stosuję taką formę – list (z konieczności otwarty) do polityka. Zakładam, że politycy i tak czasem nasze teksty czytają, a jeśli nie czytają, to i listu nie przeczytają. Tym razem robię wyjątek, bo Pańskiego udziału w rządzie PiS broniłem i wiązałem z nim duże nadzieje. Po pół roku nowej władzy zaczynam się zastanawiać, czy nie okaże się na koniec, że był Pan moim największym rozczarowaniem. I nie tylko moim – podobnie myślących osób znam sporo. Podczas Kongresu Polska Wielki Projekt spotkałem młodego prawnika, wspierającego PiS i dobrą zmianę. Jego żona, kiedyś głosująca na Platformę, pod wpływem lektury m.in. książek Bronisława Wildsteina zmieniła zdanie i także stała się wyborcą PiS. Nie muszę Panu tłumaczyć, że w swoim środowisku ci ludzie są wciąż rzadkością. Ten młody prawnik powiedział mi z pewnym zawodem:

Widzę, jak dużo dobrego oni robią, ale coraz częściej zadaję sobie pytanie: a kiedy będzie coś dla nas? Kiedy pomyślą o nas – o klasie średniej, o ludziach, którzy już jakiś sukces osiągnęli?

Spotkałem też w ostatnich dniach w różnych miejscach i okolicznościach dwóch kolegów publicystów, obu z obozu konserwatywnego. Opowiadałem im o Pańskim wystąpieniu na Kongresie PWP, na co obaj – całkowicie niezależnie od siebie – powiedzieli to samo: że nie wiedzą i nie rozumieją, co Pan właściwie chce zrobić konkretnie. Bo czas na ogólnikowe plany, zawarte w prezentacji z PowerPointa, już mija.

Rozumiem, że Pański plan jest obliczony na długo. Co zresztą – jak już kiedyś pisałem – może się okazać jego słabą stroną. Moje rosnące rozczarowanie opieram zatem nie na tym nawet, że plan wciąż pozostaje planem, może poza pierwszą transzą ułatwień dla przedsiębiorców, ale na tym, co w ostatnim czasie wielokrotnie Pan mówił publicznie. A odnajduję w tym elementy bardzo niepokojące.

Żeby było jasne: nie jestem dogmatycznym liberałem, ale wierzę w to, że diagnozy Ludwika von Misesa i Fryderyka Hayeka, dotyczące funkcjonowania rynku i poczynań obywateli, w swoich ogólnych założeniach wciąż pozostają słuszne. Wierzę w to, że państwo powinno mieszać się w wybory ludzi tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne i naprawdę bardzo mocno uzasadnione, a i wówczas powinno to czynić jak najostrożniej i w jak najmniejszym stopniu.

Wierzę też, że gospodarczo państwo nie jest jakimś osobnym od swoich obywateli bytem, ale sumą ich pomyślności – każdego z osobna. Czyli że nie można zbudować dobrego państwa na odbieraniu ludziom większej części ich ciężko zarobionych pieniędzy niż to niezbędne. Ani na przymuszaniu ich do określonych działań lub zakazywaniu im jakichś poczynań w imię abstrakcyjnej „pomyślności ogółu”.

Wierzę, że ludzi osiągających w uczciwy sposób pomyślność zawodową i finansową należy za to nagradzać, a nie karać nakładaniem na nich coraz większych danin. Dlatego jestem przeciwnikiem progresji podatkowej, a za sprawiedliwy system podatkowy uważam mechanizm liniowy. Wierzę, że podstawowym zadaniem państwa nie jest odbieranie pieniędzy jedną ręką i rozdawanie ich drugą, ale stworzenie uczciwego i identycznego dla każdego pola gospodarczej gry. I miałem nadzieję, że to właśnie – mówię o ostatnim zdaniu – rząd PiS zrobi. Tę nadzieję tracę z każdym dniem, widząc, że priorytety są inne.

W dzisiejszym spektrum poglądów te opisane wyżej sytuują mnie pewnie jako wstrętnego liberała. Bo w retoryce rządu i w Pańskiej niestety także coraz wyraźniej pobrzmiewa przeciwstawienie „Polski solidarnej” „Polsce liberalnej”, które PiS doprowadziło do przegranej w 2007 roku.

Nie łudziłem się oczywiście, że wchodząc do rządu tworzonego przez partię z gruntu etatystyczną weźmie Pan ostro liberalny kurs. To udało się raz śp. Zycie Gilowskiej i pewnie już się nie powtórzy. Sądziłem jednak, że będzie Pan hamulcem dla nadmiernie etatystycznych ciągot. Tymczasem obserwuję coś całkiem innego.

W swoich wystąpieniach stawia Pan diagnozę, z którą się właściwie zgadzam. Mówi Pan zatem o tym, że Zachód miał czas i możliwość stworzyć silne koncerny, które w skali międzynarodowej osiągnęły pozycję monopolistyczną bądź oligarchiczną, a dziś, poprzez wpływ rządów na wiążące nas przepisy – przede wszystkim unijne – chce zablokować konkurencję na poziomie prawodawstwa. Zgodzimy się, że dla rynku nie jest dobra ani oligarchia oparta na zmowie, ani tym bardziej monopol, z którym na poziomie międzynarodowym trudno walczyć.

Trzeba zatem starać się robić to, co robiły państwa dziś gospodarczo najsilniejsze: starać się tworzyć dobre warunki dla rozwoju naszych własnych firm i nie pozwalać, żeby konkurenci za pomocą prawa hamowali ich rozwój. Podany przez Pana na Kongresie PWP przykład słabo wdrożonej wolności przepływu usług, dla Polski szczególnie ważnej, jest bardzo celny.

Mówi Pan także o dwóch innych kwestiach. Pierwsza to ułatwienia dla przedsiębiorców. Druga – aspekt socjalny rządów PiS, czyli wyrównywanie szans i statusu materialnego Polaków. I tutaj zaczynają się zastrzeżenia.

Przede wszystkim – w ogóle nie odnajduję w Pańskich rozważaniach perspektywy obywatela w roli konsumenta, klienta, podatnika. A to jest przecież perspektywa, tworząca drugą stronę każdego gospodarczego równania. Posługuje się Pan wyłącznie ładnie brzmiącymi w przemówieniach o patriotycznej tonacji dużymi kwantyfikatorami: państwo, społeczeństwo, Polacy, nasza gospodarka, przedsiębiorcy jako ogół.

Dalszy ciąg na następnej stronie ===>

1234
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...