Komorowski prędzej zedrze buty niż dojdzie do zwycięstwa. Chyba że lemingi wyskoczą z kapci…

fot. PAP/Marcin Obara
fot. PAP/Marcin Obara

Wraz z ogłoszeniem wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich ruszyło wielkie rachowanie. Kto ma większą zdolność skorzystania z przepływu elektoratu w decydującej fazie elekcji? Symbolizujący zmianę Andrzej Duda czy uosobienie status quo Bronisław Komorowski?

Kandydat zjednoczonej prawicy jest na wysokiej fali, ale nie można wykluczyć, że urzędujący prezydent, który dziś tonie, w ostatniej chwili zostanie wyciągnięty na brzeg i reanimowany.

Kto może rzucić Komorowskiemu koło ratunkowe? Na razie nie widać chętnych, a Aleksander Kwaśniewski, który wsparł urzędującego prezydenta, jest raczej balastem ciągnącym Komorowskiego na dno. Nawet TVN drwi z rozpaczliwych ruchów kandydata PO, kontrastujących z konsekwentną kampanią konkurenta.

Żona u boku Dudy, Kwaśniewski u boku Komorowskiego

— skwitowała zimno Anita Werner.

Komorowski, za którego kampanię wziął się podobno Grzegorz Schetyna, spaceruje po Warszawie, szukając dla siebie szansy w przytulaniu się na pokaz do zwykłych ludzi. Nie wiadomo czy przez najbliższe dwa tygodnie będzie na piechotę przemierzał trasę z Belwederu do Pałacu Prezydenckiego i z powrotem, by po drodze rozdawać promienne uśmiechy. Prędzej jednak zedrze buty niż w ten sposób dojdzie do zwycięstwa.

O tym kto wygra 24 maja, zdecydują prawdopodobnie dwa czynniki. Po pierwsze – co stanie się z wyborcami Pawła Kukiza. Rozsądna wydaje się prognoza, że mniej więcej połowa z nich zostanie w domach, a spośród tych, którzy pójdą głosować, większość wesprze Dudę. To powinno dać zwycięstwo kandydatowi zjednoczonej prawicy.

CZYTAJ WIĘCEJ: Nawet w „Wyborczej” grzebią szanse Komorowskiego. Prof. Markowski: „Jest katastrofalnym kandydatem”

Ale ta kalkulacja dotyczy jedynie przepływu elektoratu w ramach wyborców, którzy ruszyli do urn w ubiegłą niedzielę. Trzeba pamiętać, że frekwencja w pierwszej turze była – jak na wybory prezydenckie – wyjątkowo niska. Wyniosła 48,96 proc. Pięć lat temu była znacznie wyższa – w pierwszej turze wyniosła 54.94 proc., a w drugiej – 55.31 proc.

W rezerwie pozostaje więc jakieś 6 proc. wyborców do zagospodarowania. Kim są ci ludzie? Elektorat prawicy jest zazwyczaj zmobilizowany i zmotywowany. Tu nie ma dylematu – poszedł bym na wybory, ale mi się nie chce, bo grill tak ładnie się pali. Te 6 proc. to mogą być rozleniwione „lemingi”, którym wydawało się, że kandydat establishmentu, ich Bronek, i tak wygra, więc po co mają psuć sobie niedzielną labę. W takim przypadku samo zwycięstwo Dudy w pierwszej turze mogło podziałać na nich jak zimny prysznic.

Ale owe 6 proc. to mogą być także wyborcy, którzy kiedyś wprawdzie głosowali na Platformę i Komorowskiego, ale dziś nie mają na kogo. Do głosowania na Dudę nie dojrzeli, a na „Bronka” już nie chcą, bo to obciach.

Komorowski może więc szlifować podeszwami Krakowskie Przedmieście, a o rezultacie wyborów zdecyduje to czy jego potencjalnym sojusznikom zechce się w niedzielę wyskoczyć z kapci. Komorowski na razie nie ma na nich pomysłu, skoro nawet rytualne straszenie PiS-em nie pomogło. Dlatego tonie. W ołowianych butach ośmiu lat rządów Platformy.

CZYTAJ TEŻ: Popłoch w obozie Komorowskiego! Tajne narady i strach przed II turą. Schetyna przejmuje kampanię?

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...