„Miasto44” – anachronizmy na granicy fałszowania epoki. Mogło być jeszcze gorzej, ale…

Fot. Mat. promocyjne
Fot. Mat. promocyjne

Postanowiłem poczekać chwilę z napisaniem, co sądzę o „Mieście44” Jana Komasy. Chciałem wyzwolić się z pierwszych emocji, a i przeczytać, co na temat tego filmu sądzą inni.

Podjąłem słuszną decyzję. Między innymi dlatego, że dzięki niej przed napisaniem własnego tekstu mogłem przeczytać recenzję Tadeusza Sobolewskiego z „Wyborczej”.

Uchroniło mnie to przed poważnym błędem. Bo sztandarowemu ekspertowi od kina z „GW” obraz Komasy bardzo się nie podoba. Na podstawie zapowiedzi reżysera sprzed paru lat miał bowiem nadzieję na film, zrywający z królującym rzekomo ostatnio „bezrefleksyjnym powstańczym kiczem”. A tu spotkało go rozczarowanie.

Sobolewski ostrzył sobie zęby na film opowiadający, jak to według słów Stanisława Likiernika „kretyni wiedli dzieciaków na barykady”. Na obraz, który -– tego już tak Sobolewski nie pisze, ale ja w ten sposób odczytuję jego sugestie -– pokaże Powstanie jako krwawy bezsens, co pozwoli uogólnić to doświadczenie jako bezsens polskiego patriotyzmu, bezsens szczycenia się tradycją walki o wolność. Wreszcie -– walki jakiejkolwiek, no bo przecież zawsze wtedy giną ludzie, w tym w walce nie uczestniczący, a przecież życie jest wartością najwyższą czy wręcz jedyną… A tu taka przykra niespodzianka. Komasie, okazało się, zupełnie nie o to chodzi, i wcale nie wiadomo, czy współczesne dzieciaki oglądając jego dzieło dojdą do naszkicowanych powyżej wniosków.

Lektura tekstu Sobolewskiego złagodziła więc ostrze mojej krytyki, i zbliżyła do konformistycznej konkluzji typu: „mimo wszystko dobrze, że taki film powstał”. Ale dalej  w afirmacji nie pójdę, bo jednak polityka to nie wszystko, i jeśli nawet ci, których uważam za szkodzących Polsce filmu nie lubią, to przecież jeszcze chyba nie znaczy, że ja muszę go ukochać. Tak daleko w tworzeniu bipolarnego świata jeszcześmy chyba nie zabrnęli.

Bo „Miasto44” to po prostu nie jest dobry film. Więcej -– nieznośna maniera, w której jest nakręcony sprawiła, że w czasie projekcji kilkakrotnie musiałem powstrzymywać się od śmiechu w momentach, w których Komasa chciał, żebym się wzruszał.

I nie jest to wina młodych aktorów. Oni grają dobrze, miejscami bardzo dobrze. Błąd leży całkowicie na poziomie scenariusza i reżyserii.

Są to często błędy na poziomie zupełnie podstawowym. Bardzo kuleje dramaturgia filmu. Główni bohaterowie są nieczytelni. Nieczytelne są łączące ich relacje, nieczytelne bywają ich motywacje. Przez to wszystko miejscami nieczytelna staje się akcja.

Wynika to wprost z przyjętego chyba przez Komasę (zwanego czasem szyderczo „emo-reżyserem”; chodzi o subkulturę emo, której fundamentem jest założenie o kluczowości przeżywanych emocji, a której bohaterowie to młodziutcy ludzie, ze względu na własną wrażliwość niedostosowani do złego świata) założenia, iż narracja filmu ma być transowa. I jest, ale wszystko można zrealizować dobrze lub źle. Tu mamy do czynienia jakby ze zbombardowaniem widza skondensowanymi (i kolorowymi, i wzmocnionymi komputerowo) „Okropnościami wojny” Francisca Goi. Tylko że jest tego tyle, iż powstaje wrażenie krwawego chaosu. To, że z finalnej sceny wydaje się nieśmiało wyłaniać przesłanie pt. „z tej jatki wynika nasza wolność” jest niemałym zaskoczeniem, bo przedtem przez dwie godziny wydaje się, że autorzy filmu, jeśli w ogóle chcieli doprowadzić widza do jakiejś konkluzji, to do diametralnie przeciwnej. I dopowiedzmy -– nie wydaje mi się, żeby to był celowy efekt niejednoznaczności.

Dodajmy do tego bardzo długi łańcuch sytuacji, nieprawdopodobnych historycznie, psychologicznie czy obyczajowo. Ja rozumiem chęć opowiedzenia historii w sposób, atrakcyjny dla młodego widza. Ale nie może to się jednak dziać kosztem prawdy.

A kiedy 19-letnie dziewczyny A.D.1944 są tak śmiałe do chłopaków, jak ich obecne rówieśnice (albo i bardziej) -– to jest jednak fałszerstwo. Kiedy główny bohater (jeszcze w konspiracji) składa AKowską przysięgę, a stojący w szeregu na baczność oddział (składający się nota bene z tej samej liczbie chłopców, jak i dziewcząt –- parytet musi być zachowany…) uśmiecha się pobłażliwie („ot, taka nieważna bzdura, ta przysięga, jakieś tam idiotyczne wymaganie świata zeszłowiecznych starców….”) –- to jest to fałszerstwo; potwierdzi to każdy kto wie cokolwiek o intelektualno-emocjonalnym świecie ówczesnej młodzieży. Kiedy dziewczyna, którą poznawany właśnie chłopak całuje w rękę z pogardliwym chichotem wyrywa mu ją i całuje manifestacyjnie w rękę jego, jak teraz jakaś Szczuka –- to jest to oczywisty anachronizm, bo „problem” całowania w rękę w polskiej obyczajowości pojawił się, bagatela, kilkadziesiąt lat później. Takie przykłady można by mnożyć.

Jeszcze raz -– rozumiem ideę polegającą na tym, by opisywany świat maksymalnie przybliżyć do współczesnego widza. Ale powtórzmy -– u Komasy ten zabieg poszedł tak daleko, że niestety osiągnął granice historycznego fałszerstwa. W efekcie być może współczesny nastolatek utożsami się emocjonalnie z bohaterami (choć niekoniecznie: młodzież zawsze cechowało instynktowne wyczucie nieautentyczności). Ale od rozumienia epoki go to oddali. A więc również w jakimś sensie utrudni mu zrozumienie, dlaczego jego ówcześni rówieśnicy tak łatwo decydowali się na narażenie czy wręcz oddanie życia w imię czegoś, co można uznać za abstrakcję.

No i te sceny już powstańcze… Leży sobie w szpitalu powstańczym niemiecki jeniec. Leży tygodniami, i nie tylko leży, ale przez cały czas Polakom głośno bluzga. Nie tylko bluzga -– zapowiada, że jak tutaj wreszcie przyjdą jego rodacy, to on wszystkich wyda. I tak sobie leży, i tak codziennie grozi i daje upust antypolskiej nienawiści -– i nic, dożywa sobie spokojnie przyjścia swoich…. Czy coś takiego -– i takie zachowanie bezbronnego przecież, zdanego na łaskę i niełaskę jeńca, i fakt że mimo tego zachowania nikt z Polaków nic mu nie robi –- jest prawdopodobne? Powstańcy naprawdę byli aż tak szlachetni…?

Ewakuowany Czerniaków, już bardzo głęboki wrzesień. I w tle, w bezradnym tłoku cywilów nagle pojawia się… chłopiec z zadbanym pudlem na smyczy. Filmowo to fajny kadr, tylko że… psy w tym momencie na obszarach opanowanych przez powstańców były już dawno zjedzone, bo przecież panował straszny głód. To niby nie jest ważny epizod, to szczegół, ale piszę o nim, bo jest charakterystyczny dla tego, co chyba najistotniejsze w filmie Komasy -– czyli bezrefleksyjnego efekciarstwa.

Pojmuję, że również zastosowane środki artystyczne mają trafić do młodego widza. Ale również estetyką gry komputerowej można posłużyć się w różny sposób. Nic na to nie poradzę -– dirlewangerowcy w demonicznych kominiarkach na twarzach, z sylwetkami zniekształconymi przez różne dziwne, odstające gadżety, budzili we mnie nie grozę, tylko wesołość. Podobnie nie wzruszenie (czego zapewne chciałby Komasa), tylko wesołość wzbudzały we mnie sceny pocałunku i seksu bohaterów, w czasie których staje cały świat.

Film ma oczywiście swoje dobre strony. Relacja rodzinna głównego bohatera (wychowywany wraz z młodszym braciszkiem samotnie przez matkę, wdowę po poległym we Wrześniu oficerze) jest narysowana interesująco. Coś chwyta za serce, gdy widzimy ekstatyczną scenę radości na ulicy tuż po wybuchu Powstania. Dobrze oddany został szok żołnierzy po przejściu kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia, gdzie trwa niemal normalne życie (tylko co z tego, skoro tę scenę rozumie może 10 procent widzów, bo zarazem Komasie nie udało się przekonywująco pokazać uprzedniego piekła Starówki…).

Ale to wszystko za mało, to tonie w krwawej jatce. W jatce, której Komasa, jak się wydaje, ani nie chciał pokazać jako sensownej, ani jako bezsensownej. Tylko jako po prostu bardzo krwawą, a przez to szarpiącą emocjonalne struny.

Mogło oczywiście być po wielokroć gorzej. Ale mimo to -– rozczarowanie.

CZYTAJ TAKŻE: „Miasto 44” - miłość, krew i śmierć jak w „Matriksie” - koniec Wajdy w polskim kinie. NASZA RECENZJA

CZYTAJ TAKŻE: Trzeba mieć nadzieję, że dziś bylibyśmy gotowi do takiego samego zrywu …

CZYTAJ TAKŻE: Widziałam „Miasto 44”. Komasie udało się wywrócić do góry nogami moje spojrzenie na stolicę

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...