"Nie" dla Unii. "Wygrali przeciwnicy Unii""Nie" dla Unii. "Islandczycy dali sobie radę bez pomocy eurokratów. Członkostwo w Unii wiąże się z ograniczeniem suwerenności"

Mieszkańcy Islandii odrzucili w ogólnokrajowym referendum propozycję wznowienia negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. Czy oznacza to, że Islandczycy są słabo wykształconymi prowincjuszami, opętanymi antyeuropejską fobią? Niezupełnie. Problem leży raczej po stronie Unii, która po całej serii popełnionych błędów straciła swoją dawną atrakcyjność.
Islandia złożyła swój pierwszy wniosek akcesyjny do Unii w 2009 r., w następstwie zawirowań wywołanych globalnym krachem finansowym. Zwolennicy akcesji uważali, że dołączenie do wspólnoty europejskiej pozwoli ustabilizować gospodarkę, a przyjęcie euro uchroni wyspę przed inflacją. Ostatecznie Islandczycy dali sobie radę bez pomocy eurokratów, a odbicie gospodarcze w kolejnych latach doprowadziło do spadku zainteresowania członkostwem w Unii i zakończenie rozmów z Brukselą w 2013 r.
Propozycja wznowienia negocjacji, nad którą teraz głosowano w referendum, była związana – podobnie jak 17 lat temu – z obawą o sytuację gospodarczą wyspy. Znów pojawiły się sugestie przyjęcia wspólnej waluty jako remedium na rosnącą inflację. Argumentowano również, że w obliczu napięć geopolitycznych i widocznego kryzysu NATO członkostwo w Unii ma jakoby wzmocnić bezpieczeństwo kraju. Oliwy do ognia dolał nowy ambasador Stanów Zjednoczonych, który wywołał oburzenie niemądrym żartem, że Islandia mogłaby się stać 52 stanem USA (przy czym 51 stanem miałaby być Grenlandia).
