Kozacka twierdza komandira KonstantinaKozacka twierdza komandira Konstantina. "Dowiedział się o wojnie, gdy w nieodległy blok uderzył pocisk"

Na poddaszach bloków czuwają snajperzy, między blokami ludzie komandira usypują kolejne umocnienia z worków z piaskiem, betonowych bloków i opon.
Gdy na codziennym niebie błyskają rakiety rosyjskiego wojska, a w telewizji widzisz Władimira Putina przekonującego, że twój naród nie istnieje, świat zdaje się przewracać do góry nogami, a niepewność chwyta za gardło. Gdy znikąd pojawiają się charyzmatyczni lokalni przywódcy, wraca porządek, ład i poczucie bezpieczeństwa. Na takich ludziach opiera się nieugięta Ukraina.
Komandir Konstantin przyjmuje w swojej siedzibie wysokich rangą gości. Na jego skinienie tuzin mężczyzn w mig ustawia w oknach worki z piaskiem, po czym zaciąga zasłony. Żona komandira znika w kuchni, by zarządzić natychmiastowe przygotowanie wystawnej kolacji. Jego żołnierze pilnują przejść, samochodów, otoczenia budynku – niepozornego gmachu, którego podziemia stały się sztabem obrony terytorialnej jednej części Kijowa. Goście też są nie byle kim – doradca ministra, pułkownik Sił Specjalnych Ukrainy, no i polski dziennikarz. Po chwili, jak za magicznym zaklęciem „stoliczku, nakryj się”, na ławie przed nami pojawiają się sery, mięsa, świeży chleb, słodycze – rozpoczyna się narada. Komandira rozpiera duma, długo pracował na to, by sprawdzić się nie tyle jako gospodarz, ile jako twardy i skuteczny obrońca ojczyzny.
