Fryzownie bananów. "Więc europarlament się zebrał"Fryzownie bananów. "Więc europarlament się zebrał, w końcu za coś unijnym urzędnikom płacą…"

Oj, było tych afer, z braku miejsca wszystkich nie wymienię. I za każdym razem płomienne mowy były, że fuj, że trzeba, że należy.
Parlament Europejski się zebrał. W końcu za coś europosłom płacą, więc się zbiera. Tym razem nie po to, by ustalić normę krzywizny bananów, to już ustalono. O inne banany chodzi. O 60 mln dol., które wzięło iluś deputowanych za załatwienie czegoś tam. Za co dokładnie, dopiero jest ustalane, wiadomo tylko, że łapownictwo we wspólnocie jest „sprawą rozwojową”. Więc zebrać się wypadło.
Jakież były płomienne mowy, że się nie godzi, że fuj… i że trzeba więcej przejrzystości w działalności. Ileż razy słyszałem takie oracje, można by nawet przygotować unijny wzorzec wystąpień na tę okoliczność. W 1997 r. np. specjalnie powołana komisja – wiadomo, jeden to złodziej, dwóch to klika, a powyżej trzech to już komisja – wykazała, że unijni urzędnicy zatajali szkodliwość mięsa skażonego BSE (szaleństwem krów) dla ludzkiego zdrowia, żeby w krajach zachodnich nie załamał się rynek mięsny. Albo w 1999 r., gdy wybuchł skandal z udziałem francuskiej komisarz Édith Cresson, która – jak obecnie Ewa Kaili, grecka socjalistka, wiceprzewodnicząca europarlamentu, zdymisjonowana za korupcję i pranie brudnych pieniędzy – lobbowała za zielone na rzecz różnych firm i państw, zatrudniała pociotków i znajomych królika na fikcyjnych stanowiskach, przydzielała wybrańcom lukratywne zlecenia itp. Sprawa Cresson też okazała się „rozwojowa” i w efekcie do dymisji musiała podać się cała Komisja Europejska pod wodzą Jacques’a Santera. Albo afera z Eurostatem – instytucją, której opracowania są podstawą decyzji o unijnych dopłatach. Jej urzędnicy tak fryzowali statystyki, by pieniądze dostawali ci, którzy wpłacali im miliony na lewe konta.
