Do końca 2024 r. chcą się go pozbyćDo końca 2024 r. chcą się go pozbyć. "Dziś znowu prezydent im przeszkadza. Czy to doprowadzi do tragedii?"

Czy partia, na którą oddało głos 22,4 proc. obywateli uprawnionych do głosowania, ma prawo uznać, że bierze wszystko, nawet jeśli konstytucja jej na to nie pozwala?
Demokracja i państwo prawa mają to do siebie, że w ramach ich praw można głosić nawet zniesienie demokracji. Uczciwe jest jednak, by planując zamach na konstytucję, szczerze mówić o tym wyborcom w kampanii.
Jeśli ma się pomysł, żeby np. zmienić konstytucję albo w ogóle ją znieść i wprowadzić dyktaturę, to nie powinno się tego ukrywać. W innym przypadku obywatel może chcieć zagłosować na demokratę, a wybierze autokratę. Co prawda Donald Tusk miesiąc przed wyborami mówił, że „o tym, jak będzie wyglądało rządzenie w Polsce, powie po wyborach” i jak to zazwyczaj w Polsce bywało między 2016 a 2023 r. nikt oprócz TVP się tym nie zainteresował. Nawet dziennikarz Polsatu w trakcie wywiadu nie czuł dyskomfortu i nie zagaił, co to za tajny plan ówczesny lider opozycji kryje za pazuchą. Teraz nawet TVP o to nie zapyta, bo Tusk, jak przystało na prawdziwego demokratę, kilka dni po przejęciu władzy postanowił położyć łapę na mediach publicznych. Dosłownie, bo jego kompan w nocy uchwałą ogłosił się panem i władcą zarządów spółek medialnych. Mogliśmy co nieco podejrzewać w momencie zaprzysiężenia, gdy Adam Bodnar, wybrany na ministra sprawiedliwości, ślubował przed prezydentem, że „dochowa wierności postanowieniom Konstytucji RP i innym prawom Rzeczypospolitej Polskiej, a dobro ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla niego zawsze najwyższym nakazem”, a stojący za nim herszt całej bandy Donald Tusk śmiał się pod nosem.
