Biały szum. Wielu ludzi nie jest w stanie znieść ciszy
Biały szum. Metod ucieczek przed tym, co jest, mamy chyba nieskończoną ilość

Są zniewoleni, boją się zostać sami z sobą, horror vacui.
Godz. 19, mży, zimno, nikogo na plaży. I morze ze swoim bezkierunkowym dźwiękiem. To samo przy Starym Młynie na Liswarcie, woda spadająca na turbiny. Mózg nie ma na czym się skupić. Pozbawiony oparcia w konkretnym bodźcu, wreszcie odpuszcza. Rzeczywistość zaczyna przepływać. Kontempluję.
Dwa czy trzy lata temu. Lato jak z lat 60. Płynę kajakiem po Liswarcie. Zastygłe słońce, potworny upał. Patrzę na nurkujące gołębie. Pękate gołębie pikują jak zimorodki! Szukają ochłody. Nurt niesie kajak bardzo powoli. Tafla rzeki bez jednej zmarszczki, jakby ktoś wylał na nią olej. Jestem trzy metry od brzegu i nagle sarna – zeszła pić. Widzi mnie i nie ucieka. Węzeł mięśni i ścięgien cztery metry ode mnie. Brednie. Nie chce mi się wierzyć w to, co widzę. Już raz byłem tak blisko. Zerwała mi się spod nóg. Trzy skoki zygzakiem i jej nie było. Może pół sekundy, nie więcej. Ktoś, kto myśli, że sarny mają coś z pluszowych Bambi, powinien się leczyć, zachorował na popkulturę. Jeśli mógłbym ją z czymś porównać, to z dużym chartem. Same mięśnie i ścięgna. Wdzięk akrobatki. Dotknięcie czystego piękna, którego nie zakłócił człowiek.
