„American Beauty” – rodzina jako więzienie„American Beauty” – rodzina jako więzienie. "Sztuką jest nakręcić coś takiego i ani nie zanadto skomplikować, ani nie znudzić"

Kiedy oglądałem dziś, doceniłem bardziej. Nie tylko odrobinę niepoprawny politycznie, może nie z perspektywy 1999 r., ale dzisiejszej, motyw buntu mężczyzny.
Coraz częściej wybieram starsze filmy, a nie nowości, które skądinąd także staram się śledzić. Czy tamte były lepsze? A może szukam w dawniejszych dziełach własnych doświadczeń? To na nich przecież uczyłem się życia. W każdym razie na kanale Paramount natrafiłem na film Sama Mendesa „American Beauty”. W latach 1999–2000 (premiera amerykańska w 1999 r., polska – w 2000 r.) było to jedno z ważniejszych filmowych wydarzeń. Pamiętam, jak także w Polsce każdy facet w średnim wieku szukał w Lesterze Burnhamie, zagranym przez Kevina Spaceya, samego siebie.
To film o kryzysie wieku średniego, ale i o buncie wieku średniego. Ojciec rodziny zostaje zdegradowany, bo traci pracę w magazynie reklamowym i jednocześnie sprzeciwia się swojej marginalizacji, lekceważeniu przez żonę i córkę. Szuka ratunku w ćwiczeniach fizycznych, paleniu trawki i zauroczeniu seksowną koleżanką córki z liceum (w tej roli Mena Suvari). Wszystko pośród realiów podważanej i wyśmiewanej po wiele razy kultury afirmującej sukces i traktującej rzeczy jako jego atrybut. Kultury mieszczańskiej w specyficznej amerykańskiej wersji.
