ADAMSKI POLECA. "Thor i zabójca bogów" oraz "Maestro!"
ADAMSKI POLECA. "Thor i zabójca bogów" oraz "Maestro!". "Pojedynek Zeusa i Thora jest hultajski, bezczelny i urokliwy"

Na ekranie zobaczymy absolutne ikony kina. Od Eastwooda, przez Bertolucciego, Tarantino, Joffé, Argento, aż po takich muzyków jak Springsteen.
Thor i zabójca bogów
Postać Thora (Chris Hemsworth) nie miała dobrego startu. Szekspirowska wersja spod rąk samego Kennetha Branagha z 2011 r. była zbyt poważna dla fanów świata Avengers. Przyciężki sequel z 2013 r. również nie wyciągał całego potencjału postaci boga Asgardu. Gdy wydawało się, że Thor nie dźwiga oddzielnych filmów i może dobrze funkcjonować na ekranie tylko na tle reszty Avengersów, do gry wszedł Taika Waititi. Nowozelandzki aktor, komik i reżyser to jedna z najbardziej oryginalnych postaci Hollywood. Zdobywca Oscara za scenariusz do błyskotliwej satyry osadzonej w wojennych Niemczech (sam wciela się w Hitlera!) „Jojo Rabbit”, pirat z „Nasza bandera znaczy śmierć”, współtwórca seriali „Co robimy w ukryciu” i znakomitego „Mandaloriana” z uniwersum Star Wars – Waititi to człowiek instytucja. Jego „Thor: Ragnarok” (2017) zupełnie zmienił oblicze serii. Autoironia i autoparodia, sarkazm, kinofilska żonglerka gatunkowa – to wszystko miała jego bezczelna wersja przygód nordyckiego herosa. „Ragnarok” to jeden z najlepszych filmów z uniwersum Avengers ( jest ich już prawie 30!), z którego wykiełkował znakomity serial Disneya „Loki”. Waititi podniósł bardzo wysoko poprzeczkę i oczekiwania na „Thor: Miłość i grzmot” były wielkie. Efekt? Waititi znów mnie zaskoczył.
Reżyser przyznawał otwarcie, że idealny i spiżowy bóg Thor był nudną postacią. Opisał go jako „bogatego dzieciaka z Kosmosu, który utknął w kiepskiej dzielnicy”. Dlatego jego Thor w pewnym momencie się roztył i zaczął przypominać Jeffreya Lebowskiego z kultowego filmu Coenów. Jego przekomarzania z ekipą Strażników Galaktyki, popadanie w uroczą „obciachowość” i igranie ze swoim boskim obliczem nadały posągowemu nordyckiemu bóstwu głębię. „Miłość i grom” jest bezpretensjonalny, lekki, doskonale głupawy. Powraca w nim dawna miłość Thora, która staje się jego żeńską wersją (Natalie Portman), a niegdyś boski gladiator Russell Crowe wciela się w otyłego, zmanierowanego i zblazowanego boga Zeusa. Kradnie show w kluczowej scenie! Jest więc wszystko, do czego Waititi nas przyzwyczaił. Rozmach, bombastyczność, obśmianie reguł gatunku, zanurzenie wszystkiego w modny retroklimat czasów He-Mana z lat 80. (plus muzyka Guns N’ Roses) i solidne rozwinięcie postaci boga z Asgardu. Co mnie więc zaskoczyło w tym filmie? Postać głównego czarnego charakteru i wroga Thora. Postać fenomenalnie zagrana przez Christiana Bale’a. Postać wbijająca ten lekki film na wyższy wymiar. Wymiar wręcz filozoficzny.
