Trójkolorowi na rozdrożu. Tożsamościowa próżnia, w połączeniu ze słabym państwem i coraz silniejszym islamem, zaprowadziła Francję na skraj przepaści

Fot. freeimages.com
Fot. freeimages.com

Rząd premiera Manuela Vallsa przetrwał w połowie maja wotum nieufności w izbie niższej parlamentu, ale zwycięstwo okazało się gorzkie. Związki zawodowe zablokowały implementację reformy rynku pracy, tzw. ustawę El Khomri, przepchaną przez parlament dzięki artykułowi 49-3 konstytucji. Był to już czwarty raz, kiedy Valls posłużył się metodą, pozwalającą uchwalać ustawy, omijając jednocześnie parlamentarną większość. W takiej sytuacji ustawa wchodzi w życie, angażując osobistą odpowiedzialność premiera i rządu. To, że inaczej nie udało się uchwalić reformy pokazuje, jak osłabiony politycznie jest prezydent François Hollande. Jego własna partia stanęła przeciwko niemu.

Ustawa El Khomri ma uelastycznić rynek pracy, ułatwić zwolnienia pracowników z przyczyn ekonomicznych i wydłużyć tydzień pracy. Jest to nie w smak związkowcom z największej centrali CGT-FO, którzy obawiają się utraty wpływów, jeśli reforma wejdzie w życie. Większość mniejszych centrali związkowych, bardziej skorych do współpracy z pracodawcami, postanowiła jej nie kontestować. Związkowcy CGT zajęli rafinerie (pod koniec maja 6 rafinerii na 8 przestało funkcjonować), elektrownie nuklearne i porty. Na ponad 4 tys. stacji benzynowych zabrakło paliwa, zatrzymały się pociągi i metro, a w Paryżu dochodziło do regularnych bitew między skrajnie lewicowymi demonstrantami z kolektywu „Nuit Debout” a policją. Rząd Vallsa, który złagodził założenia ustawy czterokrotnie, zanim w ogóle trafiła do parlamentu, musiał sięgnąć po rezerwy paliwowe, by zapobiec poważnym brakom w przemyśle.

Walka między francuskim rządem a związkowcami obrazuje patologie trapiące Francję przez ostatnie 30 lat, nazywane nad Sekwaną „trzydziestoma nędznymi” („Les trente piteuses”). Gospodarcza stagnacja, słabe państwo, rozdmuchana biurokracja, brak reform strukturalnych, fragmentacja społeczna, ideologiczna pustka, klęska modelu wielokulturowości, zamachy terrorystyczne, rosnące bezrobocie oraz niepewność, co do roli Francji w Europie i świecie ‒ to wszystko spowodowało, że Francuzi stracili zaufanie do klasy politycznej i z lękiem patrzą w przyszłość. Idea rychłego „upadku” („declin”) Francji stała się tak dominująca wśród intelektualnych elit nad Sekwaną, że w ostatnich latach powstało na ten temat aż kilkanaście książek.

Jednym z czołowych piewców upadku jest publicysta tygodnika „Le Point”, Nicolas Baverez. Według niego w XVII wieku Francja była potęgą nie tylko europejską, lecz także światową ‒ w dziedzinie militarnej, gospodarczej i demograficznej. „Francuski był językiem światowym. Wystarczy poczytać wspomnienia kardynała Richelieu oraz Ludwika XIV, by się o tym przekonać. Potem były jeszcze krótkie chwile świetności, [takie jak ‒ A.R] Imperium napoleońskie oraz imperium kolonialne stworzone przez III Republikę. Z tego nic nie zostało. Rewolucja przemysłowa, dwie wojny światowe i złe zarządzanie państwem zniszczyły francuską dominację. Utknęliśmy w stanie permanentnej niemożności” – pisze Baverez w swojej książce „Francja, która upada” („La France qui tombe”).

Ciąg dalszy na kolejnej stronie

1234
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...