"Powstanie Warszawskie" daje nadzieję, że wciąż mamy wspólne mianowniki w naszej podzielonej do granic wspólnocie

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

Po wyjściu z kina zamknąłem się w samochodzie, włączyłem na cały regulator muzykę i głośno płakałem

— napisał w swojej recenzji Tomasz Raczek po obejrzeniu „Powstania Warszawskiego”.

CZYTAJ WIĘCEJ: Tomasz Raczek poruszony filmem „Powstanie Warszawskie”: „Po wyjściu z kina zamknąłem się w samochodzie i głośno płakałem”

Zupełnie mu się nie dziwię. Nie da się wyjść z „Powstania Warszawskiego” obojętnym. I tak naprawdę nie da się „stanąć obok” tego filmu, ocenić go technicznie pod kątem warsztatu, scenariusza czy wciągającej historii. Widz dostaje, proszę wybaczyć, w łeb, jest wbity w fotel od samego początku, a w trakcie filmu dostaje jeszcze kilka ciosów.

Obrazy, jakimi mówi film Ołdakowskiego, są pozbawione make upu, hollywoodzkich efektów specjalnych, zwrotów akcji. I to chyba największa siła „Powstania Warszawskiego” - dostajemy „surówkę”, zaglądamy za kulisy prawdziwego życia Powstania. Jan Komasa przekonywał nawet, że to pierwszy w historii Polski film dokumentalny. Coś w tym jest.

CZYTAJ TAKŻE: TYLKO U NAS. Jan Komasa opowiada o „Powstaniu Warszawskim”: „To jest nakręcone tak, jak kręcą dzisiaj reporterzy wojenni!” NASZ WYWIAD

Ale komentarz Raczka pokazuje też coś innego - „Powstanie Warszawskie” jest dla wszystkich, a co najbardziej cieszy - pozwala raz jeszcze, nawiązać cienką nić porozumienia z innymi członkami wspólnoty. Pewnie na chwilę, ale jednak. To daje nadzieję, że mimo wszystkich codziennych różnic, sporów i kłótni, jednak jest w nas jakiś wspólny pierwiastek i mianownik… człowieczeństwa? Patriotyzmu? Polskości? Film tym bardziej trzeba docenić, że przecież takich mianowników i pierwiastków nie jest dużo.

Co ciekawe, film Muzeum Powstania Warszawskiego został uznany z jednej strony za potwierdzenie tezy o „obłędzie” zrywu, a z drugiej za ostateczny dowód na słuszność powstania. Problem w tym, że ten film w ogóle nie dotyka tej sprawy - widzimy powstanie takie, jakim naprawdę było. Wnioski wyciąga widz.

Jedyne, co może irytować, to dość infantylne i sztuczne dialogi dwóch głównych bohaterów. Z lekka psują mozolnie budowaną atmosferę i niepotrzebnie spłycają przekaz filmu. Ale to tylko łyżka dziegciu.

Ołdakowski zasłużył na najwyższe odznaczenia państwowe. Nie wiem, czy patrzy na swoją działalność w ten sposób, ale samo muzeum, okołomuzealne inicjatywy, opisywany film, a wreszcie - last, but not least - „moda”, jaką zaszczepił w młodych (i nie tylko) ludziach na wszystko, co jest związane z Powstaniem Warszawskim, będzie pomnikiem trwalszym niż ze spiżu. Któregoś pięknego dnia wolna Polska powinna odwdzięczyć mu się Orderem Orła Białego. Czy ktoś spodziewał się, że już w nieco ponad dekadę od momentu, gdy Lech Kaczyński został prezydentem Warszawy, sprawa rozrośnie się do takich rozmiarów?

I tylko szkoda, że podobnego mitu, „mody”, zainteresowania, nie udało się obudzić wokół innych wydarzeń z polskiej historii. Że wojna z bolszewizmem i Bitwa Warszawska, powstanie wielkopolskie, czy nawet walka z komunizmem nie zostały odpowiednio „opakowane” przez polskie władze. Być może każde z tych wydarzeń czeka na swojego Kaczyńskiego, Ołdakowskiego. Albo na swój czas, jak w przypadku bohaterstwa i postawy Żołnierzy Niezłomnych.

Warto wracać do tego filmu, analizować poszczególne sceny, skupiać się na innych wątkach niż za pierwszym podejściem. Bo ten film mówi obrazami - opuszczonym miastem, emocjonalnymi widokami, wreszcie przepiękną piosenką firmującą kinowy obraz. Czapki z głów.

Marcin Fijołek

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...