Wyznania agresywnego samcaWyznania agresywnego samca

W związku z ostatnimi przygodami Rzecznika Praw Dziecka doszedłem do wniosku, że w tej trudnej i niejednoznacznej – jak piszą niektórzy – sytuacji najlepszym rozwiązaniem byłoby powierzenie tej funkcji Janowi Jakubowi Rousseau. Człowiek ten był tak pochłonięty pracą nad swoimi teoriami, między innymi o wychowaniu dzieci, że swoich pięcioro oddał do przytułku dla niemowląt, aby mu nie przeszkadzały w pracy nad uszczęśliwianiem dzieci cudzych.
Niestety, ów okrutny egoista, filozof hipokryta poświęcający się dla dobra ludzkości już nie żyje (1712-1778). Czyli Oświecenie. Tego nam potrzeba – jeszcze więcej Oświecenia. Czyli mniej Janusza Korczaka, mniej Aleksandra Kamińskiego i mniej Bogdana Suchodolskiego a więcej Sylwii Spurek, Barbary Nowackiej i Moniki Hornej-Cieślak (Rousseau wszak jest już niedostępny).
W czwartym odcinku Z punktu widzenia rodzica i …obywatela miałem zająć się działalnością poradni psychologiczno-pedagogicznych. Ważny tekst Marcina Józefaciuka skierował mnie w innym kierunku. Temat podejmę dopiero w następnym, gdyż znów kolejny tekst, tym razem Sylwii Spurek (1października na portalu Zero.pl) dotyczący głośnej sprawy interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka i odebrania dzieci rodzicom, wymaga jednak szybkiej reakcji i potrzeby przedstawienia tej sprawy na szerszym tle. Takie odnoszę wrażenie.
Wolność Obywatela a państwowy przymus, czyli System
Państwo a dziecko wychowywane przez rodziców. Piszę o tym, jak zwykle, z perspektywy rodzica. I Obywatela. Tekst, podobnie jak poprzednie z tego cyklu, stara się opisać i zanalizować aktualną sytuację. Opieram się przede wszystkim na własnych doświadczeniach. Czasem tylko przedstawiam jakieś historyczne odniesienia. Interesuje mnie też szerszy kontekst życia społecznego. Nie chcę prowadzić ideologicznych czy politycznych sporów, choć czasami muszę się do takich odnosić, bo pojedyncze decyzje w konkretnych sprawach zapadają tu i teraz, i podejmowane są przez ludzi o jakichś poglądach, skłaniających się ku temu lub owemu. Postawmy na początek pytanie: czy, a jeśli tak to kiedy i w jakim stopniu, Państwo może dziś ingerować w wolność Obywatela i szerzej autonomię Rodziny: narzucać wzorce postępowania, wkraczać z interwencją, wymuszać określone przez siebie zachowania? Napisałem wyżej „dziś” bo nie zamierzam wdawać się w rozważania o filozoficznych, historycznych czy innych podstawach istniejącego stanu rzeczy. Ten stan zastałem, w nim funkcjonuję i w nim żyją moje dzieci i jeśli coś mi nie odpowiada do przede wszystkim rozważam: dlaczego naprawdę chciałbym to zmienić i na co.
I jeżeli na przykład Sylwia Spurek pyta: „gdzie kończy się prawo rodziny do prywatności, a zaczyna obowiązek państwa, by chronić dziecko?” to ja przede wszystkim mówię: prawo do ochrony prywatności jest bezdyskusyjne a jakakolwiek ingerencja zewnętrzna w życie innych musi być uzasadniona. To nie jest różnica tylko w rozłożeniu akcentów, bowiem Sylwia Spurek dodaje: „to pytanie powraca przy każdej głośnej sprawie dotyczącej możliwej przemocy. Odpowiedź ma znaczenie nie tylko dla jednej rodziny czy jednej instytucji, ale dla całego systemu ochrony dzieci w Polsce.” Możliwej przemocy? Chyba stwierdzonej przemocy. Przemocy dla odmiany instytucjonalnej. Znaczenie dla całego systemu ochrony dzieci w Polsce? Chyba Systemu. Ochrona czy pomoc powinna należeć się tym, którzy jej potrzebują. Znaczenie dla jednej rodziny? Przecież RPD interweniowała wobec kobiety, która nie jest samotna. Dlaczego zabrano dzieci także mężczyźnie? Nawiasem mówiąc, przy okazji zapoznawania się z materiałami dotyczącymi przywoływanej interwencji RPD, dowiedziałem się, że z punktu widzenia obowiązującej ustawy (ale nie tej o języku polskim) to RPD interweniowała na widok agresji a działała jakby stwierdziła przemoc. Przykłady, kiedy System udziela na siłę pomocy tym, którzy jej nie potrzebują i jej nie chcą, podam w innym miejscu.
Wolność internetowa
Przy rozpatrywaniu granic Wolności warto pamiętać, że jest to dziś wolność „internetowa” (określenie moje) czyli: wszyscy ludzie wszystko wiedzą i są dodatkowo przekonani, że mają rację. Każdy kto ma jakąkolwiek władzę też niby wie, że nic się w przestrzeni publicznej nie ukryje, ale uroki Władzy są tak ogromne a postępująca na wzór socjalistyczny selekcja negatywna tak ekspansywna, że mało kto z dzierżących rzeczoną zwraca na to uwagę. Kontrola społeczna, pozornie gigantyczna, jest iluzoryczna. Nie piszę o tym czy to źle czy dobrze. Tak jest i trzeba o tym pamiętać.
Dzieci, rodzina, państwo
Rzecz dotyczy przede wszystkim dzieci. Tu najważniejsze są moim zdaniem takie kwestie jak: obowiązek szkolny, aktualny system edukacji, przemoc w rodzinie, niebezpieczeństwa związane z „cyfryzacją” życia społecznego w ogóle, prawa dzieci i każdego z rodziców w przypadku ich rozstania się a także zagadnienia związane z funkcjonowaniem psychologii i psychiatrii w przestrzeni publicznej. Sądzę – być może dla niektórych w sposób nieuprawniony – że to wszystko łączy się w jeden System. Dlatego to, co proponuje Obywatelowi Państwo, co wymusza i gdzie pozostawia obszary dla Obywatela autonomiczne, będę w dalszej części, dla uproszczenia, nazywał właśnie Systemem. To jest całościowy System, łączący poszczególne składowe siecią niedostrzegalnych nieraz, na pierwszy rzut oka, połączeń i zależności.
Inaczej: co mogą Ci, którzy mają władzę, kazać mi, Obywatelowi?
Rozwijając każdy z tematów nie określę w tej chwili precyzyjnie i całościowo swojego stanowiska. Będzie się ono ujawniać stopniowo. Skądinąd podlega ono także ewolucji pod wpływem kolejnych wydarzeń dotyczących bezpośrednio mnie, zmian w prawie, informacji medialnych itp.
Samego obowiązku szkolnego dziś nikt nie podważa, co nie znaczy, że nie można dyskutować o formach jego realizacji – tu najważniejsze wydaje się zagadnienie edukacji domowej. Na pewno z całego systemu edukacji powinniśmy wyrzucić politykę. I to na tak zwany zbity pysk. Potrzebne jest (i nie chce mi się tego nawet uzasadniać) zachowanie polskiej ciągłości kulturowej a każdorazowe, po zmianie władzy, grzebanie, przez urzędników Ministerstwa Edukacji Narodowej przy podstawach programowych nauczania historii i przede wszystkim języka polskiego, jest niedopuszczalne. Odsyłam do mojego poprzedniego odcinka pt. Mickiewicz i dzicz kudłata. Tu warto, choć nie tylko w tym aspekcie, dyskutować nad propozycją posła Józefaciuka powołania Komisji Edukacji Narodowej. Takie apolityczne ciało powinno powstać i składać się z osób posiadających autentyczny autorytet społeczny: uniwersyteckich specjalistów różnych dziedzin, przedstawicieli środowisk nauczycielskich, rodziców, czyli Obywateli, …
Nie obawiałbym się też tu dyskusji na jakikolwiek temat – dyskutować trzeba – gdyby nie pewne, powszechnie przyjęte za oczywistość zjawiska czy procesy, określane dodatkowo jako nieodwracalne. Na przykład „cyfryzacja” czego tylko można. Już dziś wielu spraw urzędowych nie można załatwić inaczej niż w formie elektronicznej. Stanowi to, podobnie jak zakusy na likwidację pieniędzy w formie gotówki, zamach na wolność człowieka i demokrację – tak jak ją dotąd rozumieliśmy. Osoby zgłaszające wątpliwości w tej kwestii traktowane są często jako dotknięte manią „łączenia kropek” czy zgoła zwolennicy teorii spiskowych. Ja uważam, i popieram to własnym przykładem, opisanym w pierwszym i czwartym odcinku cyklu, że należy zachować bardzo daleko idący sceptycyzm w kwestii np. elektronicznej formy zgłaszania kandydata do szkoły średniej. System sam, wbrew woli wypełniającego, ściąga z zewnątrz dodatkowe informacje a całość pomyślana jest w ten sposób, by wybór formy (elektroniczna lub papierowa) był nieodwracalny. W ten sposób rodzic zmuszony jest do oświadczenia, że świadomy odpowiedzialności karnej itd. podpisuje informacje, których nie podawał a szkoła otrzymuje informacje, których uczeń nie chciał jej podawać. Jeśli ktoś w tym miejscu popuka się w głowę, wzdychając nad bujną wyobraźnią autora to dodam, że kontynuacja tego procesu i nasz bezkrytycyzm w jego pogłębianiu mogą doprowadzić do tego, że System sam będzie wybierał naszym dzieciom (wnukom na pewno) szkołę kierując się sobie tylko wiadomymi kryteriami. Popukajmy się wszyscy.
Podobnie jest z przekonaniem o konieczności intensyfikowania opieki psychologicznej i psychiatrycznej wobec dzieci. Ilość nadużyć w tej dziedzinie moim zdaniem narasta. Dorosłych nie można zdiagnozować wbrew ich woli. Przynajmniej nieprzymusowo. Dzieci można. Po zdiagnozowaniu wszystkich i nadaniu im kodów Międzynarodowej Statystycznej Klasyfikacji Chorób i Problemów Zdrowotnych (ICD-10) oraz wdrożeniu kolejnych wytycznych WHO, System może kiedyś wpaść na pomysł (o ile już nie wpadł) by to wykorzystać na przykład do odgórnego, systemowego uniemożliwienia zrealizowania jakiegoś prawa, które teoretycznie nam przysługuje. Nie usłyszymy wtedy: wiecie, rozumiecie towarzyszu, tylko: system tego nie wygenerował.
W mediach społecznościowych nastała era samodiagnozy, czemu sprzyja masowe szerzenie się niezweryfikowanych treści i dezinformacji dotyczących zdrowia psychicznego. Z tego zjawiska korzystają, w różnych zresztą celach – nie zawsze jest to troska o dziecko – rodzice lub tylko jeden z nich. Masowo dopasowywane są ogólne objawy (np. ADHD, spektrum autyzmu, depresja) do własnych dzieci. Narasta kolejne zjawisko - uporczywego ich diagnozowania. Potem wizyta w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Ciekawe, ile dzieci cierpi nie tylko z powodu zaniechania odpowiedniej terapii, ale też z powodu błędnej diagnozy czy stygmatyzacji w szkole. System nie zajmuje się niuansami. Zagrożenia i skutki są różnorakie, ale opiszę je w kolejnym odcinku.
I prawie na koniec proza dnia codziennego, czyli rozstania rodziców. Niezależnie od formy związku, który się rozpadł, dzieci, po rozstaniu się rodziców, powinny być automatycznie w opiece naprzemiennej. Odwrotnie niż dzisiaj inne rozwiązania (sądowe) muszą być dopuszczane tylko wtedy, gdy istnieje tego wyraźny powód a rozstrzyganie tych kwestii przez sąd nie może trwać kilka lat. Po rozstaniu się rodziców, jeśli tylko zachowują oni pełnię praw rodzicielskich, każda wizyta dziecka u lekarza a szczególnie psychiatry i psychologa, każda zmiana szkoły, wizyta w poradni psychologiczno-pedagogicznej itp. itd. musi uwzględniać opinię obojga rodziców. Pamiętać trzeba, że wywiad lekarski np. u psychiatry dziecięcego polega głównie na rozmowie z jego rodzicem. Jeśli drugi rodzic jest przy tym nieobecny albo nie ma możliwości zweryfikowania podawanych lekarzowi informacji, to wówczas dochodzić może do nadużyć a najbardziej będzie cierpieć, w ostatecznym rachunku, przede wszystkim dziecko. Ja wiem, że takie sytuacje mają miejsce. Jest jeszcze kwestia działania ośrodków pomocy społecznej, problemy związane z zakładaniem tzw. niebieskiej karty itd. To wszystko ma na siebie wzajemny wpływ a totalna cyfryzacja umożliwia przekazy informacji między poszczególnymi elementami. System może działać na bogato.
Nie mam w tej możliwości by nawet skrótowo omówić każde z powyższych zagadnień w jednym materiale. Będę więc wracał do tematu w kolejnych odcinkach Z punktu widzenia rodzica i …obywatela. Ponieważ zahaczyłem na koniec o przemoc w rodzinie przejdźmy zatem, bardziej szczegółowo, do przemocy.
Wszyscy patrzą na rzeczniczkę praw dziecka. W tej sprawie chodzi o coś więcej
(śródtytuł zapożyczony od p. Sylwii Spurek)
14 sierpnia Rzeczniczka Praw Dziecka szła sobie ulicą, przepraszam, czekała na przystanku. Zauważyła matkę, która ostro szarpnęła i nakrzyczała na swoje 4-lecie dziecko. Według relacji matki, chłopiec nagle wbiegał na jezdnię i chciała go ratować. Monika Horna-Cieślak zwróciła kobiecie uwagę, na co ta zareagowała wulgaryzmami. RPD zgłosiła sprawę na policję. Służby zbadały sytuację rodziny (m.in. sprawdzono trzeźwość rodziców), jednak policja, kurator sądowy ani sąd rodzinny w pilnym trybie nie znaleźli podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci. Pracownicy biura RPD telefonowali do sędziego dyżurnego, próbując wymusić decyzję o umieszczeniu dzieci w pieczy zastępczej. Mimo braku zgody sądu, po kolejnych spotkaniach z udziałem RPD i policji (w niedzielę) podjęto decyzję o zastosowaniu procedury antyprzemocowej – wobec obojga rodziców wydano natychmiastowy nakaz opuszczenia mieszkania oraz zakaz zbliżania się do dzieci, które trafiły do domu dziecka. Decyzję wydała policjantka, która wówczas nie widziała na oczy ani rodziców, ani dzieci. W następnym dniu sąd rodzinny nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców. Sędzia ostro skrytykował zaangażowanie RPD i uznał argumenty o zagrożeniu w tej rodzinie (m.in. powoływanie się na dwie zamknięte butelki piwa znalezione w lodówce) za absurdalne.
…nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz). Fragment dialogu z filmu Miś Stanisława Barei
1 października 2026 zero na portalu zero.pl, w związku z tą interwencją RPD, Pani Sylwia Spurek zadała zasadne zdawałoby się pytanie: Czy dzieci w Polsce są skutecznie chronione przed przemocą? I dodała: w tej sprawie chodzi o coś więcej niż o kolejną medialną burzę, o której za kilka dni wszyscy zapomną, bo pojawi się inny, świeży temat, bardziej emocjonalny i lepiej monetyzujący uwagę. Chodzi o coś znacznie trwalszego – o budowanie albo o osłabianie kultury ochrony praw człowieka. Przepraszam z góry za przydługie cytaty, ale trudno się nie skusić. Ja bym jednak, w związku z tą samą sprawą, rozszerzył to pytanie, a właściwie dopisał drugie: czy rodzice w Polsce są skutecznie chronieni przed przemocą? I dodam od razu, że nie chodzi mi tu o przemoc w rodzinie, czyli dowolny rodzaj przemocy stosowany także, w wielu przypadkach, przez rodziców wobec siebie. W tej sprawie chodzi także o to, że dzieci zostały odebrane rodzicom a sprawa była rozpatrywana przez sąd, który miał ocenić zasadność zastosowania takiego środka. Sędzia nakazał natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom uznając, że działania wobec rodziny „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”, a „machina państwowa i urzędowa została tu uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia”. Była też mowa o „próbie wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej, na podstawie osobistego poczucia obrażenia przez matkę małoletnich, tezy o konieczności zabrania jej dzieci”. Powie ktoś: to jednostkowy, wyjątkowy i jaskrawy przypadek i z tej racji nagłośniony medialnie, co spowodowało zainteresowanie nim opinii publicznej. Nie! To stała praktyka stosowana na styku rodzice – dzieci - państwo i dotycząca ich wzajemnych relacji. Machina (by wciąż nie pisać System) działa wciąż, po cichu i ze wsparciem poradni psychologiczno-pedagogicznych, prawników i psychologów, systemu oświaty, polityków i autorytetów różnej maści. Dotyczy na co dzień nie tak głośnych i potencjalnie „medialnych” wydarzeń tylko zwykłych problemów, z którymi wielu ludzi, rodziców boryka się bez ustanku, całymi latami. Rozwinę to później. Wróćmy na chwilę do kultury ochrony praw człowieka jak ujęła to p. Spurek. Tu niestety zaczyna się ideologia a już na pewno kończy zdrowy rozsądek. Jak ową kulturę i same prawa człowieka rozumie Sylwia Spurek?
Trzy filary sukcesu
Taka kultura nie powstaje sama. A w przypadku praw człowieka w obszarze przeciwdziałania przemocy domowej trudno się ją buduje. Opiera się na trzech filarach: zapobieganiu przemocy, ochronie osób, które jej doświadczają, oraz skutecznym ściganiu sprawców. Trzy filary sukcesu wg. autorki to:
Zapobieganie, czyli edukacja i budowanie świadomości.
Ochrona, czyli sprawna policja, dostępne miejsca pomocy i procedury, które rzeczywiście działają wtedy, kiedy człowiek ich potrzebuje.
Ściganie, czyli jasne prawo i jego konsekwentne egzekwowanie.
Budowaniu świadomości ma służyć bez wątpienia omawiany tekst p. Spurek. Już jest – brawo! Czytajmy więc uważnie. Policja okazała się sprawna – dzieci odebrano. Dobrze. Trochę gorzej z prawem – sąd nie dość konsekwentnie je egzekwował i nakazał oddać dzieci. Ale jest nadzieja i wskazówka: w centrum całego tego systemu są instytucje państwa. Silne, skuteczne i pryncypialne. Bez nich nawet najlepsze przepisy pozostaną na papierze. (…) Nie oznacza to oczywiście, że instytucji nie wolno krytykować. Jest dokładnie odwrotnie. Rozliczalność jest jednym z warunków ich siły. Ale rozliczanie instytucji publicznych powinno odbywać się w interesie publicznym, na podstawie faktów, twardych danych i z zachowaniem szczególnej staranności. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o instytucje stojące na straży praw człowieka, w tym praw dziecka.
Silne, skuteczne, pryncypialne i podlegające krytyce, oczywiście w interesie publicznym a nie zainteresowanych – gdzieś to już chyba czytałem… jak sobie przypomnę, dam znać. Zacznijmy od danych - proponuje p. Spurek i sama zaznacza, że przeciwdziałaniu przemocy domowej zajmuje się od ponad dwudziestu pięciu lat i dostrzega inne od swoich poglądy, które charakteryzuje jako ideę, w myśl której – podobno - to, co dzieje się w domu, rodzinie, między bliskimi, jest sprawą prywatną, a państwo nie powinno się wtrącać. Ten sposób myślenia okazuje się niezwykle odporny na wiedzę, doświadczenie i zmiany prawa. Szczególnie dotyczy przemocy fizycznej i psychicznej wobec kobiet, dzieci, osób starszych i z niepełnosprawnościami.
Taka manipulacja i bezrefleksyjność w przedstawieniu sposobu myślenia innych ludzi mnie po prostu poraża. „Odporny na wiedzę” – nie istnieje jedna, jedyna i niepodważalna „wiedza” np. w dziedzinie psychologii, która wyjaśniałaby, dlaczego relacje między ludźmi w konkretnym przypadku są takie, jakie są. „Doświadczenie” – nie ma jednego wspólnego doświadczenia dla wszystkich. Inne i nieprzekazywalne doświadczenie ma rodzic, któremu drugi rodzic odmawia kontaktu z dzieckiem, mimo, że ma on do tego prawo a inne bezdzietna osoba posiadająca na dodatek władzę pozwalającą na to, by taki stan rzeczy trwał i skutecznie (niezależnie od motywacji) stojąca po stronie tego rodzica, który takie kontakty uniemożliwia. „Zmiany prawa” – rzeczywiście tu często - na przykład mój - odbiór takich zmian, okazuje się „niezwykle odporny” gdy widzę, że zmiany te powodowane są politycznie lub ideologicznie i stoją w poprzek moim przekonaniom, wartościom, które wyznaję, tradycji itp. Tu z lektur szkolnych polecam Antygonę Sofoklesa, póki jeszcze w spisie lektur jest. Wiem, że to, co wyżej napisałem można nazwać demagogią a podawanie jednostkowych przykładów i odwoływanie się do własnych doświadczeń to może być manipulacja. Ale na jakiej zasadzie demagogia i manipulacja pani Spurek ma być lepsza od mojej? Bo stoi za nią, w tym momencie historii Polski, siła Państwa, której przykład zastosowania opisał wspomniany sędzia? Przede wszystkim: nie jestem, nie, osobiście nie jestem wcale zwolennikiem idei, że „to, co dzieje się w domu, rodzinie, między bliskimi, jest sprawą prywatną, a państwo nie powinno się wtrącać.” To także krańcowe uproszczenie całej gamy poglądów wielu różnych ludzi o odmiennych światopoglądach, różnym doświadczeniu życiowym i przekonanych do bardzo różnych metod postępowania z dziećmi w procesie wychowania. Nie odmawiam np. szkole znacznej roli w tym procesie, natomiast będę protestował przeciwko usunięciu z listy lektur Antygony. Co to ma do rzeczy w kwestii przemocy domowej? Proszę przeczytać Antygonę. Albo przeczytać co o lekturach mówi minister Nowacka. Wobec kogo stosowana jest przemoc fizyczna i psychiczna – „wobec kobiet, dzieci, osób starszych i z niepełnosprawnościami.” Kogo zabrakło w tym zestawieniu? Z oczywistych powodów sprawców. „Sprawcami przemocy są natomiast najczęściej mężczyźni. Krzywdzą dzieci, partnerki, żony, rodziców, rodzeństwo, także innych mężczyzn. W związku z tzw. „aferą kłodzką” i prawomocnym wyrokiem, który zapadł w sprawie Przemysława L. zabrakło mi w tym zestawieniu tylko zwierząt. „To pokazują dane, w tym sądowe i policyjne. Warto o tym mówić właśnie dlatego, że w debacie o prawach człowieka nie powinniśmy wybierać faktów według tego, czy są wygodne politycznie, medialnie albo światopoglądowo. Powinniśmy zaczynać od danych. Zwłaszcza wtedy, gdy są niewygodne.” To jest rdzeń takiego rozumowania. Jego istotą jest przekonanie o własnej wyjątkowości, wyższości własnej intuicji, którą p. Sylwia dzieli z p. Barbarą i p. Moniką, acha, zapomniałbym, i z Janem Jakubem. Prawa człowieka to średnia statystyczna. Nawet jeśli byłaby to prawda – a nie jest, ale przyjmijmy dla uproszczenia i na chwilę, że jest, to co z moim jednostkowym przypadkiem? Mam go złożyć na ołtarzu miłości do ludzkości? To, że krzywdzi mnie osoba niepełnosprawna, lepiej wykształcona i jednocześnie kobieta ma nie mieć znaczenia przy wyroku sądowym? To znaczy, że jestem zwolennikiem prywatyzacji przemocy domowej? Ja nawet nie byłem zwolennikiem powszechnej prywatyzacji polskiej gospodarki w czasach „przełomu”.
Legislacja
Wspomina też p. Spurek o tym jak w 2003 roku napisała pierwszy w swoim życiu projekt ustawy – o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie i wtedy zobaczyła sprawczość polityczną i medialną zwolenników prywatyzacji przemocy domowej. Takie osoby uważają, że przepisy określające prawo kobiety lub dziecka do życia bez przemocy oraz dotyczące odpowiedzialności ojca, męża, partnera, brata czy syna za jej stosowanie stanowią zagrożenie – zagrożenie dla rodziny. Znowu to samo: zagrożenie wyłącznie ze strony samca i zdziwienie, że kogoś takie stawianie sprawy oburza. I brak argumentów zastępowanych oczywistą prawdą wynikającą w głębokiego przekonania. Ale wskazówki wykonawcze do ustaw przygotowywanych przez p. Spurek są konkretne i proste: np. działać szybko, zdecydowanie, nie czekać. A jako przykłady podawane są wyłącznie sytuacje ekstremalne. A gdzie choćby banalne przykłady ojców, którym matki przez kilka lat uniemożliwiają kontakty z własnymi dziećmi. Przecież w debacie publicznej nie mówimy wyłącznie o sytuacjach ekstremalnych, o śmierci dziecka w wyniku przemocy domowej. To temat poza dyskusją. Pomówmy np. o izolowaniu dziecka od drugiego rodzica i dziwnym trafem dotyczącym przede wszystkim ojców. Tu zwłoka także jest decyzją. Decyzją, która może mieć konsekwencje dla prawidłowego rozwoju dziecka. Skutki narastają latami, są trudne do oszacowania i jednoznacznej oceny, ba, po latach taka ocena staje się praktycznie niemożliwa. Ze średniej statystycznej dotyczącej np. zabójstw dokonanych na dzieciach, które skądinąd są ludźmi od momentu poczęcia, ze wszystkimi przysługującymi im prawami - wyciąga się wnioski, które potem wpływają pośrednio np. na orzeczenia poradni psychologiczno-pedagogicznych w dość zwyczajnych sprawach, bo taka panuje w nich atmosfera.
Z kulturą na Ty
Musimy budować kulturę, w której bezpieczeństwo dziecka jest ważniejsze niż źle (to znaczy jak?) rozumiane „prawo rodziny do prywatności”. (…) A ilekroć słyszę, że państwo powinno „nie wtrącać się” w wychowanie dzieci, że rodzina ma własne zasady, a granice ingerencji powinny być ustawione możliwie daleko, czuję niepokój. Bo takie zdania nigdy nie są tylko abstrakcyjną teorią o relacji państwa i rodziny. Za nimi może kryć się przyzwolenie na bardzo szeroką władzę silniejszego nad słabszym (a co z władzą słabszego nad silniejszym – czy to zestawienie w ogóle ma sens? Czasem władzę ma słabszy, jeśli np. stoi za nim siła aparatu przemocy – czy ja już wspominałem o Antygonie?), a nawet na upokorzenie, przemoc i krzywdę, której nikt z zewnątrz nie ma zobaczyć. I kiedy ktoś z taką pewnością domaga się, żeby państwo odsunęło się od zamkniętych drzwi rodzinnego domu, trudno mi nie pytać, co może pozostać za tymi drzwiami niewidoczne i kto zapłaci cenę za nasze niewtrącanie się. Słyszałem, w innym wykonaniu, równie ciekawą interpretację dwóch zamkniętych butelek piwa znalezionych – o zgrozo – w mieszkaniu rodziców, którym zabierano dzieci. Dwie butelki nieotwarte mogą zostać otwarte, na dodatek jak będą już puste to można dokupić jeszcze kilka a przede wszystkim dwie butelki piwa rano w lodówce mogą świadczyć o tym, że wieczorem było o wiele bardziej hucznie.
Państwo, społeczeństwo, instytucje i każdy oraz każda z nas powinni stać po stronie osoby słabszej (słabszej wg. ideologicznej definicji, a może lepiej by było po stronie prawdy, humanizmu) a nie po stronie (swojego) świętego spokoju lub po prostu, po stronie sprawcy. I właśnie dlatego sposób, w jaki piszemy i mówimy o przypadkach możliwego łamania praw człowieka, ma znaczenie. Może tę kulturę wzmacniać. Może też ją niszczyć. Mam dla Pani smutną wiadomość – nie wzmacnia Pani ani tej kultury, ani żadnej innej. Osłabia Pani za to wszystko co da się osłabić i usiłuje osłabić to, czego osłabić się nie da.
Słuszny apel z małą uwagą
Tu w tekście p. Spurek następuje apel o nieodwracanie wzroku od zdarzeń wymagających reakcji, czyli np. aktów przemocy. Zapewniam Panią, że nikt w miarę wrażliwy, normalny i wyznający system wartości jakiejkolwiek religii nie ma w sobie takiej motywacji by odwracać wzrok na widok krzywdy. Może się różnie zachować. Może być speszony, onieśmielony, bać się zareagować pierwszy, ale na pewno nie powstrzyma się dlatego, że sędzia nie uznał dwóch butelek piwa za dowód a kilku dziennikarzy powiadomiło o tym opinię publiczną. Taką mam intuicję – tu nie ma mowy o efekcie mrożącym. Podpowiem – taki efekt może wywołać cenzura.
O co tu chodzi?
W całym tekście nie ma nic o tym jak p. Spurek rozumie prawa człowieka. A wypadałoby chyba powiedzieć a nawet podkreślić, że jest to spojrzenie z punktu widzenia feministycznego. Nie jest ważne czy autorka reprezentuje feminizm kulturowy, liberalny, radykalny czy postmodernistyczny (podział za pracą Grzegorza Maronia, Nurty feministycznej jurysprudencji, która ukazała się w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Rzeszowskiego w 2013 roku). Mam także świadomość, że każdy z tych nurtów oceniałby inaczej postępowanie Antygony, z uwzględnieniem oczywistego chyba dla wszystkich faktu, że kobiety w starożytnych Atenach nie miały tych samych praw co mężczyźni. Co oczywiście nie było słuszne. Nie uważam także, żeby takie spojrzenie było nieuprawnione, ale dobrze byłoby, gdyby autorzy piszący o systemie ochrony praw człowieka nie prezentowali swoich poglądów jako oczywistej oczywistości, mającej zastosowanie w każdym przypadku, niezależnie od sytuacji „tu i teraz”, niezależnie od innych elementów składających się na kontekst wydarzenia i biorąc poprawkę na to, że definicyjne określanie kto jest zawsze osobą słabszą a kto oprawcą kłóci się jednak z życiowym doświadczeniem wielu ludzi. Nawet mężczyzn skłonnych do rzeczowej i racjonalnej analizy problemów podnoszonych przez zwolenników gender. Tym bardziej, że Donald Tusk otoczył się orszakiem gorliwie wspierających go feministek. Między innymi dzięki temu on zachowuje władzę a feministyczne postulaty są powoli, ale systematycznie wkręcane w polską rzeczywistość, mimo sprzeciwu znacznej części społeczeństwa.
W artykule p. Spurek znajdziemy jeszcze Post Scriptum, które miało, jak przypuszczam, spowodować, żeby nikt jego treści nie krytykował. Niby dotyczy RPD, ale ma chyba o wiele szerszy wymiar: jest w tej sprawie jeszcze jeden wymiar, którego nie powinniśmy pomijać. Sposób, w jaki oceniamy kobiety pełniące funkcje publiczne. Krytyka ich decyzji jest naturalna i akceptowalna (dziękujemy!) ale komentarze bardzo szybko przestają być merytoryczne. (…) Chodzi o to, by rozliczać je tak samo poważnie jak mężczyzn, czyli za decyzje, na podstawie faktów i według tych samych standardów, a nie dodatkowo karać za to, że są kobietami w przestrzeni publicznej.
Zdumiewające. To jednak feminizm archaiczny. Panie już to wywalczyły ponad sto lat temu! I to się ugruntowało. Proszę skorzystać z Internetu. Chamskie żarty, prymitywne uwagi na temat wyglądu – do wyboru, do koloru, wobec każdego.
Na koniec – eksplozja optymizmu!
Dlaczego postanowiłem ten odcinek poświęcić głównie tematowi przemocy domowej. Czy ma to coś wspólnego ze szkolną edukacją, o której zasadniczo pisałem wcześniej? Tak, ma: sposób funkcjonowania Systemu. Kiedy i na ile Państwo może ingerować w życie obywateli, a w tym przypadku w decyzje rodziców dotyczących ich dzieci? A przede wszystkim w życie samych dzieci. Nie piszę: czy może, bo niezależnie od tego co sądzi każdy z nas, jest to faktem, z którym nawet skrajny anarchista musi się w pewnym sensie „oswoić”. Taki mamy stan zastany i to w głównej mierze wyznacza granice naszej Wolności. Spierać się możemy - i powinniśmy stale – o kształt, szczelność tych granic. W odróżnieniu od granic administracyjnych i geograficznych te możemy przesuwać. W tym kontekście nie zgadzam się, upraszczając i uogólniając, na: zabieranie dzieci rodzicom, wykreślaniu z listy lektur pozycji, które konstytuują naszą świadomość narodową, europejską i ludzką, nie zgadzam się na marginalizowanie znaczenia jednego rodzica względem drugiego, nie zgadzam się na wymuszaniu na obywatelach przez Państwo decyzji korzystnych dla Systemu, ale niekorzystnych dla kogokolwiek i na wiele, wiele innych rzeczy.
Muszę przy tym, jak każdy z nas, jeśli czegoś się domagam lub na coś nie zgadzam, brać pod uwagę opinie innych, aktualną sytuację społeczną i polityczną, rozwój technologii naukowe odkrycia itp. itd. I zdrowy rozsądek. Obserwuję, że ludzie nie mający w sobie potrzeby pouczania innych jak mają żyć, nie żądający się od innych, by przyjęli ich wskazówki na temat tego jak mają kształtować swoje własne życie, stają się powoli wymierającą mniejszością. No, może to przesada. W każdym razie ich głos staje się coraz bardziej nieistotny w debacie publicznej, tym bardziej, że nie są przeważnie skłonni protestować. Otacza ich rosnący wciąż tłum wiedzących lepiej. Wiedzący lepiej kochają całą ludzkość, wierzą, że obdarzeni są niezwykłą intuicją, pozwalającą im narzucać drugim swoją wizję szczęścia, niezbędną jakoby dla szczęścia osobistego każdej jednostki ludzkiej i całych społeczeństw. Dla uszczęśliwienia swoich bliźnich gotowi są nie tylko pouczać, ale także bezwzględnie egzekwować wykonywanie swoich praktycznych zaleceń.
Coraz częściej wspierają ich politycy, bo – co chyba oczywiste – tak łatwiej jest rządzić. Wspierają ich także rosnące szeregi coraz słabiej – to koszt powszechnego i coraz bardziej masowej edukacji - wykształconych specjalistów różnych dziedzin. W razie potrzeby jest jeszcze aparat przymusu w postaci – o dziwo – nie tylko policji. Czasami w tej roli występują poradnie psychologiczno-pedagogiczne, rzecznicy praw ucznia, obywatela, programy antyprzemocowe, programy wspierania słabszych, podstawy programowe… opracowane i powołani w zupełnie innym celu.
