Podmuch ruskiej rakiety opustoszył głowy Tuska i KierwińskiegoJanecki: Ruska rakieta wybuchła w polu, ale skutki widać w głowach premiera Tuska i ministra Kierwińskiego, które podmuch wyraźnie opustoszył

W ostrzeganiu Polaków z Lubelszczyzny przed rosyjską rakietą wszystko było źle, za późno, zbyt chaotycznie oraz bez elementarnej logiki i sensu.
Na koniec lipca 2026 r. w konkursie na ośmieszanie się w sposób niedający podstaw do żadnej taryfy ulgowej rząd koalicji 13 grudnia nie ma w ogóle konkurencji. A indywidualnie mistrzami ośmieszania się są premier Donald Tusk i minister spraw wewnętrznych Marcin Kierwiński. I to ośmieszają się w sprawie śmiertelnie poważnej, czyli wybuchu rosyjskiej rakiety w Tarnawie-Kolonii.
Po godzinie 2:00 nad ranem 30 lipca Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych RP w specjalnym komunikacie poinformowano, że w związku z atakiem Rosji na Ukrainę „rozpoczęło się operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej”. Wyglądało to tak, jakby nad Polską miało dojść do jakichś walk powietrznych. A to nad polskie terytorium nadleciała rosyjska rakieta, przeleciała kilkadziesiąt kilometrów i uderzyła w ziemię doprowadzając do wybuchu głowicy bojowej. Jak już było po wybuchu, to zawyły syreny alarmowe. Oczywiście za późno.
Szef MSWiA Marcin Kierwiński dumny oświadczył, że „ten czas krytyczny, czyli czas zagrożenia, to było około 13 minut (…) uruchomiono najszybszy sposób powiadamiania ludności zgodnie z procedurą, czyli system syren alarmowych”. Ciekawe, jaka procedura nakazuje alarm dopiero po niebezpiecznym zdarzeniu. Bo okazało się, że syreny zawyły, gdy zagrożenie minęło. Kierwiński tłumaczył jak komu głupiemu: „Jeżeli wyje syrena alarmowa, wszyscy musimy być przygotowani, że to nie jest czas na zastanawianie się nad tym, czy alarm jest próbny, Jeżeli wyje syrena alarmowa, to znaczy, że jest zagrożenie. To znaczy, że należy postępować zgodnie z procedurami, które zawarte zostały w specjalnym poradniku, który przygotowaliśmy. 13 minut to nie jest czas, w którym będą przychodziły rozbudowane informacje”. Czyli co, syreny wyją, lecimy po poradnik i przygotowujemy się do czegoś, co miałoby sens, gdyby rakieta była daleko od miejsca, gdzie wybuchła?
„Dlaczego w tej sytuacji nie użyto systemów obrony przeciwlotniczej i obiekt nie został zestrzelony? Dlaczego nie zneutralizowano obiektu, jeśli było to możliwe? Dlaczego mieszkańcy zostali pozostawieni bez rzetelnej informacji”? - pytał były szef MON Mariusz Błaszczak. Rzecznik Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych Jacek Goryszewki stwierdził, że przed „ewentualną neutralizacją konieczna jest identyfikacja obiektu. Musimy wiedzieć, czy to, nie daj Boże, nie jest obiekt cywilny. Latają też tam cywilne obiekty, mogła być to również zabłąkana awionetka bądź co innego, więc tutaj musimy mieć pewność. Tutaj nie ma marginesu błędu”. Jasne, w takiej sytuacji jest dużo czasu, żeby się zastanawiać, co nadlatuje. Goryszewski pocieszył, że „jeżeli obiekt kontynuowałby lot, zostałby najprawdopodobniej zestrzelony”. Ale nie było takiej potrzeby, gdyż „sam upadek obiektu był widziany przez pilota myśliwca”. Czyli rakieta sama się zestrzeliła.
Były premier Mateusz Morawiecki zarzucił Tuskowi i rządzącej ferajnie „rażącą niekompetencję”. I przypomniał, że Janusz Cieszyński i Michał Dworczyk „kilka miesięcy temu proponowali uzupełnienie aplikacji mObywatel (…) aby tego typu okoliczności, z jakimi mieliśmy do czynienia dzisiaj, były w odpowiedni sposób ogłaszane, informowane tak, żeby obywatele nie mieli poczucia chaosu”. Do słów Mariusza Błaszczaka i Mateusza Morawieckiego odniósł się Donald Tusk: „Pan minister Błaszczak i pan premier Morawiecki są ostatnimi na planecie, którzy powinni komukolwiek zwracać uwagę na to, jak państwo powinno reagować na sytuację taką jak wlot obcej rakiety. Niech się wstydzą. Ja bym na ich miejscu dzisiaj zakopał się w jakiejś jamie i udawał, że mnie nie ma”. Donald Tusk się akurat odkopał, ale ponieważ przebywał w jakiejś jamie, chyba to, co odpowiada za sens wyraźnie się nie dotleniło.
Jaki kit wciska Polakom Donald Tusk? Mieszkańcy Lubelszczyzny zostali poderwani ze snu przez syreny alarmowe, ale nie mieli pojęcia, przed czym one ostrzegają. Bo nie otrzymali żadnych SMS-owych komunikatów wyjaśniających, co się dzieje, a to tylko wywołało panikę i zagubienie. 31 sierpnia rano Rządowe Centrum Bezpieczeństwa zaleciło w komunikacie, by zachować ostrożność i podało link do „Poradnika bezpieczeństwa”. Nawet Tusk z Kierwińskim mogliby się domyślić, że masowe łączenie się poprzez podany link doprowadzi do zawieszenia rządowych serwerów.
Minister Kierwiński upierał się, że „link działa”, co wywołało powszechny śmiech i kpiny. „To przejściowe problemy, związane z dużą liczbą wejść na strony, bez żadnych problemów technicznych” – mówił PAP dyrektor biura komunikacji Ministerstwa Cyfryzacji, Marek Gieorgica. A rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka odkryła, że problemy spowodowało „ogromne zainteresowanie pobraniem poradnika”. Tego samego poradnika, który każdy obywatel dostał do domu. Czyli co, obdarowani wyrzucili ten niezbędny do przetrwania informator? A może tych 150 tys. wejść wynikało z ciekawości, co tam rząd podsuwa w sytuacji zagrożenia. I pewnie wchodzący spodziewali się czegoś innego niż powszechnie obśmiany poradnik.
Marcin Kierwiński tłumaczył też jak komuś głupiemu, że „to nie jest metoda, aby zasypać społeczeństwo w każdej sytuacji milionem SMS-ów”. Nie potrzeba milionów, a wystarczy jeden – tylko sensowny. Jak nic nie ma sensu, to jest tak, jak twierdzi poseł PiS Łukasz Kmita: „Państwo wygląda jak z dykty i kartonu powiązane sznurkiem od snopowiązałki”. Coś w tym jest, skoro w krytycznym momencie padły też inne rządowe witryny.
Bezmyślność ministra Kierwińskiego obnażył na platformie X dziennikarz Łukasz Bok: „16 września 2024 r. RCB uczulało Polaków takim oto komunikatem: ‘przypominamy, że prawdziwe Alerty RCB nie zawierają linków ani prośby o kliknięcie w odnośnik. Jeśli otrzymasz wiadomość, która wygląda jak Alert RCB, ale zawiera link lub budzi Twoje wątpliwości, prosimy, abyś nie klikał w odnośnik i nie odpowiadał na wiadomość”. A teraz trzeba było kliknąć. I jak tu się nie śmiać i nie kpić?
