Wstrząsające relacje! Dzieci głodują przez wymysł Nowackiej Wstrząsające relacje! Dzieci głodują przez wymysł Nowackiej
Miały być obiady zdrowe i bezpieczne dla środowiska. Są „warzywne breje” bez smaku i wyglądu oraz dzieci, które ze szkół i przedszkoli wracają głodne. „Dieta planetarna”, której tak zaciekle broni minister Barbara Nowacka (bez argumentów, za to obrażając byłego premiera lub czyniąc wycieczki pod adresem rodziców), choć mamy dopiero początek września, już budzi kontrowersje.
Kolejne media opisują efekty „diety planetarnej” w szkołach i przedszkolach. Ze zmian w żywieniu dzieci i młodzieży w placówkach edukacyjnych bardzo dumna jest minister Barbara Nowacka. Jeśli chodzi o rodziców i uczniów – bywa różnie. I wcale nie chodzi tu o, jak przekonuje szefowa MEN, „awanturę o schabowego”.
"Wypiszcie mnie z tych obiadów"
Mamo, tato, wypiszcie mnie z tych obiadów - usłyszeli rodzice od 10-letniej córki po zaledwie czterech dniach nowego roku szkolnego i debiucie diety planetarnej. Córka podsumowała obiady jako "warzywne breje", które ani nie wyglądają, ani nie smakują. Efekt? W szkole nie je, po całym dniu przychodzi głodna i dopiero w domu zjada pierwszy ciepły posiłek. - Jeśli dalej tak to będzie wyglądać, to faktycznie przestaniemy opłacać obiady, a do tornistra córki zaczniemy pakować termos z zupą lub drugim daniem - relacjonuje Karolina z Warszawy, mama 10-latki
- czytamy na Wirtualnej Polsce.
Według rodziców uczniów, problem leży nie w tym, że posiłki są zdrowe, warzywne czy bezmięsne, lecz w tym, że muszą być przyrządzone w taki sposób, aby „dorosłym a co dopiero dziecko zjadło ze smakiem”.
Inna cytowana w artykule mama wspomina, że starsza córka zawsze cieszyła się, gdy w szkole na obiad podawano spaghetti.
Teraz powiedziała, że był ciemniejszy makaron i całkiem inny sos. Spróbowała i nie zjadła. Druga córka, przedszkolak - o ile zawsze wracała z przedszkola najedzona, tak teraz pyta o obiad w domu
- czytamy.
Szkolenia "na odczepnego"
Wytyczne od ministerstwa – były. Nie zawsze jednak szły za tym szkolenia dla kucharek i intendentów.
Rozmawiałam z paniami z kuchni. Najgorsze jest to, że miały szkolenie z tego, czego nie wolno, co wolno, a co trzeba. I tyle. Nie dostały przepisów ani wytycznych co do konkretów. Miały z głowy wymyślić, co gotować. W wakacje siedziały, myślały i testowały to na przedszkolakach w sierpniu. Dzieci przyszły we wrześniu i klops. Nie chcą jeść
- mówi inna mama cytowana w materiale.
Hanna Stolińska, dietetyk kliniczny, zaznacza, że dieta planetarna nie oznacza całkowitej eliminacji potraw mięsnych, a podejście do posiłków dzieci wynoszą przede wszystkim z domu, natomiast przyzwyczajenie do nowego smaku może zająć długi czas.
Z drugiej strony nie możemy oczekiwać od dziecka, że polubi źle przygotowany posiłek tylko dlatego, że jest zdrowy. Rośliny strączkowe nie muszą być podawane w postaci mało atrakcyjnej fasoli czy soczewicy na talerzu - można z nich przygotować kotleciki, pulpety, pasty, burgery, sosy czy kremowe zupy. Sposób podania ma ogromne znaczenie
- czytamy.
Otyłość u polskich dzieci i problem z dietą planetarną
A przecież nie brakowało rodziców zadowolonych z zapowiadanych zmian, którzy jednak są dziś rozczarowani sposobem realizacji. Nie brakuje placówek, w których dzieci są przyzwyczajone do kasz, soczewicy czy fasoli i rodziców, którzy chcieliby kar dla tych, którzy swoim pociechom pakują do plecaka chipsy, soczki, rogaliki czy batoniki.
W raportu WHO wynika, że 32 proc. polskich dzieci ma problem z nadwagą lub otyłością. Według dietetyk Hanny Stolińskiej, wynika to z dużej dostępności wysokoprzetworzonego jedzenia, słodyczy i słodkich napojów, przy zbyt małym spożyciu warzyw, owoców, pełnych ziaren czy nasion roślin strączkowych. Na ukształtowanie prawidłowych nawyków żywieniowych szkoła czy przedszkole mają duży wpływ, stąd warto, aby posiłki tam podawane były wysokojakościowe, ale też atrakcyjne dla dzieci.
Podstawą „diety planetarnej” są warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste, nasiona roślin strączkowych, orzechy i nasiona. Nie oznacza to eliminacji mięs i produktów odzwierzęcych, a jedynie ograniczenie ich udziału w codziennym jadłospisie. Dlatego wiele zależy od sposobu realizacji.
Z drugiej jednak strony nasuwa się pytanie: dlaczego i po co narzucać wszystkim szkołom i przedszkolom np. ograniczenie mięsa w diecie dzieci? Co z uczniami, u których występuje np. wybiórczość pokarmowa czy nadwrażliwość sensoryczna związana np. ze smakiem, zapachem czy konsystencją niektórych potraw? Czy jeżeli dziecko nie tknie obiadu w szkole, bo ten nie wygląda ani nie smakuje akceptowalnie i po lekcjach pójdzie i kupi sobie hot doga albo chipsy, to "dieta planetarna" spełni swoje założenie? Czy nie będzie np. tak, że szkoła, wiedząc, że ma podawać więcej ryb, dla oszczędności czy z braku przygotowania, zacznie serwować uczniom po prostu paluszki rybne z marketu?
I wreszcie: czy pani minister ma lepsze argumenty na obronę swoich pomysłów niż "niedouczony Morawiecki", fasola jest zdrowa i koniec, kropka czy uderzanie w rodziców? Fundamentalnym problemem jest jednak to, że na dzieciach nie powinno się "eksperymentować" - niezależnie, czy dotyczy to ich umysłów, czy żołądków.
jj/źr. wPolityce.pl, za: WP.pl
