PYZA I WIKŁO W "SIECI". Końca nie widaćPYZA I WIKŁO W "SIECI". Końca nie widać. "Nie da się przewidzieć, w jakim kierunku rozwinie się konflikt na granicy"

Według danych z ubiegłego tygodnia, już około 20 obrońców polskich granic zostało rannych. Niestety ta liczba może rosnąć, bo prowokacje wciąż się nasilają.
Na polsko-białoruskiej granicy coraz więcej agresji ze strony nielegalnych migrantów i pomagających im Białorusinów. W stronę naszych żołnierzy i funkcjonariuszy leci coraz więcej niebezpiecznych przedmiotów. Rośnie liczba rannych. Nic tam się nie uspokaja. W dodatku na horyzoncie jest nowy szlak „turystyczny” – przez Moskwę
O zranieniach rozmawiamy ciągle. Nawet jeśli ktoś nie jest przy „siatkach” [potoczne wśród żołnierzy określenie tymczasowych zasieków z drutu concertina – przyp. red.], to przecież stykamy się z tymi, którzy schodzą ze zmiany, więc wiemy, co tam się dzieje. Policjant dostał kamieniem w twarz, od razu do szpitala. Żołnierz będzie miał bliznę na twarzy, pamiątkę na całe życie po tym, jak migrant rzucił w niego gałęzią, do której doczepiony był ostry przedmiot. Zagrożenie jest realne i stałe – opowiada nam funkcjonariusz, który przez kilka dni był w pobliżu granicy. Każdy dzień przynosi komunikaty Straży Granicznej o niesłabnącej agresji, z jaką spotyka się strona polska.
Żołnierz został poszkodowany podczas nocnego ataku migrantów. Udzielono mu pomocy medycznej
– poinformowała w ubiegłym tygodniu ppor. Anna Michalska, rzecznik Straży Granicznej. Dwie grupy migrantów liczące 30–40 osób dwukrotnie atakowały polskie służby i wojskowych w okolicach Mielnika, a w okolicach Dubicz Cerkiewnych grupa ponad 100 nielegalnych imigrantów próbowała się dostać na teren Polski. Atakujący rzucali kamieniami i kawałkami drzewa w funkcjonariuszy i żołnierzy.
I tak jest w zasadzie co noc. Nie ma żadnej deeskalacji tego kryzysu. On wszedł w inną fazę, ale sytuacja pozostaje napięta. To powtarzające się zdarzenia, wyglądające bardzo podobnie – raczej spokojne dni i ataki na granicę po zmroku
– potwierdza w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” Stanisław Żaryn, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego w KPRM.
Filmy grozy
Straż Graniczna codziennie publikuje na swoich profilach w mediach społecznościowych filmy z akcji. Warto oglądać je uważnie, bo dokładnie pokazują, z czym mamy do czynienia. 16 listopada, okolice przejścia granicznego Bruzgi. W tle widać obozowisko migrantów, dwóch z nich podbiega do zasieków, jeden rzuca kamieniem w kierunku Polaków, drugi wystrzeliwuje ciężki przedmiot z procy. Odbiegają. Drugi film, też z akcji, w czasie gdy jest widno. Kamienie i butelki spadają na polskich funkcjonariuszy jak grad. Do ogrodzenia podchodzi polski oddział SG, lecą większe przedmioty i granaty hukowe. Nasi używają armatek wodnych, by odeprzeć tych, którzy próbują przez druty przerzucić prowizoryczną kładkę. Inny film, z nocy, okolice miejscowości Połowce. Zasieki z drutu się trzęsą, za nimi widać grupę głośnych i agresywnych migrantów. „Rozwalą concertinę, rozwalą to!” – słychać komentarz polskiego funkcjonariusza filmującego zajście.
Do nich, do nich, ja już nie mam gazu! Uwaga, wchodzi na drabinę!
– wskazuje kolejny z polskich strażników. Drewniana konstrukcja rzucona jest na druty, Polacy próbują ją odepchnąć. Wtedy lecą gałęzie i kamienie. Coraz trudniej się opierać, bo w mroku błyska uciążliwe światło stroboskopowe.
Ten, co nas oślepia, to jest gość w mundurze
– słychać głos po polsku.
Chodzi o to, by naszych ludzi narazić na niebezpieczeństwo. Te reflektory również są po to, by nasi żołnierze i funkcjonariusze nie widzieli kamieni, które lecą w ich stronę
– mówi Stanisław Żaryn.
Kto jest kim
Polscy żołnierze są szczególnie uczulani na prowokacje. Mówią o tym dowódcy na każdej odprawie.
Mamy świadomość, że musimy mieć stalowe nerwy. Oni chcą spowodować, żebyśmy zareagowali ostrzej
– opowiada nam jeden z żołnierzy, którzy ostatnie dni spędzili na granicy.
Liczą na to, że któryś nie wytrzyma i np. strzeli. Nie wiadomo, co się wtedy stanie, ale trudno byłoby to zatrzymać. I rzuciliby już wszystkie siły propagandowe, by pokazać światu, że to my jesteśmy agresorem
– dodaje.
Do funkcjonariuszy Straży Granicznej i żołnierzy Wojska Polskiego broniących polskich granic docierają oczywiście doniesienia z innego frontu, wojny informacyjnej. Najbardziej irytują ich pozbawione wyobraźni wypowiedzi polityków. Najpierw wzburzył ich wpis Iwony Hartwich z KO: „Wpuśćcie tych ludzi! Kim są, ustali się później”, ale czarę goryczy przelała wypowiedź Janiny Ochojskiej, europoseł PO, w TVN24, która stwierdziła, że to „rząd potrzebował konfliktu, żeby pokazać, jak to broni granicy. Nie trzeba było jej bronić, bo nikt jej nie atakował”.
Każdy, kto miał styczność ze sztukami walki, rozpozna fachowca już po samym sposobie poruszania się czy trzymania broni. Mamy naprzeciwko siebie rosłych chłopów, którzy idą na nas z łopatami. Śmieszne? Nie do końca. To terroryści, przeszkoleni ludzie, którzy z najprostszego przedmiotu są w stanie uczynić narzędzie zbrodni
– mówi żołnierz, z którym rozmawiamy.
Na udział służb białoruskich w ataku na polską granicę wskazują wszyscy nasi rozmówcy. Szef Straży Granicznej gen. Tomasz Praga w niedawnym wywiadzie dla tygodnika „Sieci” mówił o tym, jak polski patrol napotkał nocą w lesie trzech mężczyzn z długą bronią.
Gdy zostali zauważeni, wezwaliśmy ich do identyfikacji specjalnym kodem. Wtedy oni przeładowali broń i po chwili konsternacji cofnęli się na stronę białoruską
– opowiadał generał.
Żołnierze na granicy czują też zagrożenie innego rodzaju. Mamy przecież zbliżający się szczyt czwartej fali COVID-19. Ci, którzy biorą udział w działaniach na pierwszej linii, są oczywiście zaszczepieni, niemniej nie mogą czuć się pewnie w starciu z tak nieobliczalnym przeciwnikiem.
My namawiamy do szczepień, zastanawiamy się, jak wyegzekwować noszenie maseczek, a na nas idzie masa ludzi, których pochodzenia nie znamy, ale raczej z krajów, które nie panują nad sytuacją epidemiczną. To jest dodatkowe, i to bardzo realne zagrożenie
– słyszymy.
Odkłamać propagandę
Warto wrócić do jeszcze jednej myśli Janiny Ochojskiej.
Uchodźcy forsowali granicę, ale oni chcieli złożyć wnioski o azyl. Wyolbrzymiono tę sytuację. […] To prawda, że taki atak nastąpił, ale nie wiemy, kim były te osoby, które rzucały kamienie. Podobno to m.in. byli również ludzie z białoruskich służb specjalnych. Ale nawet jeśli to byli tylko uchodźcy… od czasu Usnarza wydarzyło się tak wiele rzeczy, że ci ludzie mogli po prostu stracić nerwy. […] To była mniejszość i tych kamieni nie było znowu tak wiele
Wśród „wielu rzeczy”, które wydarzyły się po tym, jak nasłani przez Łukaszenkę migranci opuścili obozowisko w Usnarzu, była m.in. regularna bitwa o przejście graniczne w Kuźnicy. Nie było mowy o „wyolbrzymianiu” sytuacji, wystarczyło spojrzeć na teren z kamery umieszczonej w helikopterze. W kierunku Polski ruszyło ok. 2 tys. osób, zaczęło się niszczenie zabezpieczeń i atak na funkcjonariuszy. Polacy byli zmuszeni do użycia gazu i armatek wodnych, co natychmiast spotkało się z krytyką… Janiny Ochojskiej.
Użycie armatek wodnych na migrantów, którzy nie mają się gdzie osuszyć, grozi śmiercią z powodu zamarznięcia
– skomentowała działania policji europosłanka.
Gdyby tylko Łukaszenka mógł liczyć na więcej takich osób jak polityk PO, nie musiałby nawet uruchamiać swoich propagandystów. Niektórzy polscy politycy nie mają żadnych hamulców przed posługiwaniem się wymierzonymi w nasz kraj kłamstwami. Zbiera to swoje owoce, co widzieliśmy w czasie ubiegłotygodniowej debaty w Parlamencie Europejskim, kiedy to niektórzy europosłowie atakowali Polskę za „niehumanitarne” traktowanie agresywnych przybyszów. Choć dyskusja dotyczyła Białorusi, nie pozwolono w jej trakcie wystąpić Mateuszowi Morawieckiemu. Dlatego list polskiego premiera odczytał eurodeputowany prof. Ryszard Legutko.
Białoruski uzurpator śmieje się w twarz Europie, bo jest przekonany, że UE nie jest w stanie dać jemu i jego mocodawcom należytej odpowiedzi. Śmiech dyktatury jest tym głośniejszy, z im większą bezradnością wspólnoty demokratycznych państw się spotyka. […] Wszyscy musimy dostrzec, że to nie jest kolejny zwykły kryzys dyplomatyczny, ale element szerszego planu, którego korzeni trzeba szukać nie tylko w Mińsku, ale także w Moskwie. […] Najpierw Tbilisi, potem Donieck, teraz Mińsk, ale nie możemy mieć złudzeń. Na tym zakusy Moskwy się nie kończą, a Władimir Putin granicę swoich wpływów przesuwał będzie tak daleko, jak pozwoli mu na to Europa
– napisał szef naszego rządu. Wśród zasad, których Europa musi się trzymać, wymienił m.in. „żadnych ustępstw” i „nic o nas bez nas”. Ta ostatnia odnosiła się do telefonów Angeli Merkel i Emmanuela Macrona do Putina oraz Łukaszenki bez konsultacji z Warszawą.
Przyznam, że wywołało to nasze głębokie zdumienie. […] Te rozmowy były nam zasygnalizowane. Milcząco wzruszyliśmy ramionami. Jeśli ktoś chce sobie rozmawiać, niech rozmawia. Natomiast my nie uznamy wyników żadnych rozmów i nie dostosujemy się do oczekiwań sformułowanych podczas dyskusji, w której nie uczestniczymy
– komentował prezydent Andrzej Duda w ubiegłotygodniowym wywiadzie dla tygodnika „Sieci”.
Turyści z Moskwy?
Jak się okazuje politykom i mediom na Zachodzie warto – i trzeba – przypominać o oczywistościach. Niektórym wydaje się bowiem – takie liczne głosy można też znaleźć w zachodniej prasie – że kryzys na polsko-białoruskiej granicy zmierza do końca, że samoloty odlatują z Mińska na Bliski Wschód, że rozmowy Merkel czy Macrona z Putinem i Łukaszenką przyniosły efekt i wschodni dyktatorzy się cofnęli.
Nie należy ulegać złudzeniu, że mamy do czynienia z trwałą deeskalacją. Obserwujemy efekty działań polskiej dyplomacji: są pierwsze loty powrotowe, zmniejszenie napływu migrantów – to są dobre wiadomości, ale nie należy mieć złudzeń, że cele Aleksandra Łukaszenki się zmieniły. Można powiedzieć, że następuje okres przejściowy, ale cały czas spodziewamy się tego, że możemy mieć za chwilę do czynienia z powrotem sytuacji sprzed kilku dni – bezpośrednimi atakami wielusetosobowych grup migrantów
– mówił w „Kwadransie politycznym” w TVP 1 wiceszef polskiej dyplomacji Szymon Szynkowski vel Sęk.
Zwłaszcza że Łukaszenka nie działa samotnie. Według wielu ekspertów cały kryzys jest reżyserowany przez Rosję i to ten kraj może się za chwilę stać bramą do Europy dla nielegalnych migrantów.
Są już pierwsze sygnały, że w związku z decyzją Libańczyków o blokowaniu lotów na Białoruś oraz innym podejściem Iraku jest duże zainteresowanie cudzoziemców drogą do Unii przez Moskwę. Spodziewamy się, że to może być w najbliższym czasie kierunek mocniej wykorzystywany. Nie cytujcie mnie z nazwiska, bo powiem brutalnie: nikt raczej nie wyobraża sobie możliwości oddziaływania na moskiewskie lotniska i przykręcenia kurka z lotami do stolicy Rosji. Groźby i potencjalne sankcje mogą w tym przypadku nie wystarczyć
– słyszymy od wysokiego urzędnika z rządu.
W tej chwili z Moskwy do Mińska lata 20 samolotów tygodniowo, w sierpniu zwiększono ich liczbę o niemal połowę. Jeździ też sześć pociągów dziennie. Wydłużono im nawet trasy – do miast nadgranicznych: Grodna i Brześcia.
Czytając codzienne oświadczenia Straży Granicznej, widzimy, że po drugiej stronie nie mamy do czynienia z bezbronnymi, biednymi ludźmi. To często rozwścieczona horda, która ma w arsenale: petardy, proce, kamienie, butelki i konary drzew. Polscy funkcjonariusze spotkali się już także z atrapą bomby, oślepianiem laserami i stroboskopem. Osób przebranych w mundury i bluzgów sypiących się na Polaków już nikt nie liczy.
Według danych z ubiegłego tygodnia, już około 20 obrońców polskich granic zostało rannych. Niestety ta liczba może rosnąć, bo prowokacje wciąż się nasilają.
Była też sytuacja, gdy w kierunku naszych ludzi zaczął coś wykrzykiwać białoruski pogranicznik i strzelił w powietrze. Podszedł jego kolega, wyciągnął mu pistolet z kabury i chciał oddać strzał wprost w funkcjonariuszy, ale się okazało, że broń była nienaładowana. Taka inscenizacja ma sugerować, że zaraz ktoś zostanie zastrzelony
– przestrzega Stanisław Żaryn.
Coraz większym problemem, który zwiększa czynnik ryzyka, jest pijaństwo. W meldunkach już od dłuższego czasu słyszymy, że oni tam na służbie piją na umór. Jak to ludzie postsowieccy
– mówi jeden z naszych rozmówców. To kolejny sygnał, że nie da się przewidzieć, w jakim kierunku rozwinie się konflikt na granicy. Po Łukaszence i Putinie można się spodziewać wszystkiego.
Artykuł z 48/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
