Nie mam kompleksów – byłem w UE, zanim to było modneNie mam kompleksów – byłem w UE, zanim to było modne. "Polska była, jest i będzie w Europie"

Wbrew forsowanej prounijnej propagandzie komisarze nie są nietykalnymi bogami z Olimpu, tylko ludźmi, czynnymi politykami, podlegającymi krytyce.
W przestrzeni publicznej unosi się kilka balonów, z których część należałoby przebić, a pozostałe przynajmniej sprowadzić na ziemię.
Na jednym z nich widzimy Unię Europejską jako macochę poślubioną Niemcowi po zniszczeniu Europy, która łaskawie wzięła pod opiekę osierocone dzieci, czyli „nowe kraje” wspólnoty, które – w domyśle – są mniej rozwinięte od reszty. Niby równe „starszym”, ale jednak nie do końca, bo przecież jesteśmy „brzydką panną bez posagu”, która ma się uśmiechać i pamiętać o miejscu w szeregu.
Druga prawda objawiona, jaką próbuje się nam zaszczepić, to kompleks Zachodu jako elitarnego klubu, do którego pozwolono nam dołączyć, a nawet dano kartę VIP do korzystania z siłowni, basenu i spa, dlatego cieszmy się, że tam w ogóle jesteśmy, nie „marnujmy okazji, żeby siedzieć cicho”, i tańczmy, jak nam zagrają. Dziś to poczucie niższości nosi w sobie część starszego pokolenia, ale młodym jest ono całkowicie obce. I słusznie, bo nie mamy żadnych powodów do kompleksów. Tak się składa, że mam podwójne obywatelstwo, od urodzenia jestem Polakiem i Portugalczykiem, tak że w momencie gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, mój paszport unijny miał już 16 lat. Doskonale pamiętam, jak sprawdzano naszą rodzinę na niemieckiej granicy, gdy jadąc na kraniec Europy, przejeżdżaliśmy na polskich paszportach (nasi zachodni sąsiedzi umieli pokazać swój stosunek do Polaków w czasie kontroli), a jak to wyglądało, gdy tę samą granicę przekraczaliśmy na portugalskich dokumentach (pełen luz).
Jestem w stanie zrozumieć, że u niektórych ludzi to poczucie niższości pokutuje w podświadomości do dzisiaj, ale nie powinniśmy się tym kierować w ocenie obecnej rzeczywistości. Polska była, jest i będzie w Europie. Nie tylko nie mamy się czego wstydzić, lecz patrząc na historię naszego kraju, mamy wiele powodów do dumy. W demokracji Polak może krytykować polskie władze, jeśli jest za co, i może je zmieniać, a w demokratycznej UE Polska ma prawo się nie zgadzać z kierunkiem działań brukselskich władz. Wbrew forsowanej prounijnej propagandzie komisarze nie są nietykalnymi bogami z Olimpu, tylko ludźmi, czynnymi politykami, podlegającymi krytyce. Szczególnie w momencie, gdy zapominają, że Unia to wspólnota suwerennych i równych sobie państw.
Artykuł z 42/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
