Lewicowa walka z dominacją. "Likwidacja tradycyjnej kultury"Lewicowa walka z dominacją. "Nawołują do unieważnienia, czyli likwidacji, tradycyjnej, a więc jedynej istniejącej kultury"

We wspomnianych tekstach ciemiężony lud okazuje się bytem zupełnie abstrakcyjnym, sprowadzonym wyłącznie do funkcji eksploatacji, co uzasadniać ma likwidację tradycyjnego ładu i przekazania władzy lewicy
W 2013 r., kiedy tworzyliśmy telewizję Republika, w jednym z jej programów wziął udział historyk i publicysta „Gazety Wyborczej” oraz „Krytyki Politycznej” Adam Leszczyński. Wrażeniami podzielił się na Twitterze. Była to opowieść współczesnego dr. Livingstone’a, który nieustraszenie zagłębił się w samo jądro prawicowej ciemności.
Środowisko doceniło odwagę i z uciechą wywiadywało się o warunki życia tubylców. Rozbawienie i fascynację wywoływały zdolności przetrwania skazanego na wymarcie gatunku. Rechotowi i żartom nie było końca. Głównym interlokutorem Leszczyńskiego był ideowy socjalista i związkowiec Wojciech Orliński. To zdaje się on wypytywał lewicowego Livingstone’a, ile herbat robi się w Republice z jednej ekspreski, jakie są ograniczenia papieru toaletowego, a jakie mydła. Leszczyński chętnie dzielił się spostrzeżeniami, które odsłaniały bidę prawicowej inicjatywy. Było w tym ziarno prawdy, bo chociaż w Republice nie istniały normy wykorzystywania ekspresowej herbaty czy materiałów higienicznych, to obowiązywała rygorystyczna oszczędność. Inaczej inicjatywa nie miałaby szans, a i tak cudem było, że przy środkach, którymi dysponowaliśmy, udało się ją zrealizować.
Czy należy się dziwić, że wypasieni na kapitale „Wyborczej”, zasilani unijną i (osobno) niemiecką kasą, wspomagani funduszami Sorosa i jemu podobnych mieli ubaw ze ściubiących drobniaki golców? Szyderstwo elit z raczkującej konkurencji, którą oni skazali już na śmierć, jest stare jak świat. Czy fakt, że ci sami uzasadniają swoją pozycję walką z dominacją, władzą czy uciskiem, coś zmienia?
Propaganda narzuciła nam stereotyp lewicowej wrażliwości społecznej. Gdyby tak było, wszyscy przyzwoici ludzie powinni być lewicowi. W rzeczywistości lewica od prawicy różni się odmienną antropologią, która skutkuje różnymi rozwiązaniami i projektami politycznymi. To w sferze idei. Na całym świecie zwolennicy lewicy często odwołują się do specyficznie konserwatywnych motywacji. Do rodzinno-środowiskowej tradycji, a zwłaszcza odwiecznej identyfikacji wrogów, głównie katolickiego Kościoła.
Owszem, natrafiamy w dziejach na lewicowe projekty materialnej pomocy i cywilizacyjnego awansu robotników – bo w przypadku chłopów w tym kierunku działały inne, zwłaszcza o katolickim rodowodzie, orientacje – ale miały one charakter syndykalistyczny i wchodziły w konflikt z bardziej ideologicznym nurtem, który uznawał je za ugodowe. Obecna lewicowość ma właśnie owo radykalne oblicze i jest doktryną władzy, tak jak był nią komunizm. Jej głównym przeciwnikiem jest przecież wiejski czy małomiasteczkowy tradycjonalista, ów redneck czy moher.
Leszczyński wydał ostatnio „Ludową historię Polski”. To dzieje wyzysku i uciemiężenia ogółu Polaków przez szlacheckie, a potem kapitalistyczne elity. Mieści się ona w zestawie kilku książek, które wychwalane przez środowiska opiniotwórcze na polski grunt przepisują obowiązujące dziś na Zachodzie schematy. Historia ma być opowieścią o opresji i patriarchalnej dominacji, z której uwalniamy się dopiero dziś. Ten monotonny opis wyzysku i zniewolenia powinien powodować w nas wstyd i chęć zerwania z paskudną tradycją. Nie ma w nim próby odniesienia wydarzeń w naszym kraju do tego, co działo się gdzie indziej. Gdyby autorzy zrobili ten wysiłek, okazałoby się, że nigdzie lepiej nie było, a dzieje ludzkości to jedno wstydliwe pasmo ciemiężenia większości przez mniejszość, a kobiet przez mężczyzn. W dominującym ideologicznie nurcie tak zresztą wygląda historia powszechna. Konsekwencje są jednoznaczne: zamiast rozważać to, co zostawiła nam cywilizacja, podziwiać dzieła sztuki, osiągnięcia intelektualne i organizacyjne, powinniśmy wyrzucić je na śmietnik jako efekt krzywdy oraz wyzysku.
Nie twierdzę, że problem ceny, jaką ludzie płacą za wspaniałe wykwity kultury, nie jest wart namysłu. Refleksja taka pojawia się w klasycznych tekstach. Nie ma jej natomiast za grosz we wspomnianych, adorowanych dziś pozycjach. Nawołują one do unieważnienia, czyli likwidacji, tradycyjnej, a więc jedynej istniejącej kultury, co podsumowuje sztandarowe hasło amerykańskiej lewicy: cancel culture. Na gruzach tego, co było, może dopiero zostać zbudowany nowy wspaniały świat, którego doświadczyliśmy już w komunistycznym systemie.
We wspomnianych tekstach ciemiężony lud okazuje się bytem zupełnie abstrakcyjnym, sprowadzonym wyłącznie do funkcji eksploatacji, co uzasadniać ma likwidację tradycyjnego ładu i przekazania władzy lewicy, pod której przewodem dokonany zostanie ostateczny proces emancypacji.
Tezy „Ludowej historii” i rechot autora oraz jego środowiska nad gorzej sytuowanymi konkurentami. Dwa oblicza tego samego.
Artykuł z 31/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
