Wprowadzony przez Platformę Obywatelską trzyletni program finansowania In vitro, zakończył się fiaskiem. Mimo, że wydano na ten cel z budżetu państwa aż 240 mln zł, urodziło się zaledwie 5 tysięcy dzieci. Kilkadziesiąt tysięcy straciło życie. Kto najbardziej skorzystał? Dlaczego medyczny biznes tak zaciekle zwalcza naprotechnologię?

Bolesne fakty przemilczano. Manipulowano danymi, pomijano statystyki i używano głównie argumentów emocjonalnych, powtarzano, że to jedyna szansa na szczęście dla wielu niepłodnych małżeństw. Wszystko po to, by wytransferować z publicznej kasy ćwierć miliarda złotych do prywatnych klinik, które obiecywały spragnionym rodzicielstwa ludziom spełnienie i radość. O dramatach nie wolno było nawet mówić. O odpowiedzialności za nieudane eksperymenty, kliniki nie chciały nawet słyszeć. Przykład? „Jaś” – którego uśmiercenia odmówił prof. Bogdan Chazan, jako dyrektor szpitala św. Rodziny, gdzie aborcji z zasady nie wykonywano. Prof. Romuald Dębski, zadeklarowany zwolennik aborcji, po przejęciu pod swoje skrzydła ciężarnej matki „Jasia”, zamiast pomóc i otoczyć wsparciem, biegał po mediach opowiadając w jak strasznym stanie jest „uszkodzony płód”. Szydził z prof. Chazana, rozpętując w polityczno-medialną nagonkę, w wyniku której dyrektor szpitala św. Rodziny został pozbawiony stanowiska.

Gdyby pan profesor przyjechał teraz do mnie do kliniki i zobaczył to życie, które uratował, to chyba miałby trochę inne podejście. To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku i będzie umierało przez najbliższy miesiąc albo dwa, bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca, aż umrze w końcu z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces profesora Chazana

– mówił prof. Dębski na antenie TVN24. Nie przebiła się wtedy w żaden sposób sytuacja, że dziecko, o którym mówi zostało poczęte w procedurze In vitro. Wspomniał tylko, że gdyby pacjentka została „poddana aborcji”, po niedługim czasie mogłaby zostać poddana kolejnemu zabiegowi transferu zarodka. W przypadku porodu, termin ten znacznie się oddala. I to jest ten szacunek dla kobiety i wytęsknionego macierzyństwa? Procedura musi przebiegać szybko, inaczej się nie opłaca. Jeśli zarodek się nie przyjmie, kolej na następny. Jeśli dziecko okaże się „niepełnowartościowe”, trzeba je jak najszybciej wyrzuć i próbować zaaplikować nowe. Wyrachowana bezduszność żałosna w skutkach.

CZYTAJ WIĘCEJ: Atak na prof. Chazana ma zamaskować błędy „in vitro”. „Uszkodzony płód” bez połowy głowy to efekt sztucznego zapłodnienia. Czy zabijanie „nieudanych egzemplarzy” to standard?

Rząd Prawa i Sprawiedliwości zrezygnował z finansowania In vitro, mimo że minister Zembala rzutem na taśmę przedłużył program do 2019 roku. Jak wygląda trzyletni sukces urodzeniowy Platformy w liczbach? Z oficjalnych danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że

  • do programu zakwalifikowano 17,9 tys. par.

  • w trakcie procedury nadal jest 17,5 tys. par.

  • w sumie wykonano 37,6 tys. transferów zarodka

  • klinicznie potwierdzono 11,8 tys. ciąż.

  • Urodziło się 5 tys. 285 dzieci

Tylko 5 tysięcy dzieci przyszło na świat! Pozostaje wierzyć, że kolejnych 6 tysięcy urodzi się niebawem, skoro klinicznie potwierdzono 11 tys. ciąż. A jeśli nie? Statystyki na to nie wskazują. Ile z poczętych dzieci zakończyło życie aborcją tak, jak „uszkodzony płód” rozsławiony przez prof. Dębskiego?

Co stało się z 27 tysiącami przetransferowanych zarodków? Ile z nich zostało pozbawionych życia? Ile tysięcy czeka w zamrażalniku? Za każdym z tych pytań stoją ogromne ludzkie dramaty i potężne rozterki moralne. Jak na razie, narodziny jednego dziecko kosztowało skarb państwa prawie 20,5 tys. zł. Rozczarowań i nieszczęść oszacować nie sposób.