Wołyń jak Kuryle, czyli jaki wyciągnąć wniosek z faktu, że historyczny dialog z Ukrainą znalazł się w ślepym zaułku

fot. Fratria
fot. Fratria

Gdy kończył się Majdan, separatystyczna awantura na wschodzie Ukrainy zaczynała nabrzmiewać i nikt jeszcze nie wiedział, jaki przyjmie zasięg, a otwarte i pełnoskalowe wkroczenie do tego kraju wojsk rosyjskich było ewentualnością realną, w artykule zatytułowanym „Byle nie Małorosja” pisałem, że „lepsza Ukraina banderowska niż moskiewska”. Bo „w Kijowie mogliby sobie rządzić nie tylko banderowcy, ale wręcz sam zmartwychwstały Bandera – i tak w polskim interesie leżałoby umacnianie Ukrainy”. Gdyż „nawet gdyby niepodległa władza ukraińska była antypolska, to i tak w najwyższym interesie naszego państwa byłoby, żeby przetrwała – jeśli jedyną alternatywą byłaby Ukraina sterowana z Moskwy. Bo przecież nawet gdyby Ukraina miała być naszym wrogiem (a nic nie wskazuje na taką ewentualność) to lepiej mieć dwóch wrogów słabszych (i skłóconych między sobą), niż jednego bardzo potężnego”.

W pełni podtrzymuję te tezy. Ale minęło dwa i pół roku. Ukraiński patriotyzm przeszedł ogniową próbę. Zajętych przez separatystów i armię rosyjską terenów nie udało się odzyskać. Ale zarazem widać, że na reszcie obszaru Ukrainy rosyjskie wpływy niepomiernie zmalały. Że ani objęcie Kijowa jakąś formą moskiewskiego protektoratu, ani rozpad kraju na kontrolowane przez Rosję quasipaństewka już nie grozi.

Sytuacja uległa więc diametralnej i pozytywnej zmianie. Ale w związku z tym konieczność „chuchania i dmuchania” na Ukrainę, aby w żaden sposób nie dopomóc rosyjskiemu imperializmowi, zmalała. Natomiast pewność siebie partnerów znad Dniepru – wzrosła. Co oczywiście i normalne, i pozytywne.

Niestety, ów wzrost pewności siebie Ukraińców, w połączeniu z małym ciężarem gatunkowym Polski i brakiem z jej strony realnych (czyli nie politycznych, a związanych z wydatkowaniem prawdziwych pieniędzy) zaangażowań w tym kraju spowodował niekorzystne skutki w dziedzinie historyczno – symbolicznej. Krótko rzecz ujmując, można by to oddać tak: strona ukraińska nie tylko nie wykonała pod adresem polskiej wrażliwości gestów, których oczekiwaliśmy. Proces poszedł dalej. W dniu, w którym w Kijowie gościł ówczesny prezydent Rzeczpospolitej, ukraiński parlament przyjął ustawę gloryfikującą członków UPA, co doprawdy jedynie ktoś naiwny mógłby uznać za coś innego niż świadomą demonstrację. A kijowska machina państwowa zaczyna prowadzić politykę historyczną, opartą o wizję OUN-UPA jako duchowej podstawy ukraińskiej niepodległości.

Ciąg dalszy na następnej stronie.

123
następna strona »

Studio TV

W tym miejscu za chwilę pojawią się komentarze...