Premier Olszewski wzruszająco wspomina Zbigniewa Romaszewskiego. "Był człowiekiem, który ratował honor polskiego Senatu. Wzorem dla samego pojęcia senatora Rzeczypospolitej". NASZ WYWIAD

Czytaj więcej Subskrybuj 50% taniej
Sprawdź
Listopad 1996 r. Jan Olszewski i Zbigniew Romaszewski. Fot. PAP-CAF/Andrzej Rybczyński
Listopad 1996 r. Jan Olszewski i Zbigniew Romaszewski. Fot. PAP-CAF/Andrzej Rybczyński

wPolityce.pl: Panie premierze, Polska żegna dziś Zbigniewa Romaszewskiego. Pan współpracował z nim jeszcze w czasach antykomunistycznej opozycji, w ramach Komitetu Obrony Robotników. W jakich okolicznościach poznał pan Romaszewskiego?

Jan Olszewski, członek KOR, b. premier RP: Całe życie traktowałem Zbyszka i jego żonę jako jedno – niemal zawsze występowali wspólnie. Poznałem ich w momencie, gdy byli jednymi z pierwszych, którzy zgłosili się do pomocy w ramach procesów i obrony praw, byli tzw. ochotnikami do Radomia. To było jeszcze przed formalnym powstaniem Komitetu Obrony Robotników. Poznałem ich na takim spotkaniu, gdzie trzeba było udzielić podstawowych instrukcji, wyjaśnić, jak mają działać. To wówczas było bardzo trudne na tamtym terenie i ja starałem się przygotować ich do tej pracy.

Można powiedzieć, że od tego czasu bez przerwy mieliśmy wspólne kontakty, działania, projekty i pomysły. Wraz z śmiercią Zbyszka zamknęła się także jakaś karta mojego życia.

 

Zapewne było ich mnóstwo, ale zapisało się panu w pamięci jakieś konkretne zdarzenie z udziałem Zbigniewa Romaszewskiego?

Panie redaktorze, zadał mi pan bardzo trudne pytanie. Miałem z nim do czynienia przez długie miesiące i lata, dlatego naprawdę ciężko mi wybrać jedno najważniejsze zdarzenie. Ale pierwszym skojarzeniem, które przychodzi mi na myśl była noc wprowadzenia stanu wojennego. To był dramatyczny moment, obaj byliśmy wtedy na posiedzeniu komisji krajowej "Solidarności" w Gdańsku i w nocy znaleźliśmy się (wszyscy członkowie, którzy nie zostali natychmiast internowani) w sytuacji zupełnie, delikatnie mówiąc, niecodziennej. Mnie się udało uniknąć wtedy aresztowania i w związku z tym błądziłem w nocy po Gdańsku, czekając nad ranem na pierwszy pociąg do Warszawy. Udało mi się wsiąść do jednego z nich i w wagonie spotkałem Romaszewskiego, który, wiedział, że coś się dzieje, ale nie wiedział o tym, jaką to przybrało formę. Nie wiedzieliśmy nawet, jak nazwać ten stan: wojenny? Nadzwyczajny? Czuliśmy tylko, że dzieje się coś bardzo niepokojącego.

Wie pan, znaleźliśmy się w dość specyficznej sytuacji, bo po prostu byliśmy ścigani. Pamiętam tę rozmowę ze Zbyszkiem; wymianę zdań gdzieś nad ranem, jak trzeba działać. Ja zdecydowałem się dojechać do Warszawy, bo nie na moje zdrowie i wiek były takie wyczyny, ale on z tego pociągu gdzieś przed Warszawą wyskoczył. Dzięki tej podróży dowiedział się, co się dzieje i mógł dalej działać.

 

Piotr Skwieciński wspominając postać Romaszewskiego scharakteryzował go w kategoriach przyzwoitości. Zgodziłby się pan z tym określeniem? Na czym polegała specyfika przyzwoitości Romaszewskiego?

CZYTAJ TAKŻE: Umiał pojechać szosą E-ileś. Przeniósł do współczesności to, co najcenniejsze w tradycji dawnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Czyli wrażliwość społeczną i patriotyzm w wersji niegdysiejszej lewicy niepodległościowej

Tak, na pewno był człowiekiem przyzwoitym. Zawsze zachowywał się w omawianym przez nas okresie bez zarzutu: to była kwestia pewnego rodzaju obiektywnego spojrzenia, pewnej bezstronności. To szalenie rzadka sprawa, zwłaszcza dzisiaj, w życiu politycznym, ale nie tylko w nim. Przyzwoitość była cechą Romaszewskiego, która wyróżniała go w naszym życiu politycznym – potrafił oceniać sytuację według faktów, a nie politycznych awantur, doraźnych celów czy emocji.

Proces organizatorów Radia Solidarność w Sądzie Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Nz. na ławie oskarżonych: Zbigniew Romaszewski, Zofia Romaszewska, Danuta Jadczak. Obrońcy: mec. Jan Olszewski i mec. Jacek Taylor. PAP/Grzegorz Roziński


Mówił pan o zaangażowaniu Romaszewskich w obronę praw człowieka. We wspomnianym przez pana Radomiu jechali pomagać zarówno oprychom, jak i zwyczajnym kryminalistom zgarniętych przy okazji buntu wobec komunistów. Na czym polegała ta praca, dlaczego zaangażował się, zaangażowali się wraz z panią Zofią, akurat w ten sposób pomocy?

Ponieważ Zbyszek był rzeczywiście człowiekiem, który traktował walkę w obronie praw człowieka i praworządności bardzo poważnie. To nie była kwestia – dla niego, dla nich obydwojga – jakichś działań politycznych czy kalkulacji, ale autentyczne zaangażowanie. Tak po prostu. Wie pan, tam często były sprawy zwyczajnych kryminalistów, wobec których milicja dopuszczała się nieprawdopodobnych nadużyć. Zbyszek z Zosią występowali w tych sprawach z takim samym zaangażowaniem jak w sprawach stricte politycznych. Oni nadawali sens dla działania takiej instytucji, jaką było po roku 1969 Biuro Interwencyjne KSS KOR. To zresztą, nawiasem mówiąc, niedoceniona i nieopisana karta z działalności zarówno tej instytucji, jak i całej opozycji antykomunistycznej w Polsce. Mam nadzieję, że któregoś dnia powstanie wyczerpująca monografia na temat tej działalności.

 

No właśnie, zahaczył pan o sprawę upamiętnienia działalności takich osób jak Zbigniew Romaszewski. Czy III RP odpowiednio upomniała się o nich? Kilkanaście miesięcy temu Romaszewski otrzymał Order Orła Białego.

Proszę jednak pamiętać, że ten order był tylko dopełnieniem wieloletnich zaległości, jakie nagromadziła Rzeczpospolita. Poza tym wniosek w tej sprawie i wszelkie decyzje były podjęte przez Lecha Kaczyńskiego, niestety jego śmierć przerwała tę kwestię... Prezydent Komorowski wykonał tylko kolejny, ostatni krok. Nastąpiło to jednak z opóźnieniem i, jakby to powiedzieć, to był jednorazowy akt. Przez cały okres III RP Romaszewski był człowiekiem działającym w sferze publicznej, ale gdzieś na marginesie państwa. Może poza okresem gdy był wicemarszałkiem Senatu, ale i to była obecność gdzieś w drugiej linii. To oczywiście było efektem tego, że związał się z opozycją także w Polsce po 1989 roku.

Poza tym chcę powiedzieć, że Zbyszek był człowiekiem, który ratował honor polskiego Senatu. Był wzorem dla samego pojęcia senatora Rzeczypospolitej. Dla mnie osobiście, choć myślę, że dla niego też – nie rozmawialiśmy o tym – mocnym ciosem był fakt, moment, gdy przegrał wybory do Senatu i to w Warszawie, na Pradze, w mojej rodzinnej dzielnicy.

 

Przegrał z Markiem Borowskim, wieloletnim członkiem PZPR i człowiekiem, który karierę zrobił w komunizmie. Symboliczne.

Nie chciałbym w takim dniu jak dziś ostro oceniać, ale faktycznie Romaszewski przegrał z człowiekiem, który w jakiś sposób kontynuuje dawny porządek... Ma pan rację, to była bardzo symboliczna sprawa. Z perspektywy całego życiorysu Romaszewskiego to oczywiście niewielki incydent, ale dużo mówi o tym, czym jest III Rzeczpospolita.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Marcin Fijołek

 

CZYTAJ TAKŻE: Śp. Zbigniew Romaszewski we „wSieci Historii”: "Twarde i jasne rozliczenie z czasami PRL-u było niezbędne. Na bagnie trudno cokolwiek budować". Ostatni wywiad byłego senatora

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych