Współczuć migrantom? Ale czy wszystkim?Współczuć migrantom? Ale czy wszystkim? "Trzeba też pamiętać o konsekwencjach zasiedlania przez nich Europy"

„Ktoś całkiem obcy” to film Amerykanina Brandta Andersena, produkt chrześcijańskiej firmy Angel Studios. W Polsce można go obejrzeć od 4 września. To nie tylko sprawnie zrealizowana, lecz także przejmująca opowieść o ludziach uciekających przed wojną w Syrii do Europy. Zarazem jako głos w dyskusji o masowej imigracji może się okazać myląca.
Oryginalny tytuł to po prostu „Strangers”, czyli „Obcy”, „Cudzoziemcy”. Jego reżyser jest doświadczonym producentem filmowym, ale własną pełnometrażową fabułę nakręcił po raz pierwszy, angażując do niej międzynarodową obsadę, przeważnie bliskowschodnią. Przy okazji to dobry przyczynek do rozmowy o tym, jak różne oblicza może mieć chrześcijaństwo. W Polsce prawica, na ogół odwołująca się do katolicyzmu, nie optuje za otwieraniem się na migrantów, przeciwnie. Takie głosy padają za to ze strony radykalnie progresywnych katolików, a także części duchownych. Tymczasem ten film można odczytać jako argument na rzecz takiego otwarcia. Argument mocny, bo odwołujący się do emocji, współczucia. Można dyskutować, czy jest to argument totalny, pamiętajmy jednak, jak na masowego odbiorcę działa popkultura, która nie wdaje się w niuanse.
W istocie ten film można odbierać jako mocno spóźniony. Zaczyna się w Syrii podczas wojny domowej sprzed kilku lat. Widzimy mocne obrazy terroru wojsk rządowych prezydenta Asada. Lekarka Amira (Yasmine Al Massri), która straciła dom i niemal całą rodzinę poza córką, ma wystarczające powody, by stamtąd uciec. Podobnie Mustafa (Yahya Mahayni), człowiek, który ją uratował, będąc żołnierzem reżimu. Oglądamy, jak padają ofiarą zachłannego przemytnika ludzi, wysyłającego w morze z południowej Turcji przeładowaną łódź, nie wyposażając części uciekinierów w kamizelki ratunkowe. Jak im nie współczuć?
