Rozwój Plus, czyli PiS minus rewolucja. Słabe echo hasłaRozwój Plus, czyli PiS minus rewolucja. "Czytając exposé Donalda Tuska z 2011 r., momentami widać jakby Morawieckiego"

Stowarzyszenie Rozwój Plus wyszło na pozycje umożliwiające mu układ z obozem władzy, choćby za cenę przełamywania prezydenckiego weta. A jego programowa nadprodukcja to jedynie wyprzedaż starych haseł z planu Morawieckiego. Takie są skutki rewolucji odwołanej w 2018 r.
Neoliberalne hasła nieustannego wzrostu utraciły siłę, liberalna wiara w świetlaną przyszłość przegrała w sferze symbolicznej. Lecz liberalizm nie tyle został pokonany, ile zapadł się pod własnym ciężarem. Atakująca go prawica nie zastąpiła go jednak nowymi rozwiązaniami, dzięki czemu nie utracił on swej władzy.
W polskich warunkach hasło „rozwoju” zostało wyniesione przez zwolenników Mateusza Morawieckiego z arsenału PiS, które przez lata, choćby akcentując konieczność budowy podmiotowości w Europie, nadawało mu konkretne znaczenie. Na zewnątrz to tylko miłe dla ucha wyborców, ale pozbawione siły neutralne narzędzie używane przez prawicę i lewicę. Innymi słowy, składana przez lewicę obietnica postępu, nowoczesnego życia w nowoczesnym otoczeniu, w nowoczesny sposób, obietnica politycznego zbawienia w nieokreślonej przyszłości. Słabe echo hasła „Wybierzmy przyszłość” lub leninowskiej „władzy Rad i elektryfikacji” wyrażonej w propagandowej sowieckiej kreskówce „Plus elektryfikacja”.
Technokrata z Excelem
Ten facet ciągle wszystko kalkuluje Excelem
– stale powtarza mi jeden ze znajomych.
Słuchając charakterystycznego sposobu ujmowania spraw przez byłego premiera, jestem skłonny uwierzyć, że właśnie tak widzi on politykę. Jest wręcz wzorcowym technokratą, rozumiejącym życie w kategoriach koniunktur i procesów, gdzie ludzi przesuwa się niczym pionki na planszy, traktując jako element „realizacji projektów”.
Technokrata staje się kapłanem, a zmechanizowani ludzie tworzą masy wiernych
– zauważył Thomas Molnar.
Mateusz Morawiecki był związany z bankowością już od połowy lat 90. XX w., politycznie orbitując wokół wrocławskiego establishmentu. W marcu 2010 r. jako prezes zarządu Banku Zachodniego WBK wszedł w skład wąskiego grona współpracowników Donalda Tuska. Radę Gospodarczą pod kierunkiem jednego z liderów dawnego KLD Jana Krzysztofa Bieleckiego tworzyli oprócz niego m.in. ówczesny prezes PZU Andrzej Klesyk, ekonomista Witold Orłowski i socjolog Ireneusz Krzemiński, jeden z fanatycznych wręcz krytyków PiS. Czytając exposé Donalda Tuska z 2011 r., momentami widać jakby Morawieckiego. W 2013 r. jako prezes banku WBK finalizował fuzję z Kredyt Bankiem i zapowiadał, że pod szyldem Santander uczyni go drugim bankiem w Polsce. Porzucił jednak plany ekspansji, wchodząc do rządu PiS. Dla wąskiego grona wtajemniczonych nie było to zaskoczeniem, ale dla wyborców Prawa i Sprawiedliwości pozostawał postacią kompletnie nieznaną. Dziś kreuje się niemal na ich wybawiciela:
Mógłbym siedzieć w Nowym Jorku albo Londynie i zarabiać 15 mln dol. rocznie
– oświadczył w jednym z ostatnich wywiadów.
