Prezydenckie manewry. Kandydaci na szok przyszłości
Prezydenckie manewry. Najbardziej odpowiedni kandydaci być może jeszcze nie są znani, a wyłoni ich sama rzeczywistość

Najodpowiedniejszym kandydatem może być ktoś najbardziej doświadczony, mający nie tylko długi polityczny staż, ale i sukcesy w kreowaniu polityki
W 2025 r. może być potrzebny taki kandydat na prezydenta Polski, o jakim jeszcze nikt nie mówi.
Choć druga kadencja prezydenta Andrzeja Dudy nie osiągnęła jeszcze półmetka, już zgłaszają się (lub są zgłaszani) kandydaci na jego następcę (w Polsce prezydentem można być przez dwie kadencje). Jako pierwszy deklarację startu w wyborach zgłosił Szymon Hołownia. Powód jest prosty: partyjne sondaże nie dają mu pozycji lidera opozycji, czyli odbierają nadzieję na kandydata na szefa rządu. Twierdzi więc, że powinien wrócić od tego, od czego zaczął, czyli kandydowania na prezydenta (w 2020 r. otrzymał 2,7 mln głosów – 13,87 proc.). O prezydenturze myśli też wciąż Rafał Trzaskowski, który uważa, że jego 10,02 mln głosów z wyborów w 2020 r. są trwałym kapitałem, możliwym do powtórzenia, a żaden inny przedstawiciel Koalicji Obywatelskiej oraz całej opozycji nie ma szans na taki wynik. Trzaskowski nie przyjmuje do wiadomości tego, że prezydentem na koniec politycznej kariery chciałby zostać Donald Tusk. Były premier wciąż rozpamiętuje to, że przegrał jedyne wybory prezydenckie, w których startował – w 2005 r. z Lechem Kaczyńskim, i to mimo że wygrał pierwszą turę. W 2010 r. trauma z 2005 r. nie pozwoliła mu kandydować, a w 2015 r. miał już załatwioną posadę przewodniczącego Rady Europejskiej. Z kolei w 2020 r. bał się porażki, gdyby wystartował. Dlatego uznał 2025 r. za optymalny dla siebie termin.
