Odświeżenie pamięci Niemcom. Od zbrodniarza do ofiary
Odświeżenie pamięci Niemcom. Potrafili przejść drogę od wyparcia zbrodni, aż do zrobienia z siebie ofiary

Właśnie w sprawie reparacji mamy jednego mocnego sojusznika – prawdę.
Gdy w 2016 r. przy ulicy Wiejskiej poseł Arkadiusz Mularczyk otwierał pierwsze posiedzenie przedstawicieli instytucji państwowych mających stworzyć raport o stratach wojennych Polski, mało kto wierzył, że projekt – zaniedbany przez ponad pół wieku PRL i III RP – uda się dokończyć. Dziś też mało kto wierzy w sukces uzyskania od Niemców reparacji, ale w tej mozolnej grze nasz kraj ma swoje szanse.
Co kilka lat któryś z wysokich urzędników Berlina oddaje pokłon miejscu pamięci obrazującym niemieckie zbrodnie po napaści na Polskę w 1939 r. Media podchwytują to z zadowoleniem, laicy komentują i wszystko idzie zgodnie z niemiecką koncepcją pustych gestów. Ten chwyt propagandowy jako pierwszy zastosował lewicowy kanclerz RFN Willy Brandt 7 grudnia 1970 r., schylając głowę przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie. Wydarzenie szybko otrzymało status historycznego, gdy tymczasem pomogło zatuszować dwie sprawy: agresor z1 września nie wypłacił reparacji wojennych, Niemcy zaś – a wtedy żyły jeszcze miliony wyborców Adolfa Hitlera – nadal nie poczuwali się do odpowiedzialności za Holokaust. Co więcej, jeszcze w latach 60. XX w. u steru władzy w Niemczech stali politycy mający w przeszłości mocne epizody nazistowskie (kanclerz – członkostwo w NSDAP, prezydent – oficer Wehrmachtu). A to za sprawą dziurawej denazyfikacji. Po 1945 r. została ona ucięta postawą Konrada Adenauera, który postawił Zachodowi warunek: albo nas przyjmujecie jako część wspólnoty i pomagamy wam przeciwko Sowietom, albo niewiadomo, jak będzie. Bieżąca polityka i komunistyczne zagrożenie przeważyły. Warto podkreślić ten głęboki opór w przyjmowaniu przez Niemców swojej winy. Podobnie jest teraz, gdy Polska chce sąsiadowi zza Odry nie tylko przypomnieć zbrodnie, ale i uzyskać zadośćuczynienie.
