Harry i Meghan, czyli z życia kabotyńskich, postępowych sferHarry i Meghan, czyli z życia kabotyńskich, postępowych sfer. Kawiorowa lewica w arystokratycznym wydaniu

Łatwiej pojąć, że pobudzeni, pretensjonalni aktywiści, ludzie jak Harry i Markle nigdy niczego nie budują.
To mogłoby być coś dużo lepszego niż opera mydlana – baśń o tym, jak książę pokochał dziewczynę z ludu i wbrew rodzinie oraz potężnej królowej poślubił ją, by jak poddani wieść życie skromne, ale miłości i posługi pełne. Nie ma jednak wzruszającej opowieści romansowej ani łzawej historii na portale plotkarskie. Jest kiczowata psychodrama „Paniczyk i prostaczka”.
Netflix właśnie emituje serial „Harry i Meghan” o pełnym cierpienia życiu wnuka królowej Elżbiety II i jego żony, amerykańskiej aktorki telewizyjnej. Nie będziemy zajmować się recenzowaniem dzieła, bo zrobili to inni i nie chce się nam tego wszystkiego oglądać. Nudzi ulewanie żalów, odgrywanie ofiary, wywlekanie rodzinnych spraw, a widok faceta, który na wojnie helikopterem latał, dwa bieguny zdobył, a teraz siedzi na kanapie i jęczy, że jest prześladowany przez ciotki, wujków, szwagierkę – wywołuje zażenowanie. Camilla Tominey z „The Daily Telegraph” twierdzi, że serial to bezwstydna historia narcyzów. Rhiannon Mills ze Sky News mówi o paranoi pary, która nagrywała swoje łzawe chwile, albo też o zmyśle handlowym, który podpowiadał, że ekshibicjonistyczne nagrania dobrze się sprzedadzą. Najbardziej znany brytyjski publicysta Piers Morgan pisze:
