Cztery lizaki – ballada świąteczna. Życie po wojnie
Cztery lizaki – ballada świąteczna. Tak było. Życie Polaków po wojnie, w czasach ucisku i niedostatku

Oto historia Henryka i Apolonii, którzy mimo trudnych realiów budują rodzinne szczęście w Polsce lat powojennych.
Czy to był cud? Tak, coś w tym rodzaju. W tych podłych latach zdarzały się one częściej niż obecnie.
Poszedł rano do pracy. W tej samej znoszonej koszuli w prążki, ale wypranej po tysiąckroć i wyprasowanej starannie przez żonę Polę, w szarych spodniach, w tych samych brązowych butach, sznurowadła zawiązał byle jak. Miał na imię Henryk, nosił na karku 37 lat, był tokarzem w zakładach mechanicznych przy Czerniakowskiej. Apolonia wołała na niego Henio. Miała z nim cztery dorodne córki: Rozalię, Marię, Jadwigę i Elżbietę. Matka była pracowita, cierpliwa i wielce pokorna. Świetnie gotowała, zajmowała się domem i małymi dziećmi. Zawsze tyrała na pełnych obrotach. Jak naoliwiona frezarka albo silnik wojskowego myśliwca. Henryk uchodził za mistrza toczenia tulejek do samolotów. Był w tym najlepszy. Mówili o nim, że miał dryg, lecz to było coś więcej – miał talent. Są ludzie, którzy nie posiadają zdolności do niczego. To zwykli wyrobnicy. Istoty, które nie potrafią wznieść się ponad przeciętność. Nie znają się na muzyce czy malarstwie, choć to nie ich wina. Powtarzam do znudzenia: nie każdy rodzi się poetą. I jeszcze drobiazg o Henryku. Kochał motocykl, którym jeździł po okolicznych łąkach i lasach Wołomina. Do domu przynosił część pieniędzy. Jedną trzecią przepijał.
