Czcij ojca swego i matkę swoją. Upadek ideałówCzcij ojca swego i matkę swoją. W dobie zmasowanych ataków na rodzinę nie dziwi mnie szkalowanie Ojca Świętego

Brak perspektyw zawodowych, mieszkania, wreszcie oczekiwanej w tym wieku dojrzałości – wiodły w kierunku drastycznego „usunięcia” problemu.
Nie kończyłem żadnych kursów psychoterapii, nie czytałem specjalistycznych publikacji ani książek o leczeniu ludzkich dusz, ale odkąd sięgam pamięcią, ludzie z tzw. problemami – szukając duchowego wsparcia – podświadomie do mnie lgnęli.
Pochlebiam sobie, że być może kilku desperatów (desperatek) powstrzymałem przed próbą samobójczą. Ostatnio pewien młody człowiek zwierzał mi się ze swoich problemów z rodzicami. Nic szczególnego – typowy konflikt pokoleń, w którym obie strony okopały się we wzajemnych pretensjach. Rodzice mieli żal o niespełnienie oczekiwań zawodowych i osobistych wiązanych z latoroślą. Podstarzałe zaś dziecko – szczute przez psychologów szukających źródła wszystkich naszych niepowodzeń w traumie z dzieciństwa – potępiało w czambuł proces wychowawczy. We wzajemnych oskarżeniach namnożyło się tyle pretensji i żółci, że obie strony utknęły w klinczu bez wyjścia. Moje próby znalezienia chociaż jednej zalety mamy i taty (akurat ich znałem, studiowaliśmy razem) spełzły na niczym. I wtedy pojawiła się wisienka na torcie, meritum sprawy – prawdziwy powód depresji młodego mężczyzny. Tak, tak – słusznie się domyślacie: niechciana ciąża! Brak perspektyw zawodowych, mieszkania, wreszcie oczekiwanej w tym wieku dojrzałości – wiodły w kierunku drastycznego „usunięcia” problemu. I wtedy (eureka!) w jednej chwili rozwiałem wszelkie wątpliwości! Po prostu poradziłem mu:
