Zmierzch miast demokratów. "Czarny przed sądem to rasizm"Zmierzch miast demokratów. "Łapanie czarnych złodziei i stawianie ich przed sądem to rasizm"

Listę miast liczących ponad 100 tys. mieszkańców z największą liczbą przestępstw otwiera Nowy Jork, a za nim plasują się Los Angeles, Chicago, Houston, Philadelphia, Memphis czy Baltimore.
Stany Zjednoczone toną w przemocy. Od Kalifornii po Nowy Jork, od Minneapolis aż po wybrzeże Teksasu. To efekt protestów Black Lives Matter oraz liberalnych reform systemu sprawiedliwości.
66-letni Mahmood Ansari, który 40 lat temu wyemigrował do USA z Pakistanu, 1 kwietnia spędzał wieczór jak zwykle w swoim sklepie z pamiątkami w Atlantic City w stanie New Jersey. Prowadził go wraz z rodziną od ponad 30 lat. Już miał zamykać sklep, gdy wtargnęła do niego grupa nastolatków uzbrojonych w noże. Domagali się pieniędzy. Po krótkiej szarpaninie Ansari upadł na podłogę nieprzytomny. Zmarł w drodze do szpitala. Jak czytamy na portalu The Atlantic, był to kolejny z długiej serii napadów rabunkowych na sklepy w mieście słynącym z kasyn i rządzonym od lat przez Partię Demokratyczną. Rządzonym na tyle źle, że w 2016 r. władze stanu New Jersey przejęły nad nim kontrolę. Mimo wpływów z kasyn miastu groziło bankructwo. Latem tego roku postanowiono przedłużyć stanową władzę w Atlantic City o kolejne cztery lata. Po czerwcowej strzelaninie, w której zginęła jedna osoba, a trzy zostały ranne, podniosły się głosy, że byłoby dobrze, gdyby stanowa policja z New Jersey przejęła także miejscowe komisariaty.
Powoli przyzwyczajamy się do dźwięku syren i strzałów na naszych ulicach, ale tak nie powinno być
– skarżył się radny Moisse „Mo” Delgado w rozmowie z lokalnym portalem nj.com.
Sprawcy napadu na sklep Ansariego zostali schwytani. Mają między 11 a 15 lat. Dla właścicieli sklepów to małe pocieszenie. Jak twierdzą, przemoc w mieście rośnie i nie ma dnia bez napadów lub kradzieży.
Nie czujemy się już bezpiecznie. Turyści także unikają miasta
– podkreślił Asif Ansari, syn ofiary napadu.
Koniec spokoju
We wrześniu 2020 r. ówczesny prezydent Donald Trump wywołał oburzenie, gdy stwierdził, że 10 najbardziej niebezpiecznych miast w USA jest rządzonych przez demokratów. Zarzucono mu kłamstwo i wykorzystywanie „niejednoznacznych statystyk” do celów politycznych. Jak wynika z oficjalnych danych FBI, Trump miał jednak rację. Listę miast liczących ponad 100 tys. mieszkańców z największą liczbą przestępstw otwiera Nowy Jork, a za nim plasują się Los Angeles, Chicago, Houston, Philadelphia, Memphis czy Baltimore. We wszystkich u sterów są demokraci. Podobnie wygląda lista miast z najwyższym wskaźnikiem przestępstw na 10 tys. mieszkańców. Tu na pierwszym miejscu jest rządzone przez demokratów Memphis, a za nim St. Louis, Detroit i Baltimore. Dwa miasta z czołówki – San Antonio i Las Vegas – mają niezależnych burmistrzów, a tylko jedno – Jacksonville – ma burmistrza z Partii Republikańskiej.
Liczba zabójstw w USA wzrosła w 2020 r. na poziomie federalnym od 25 do 30 proc. wobec roku poprzedniego.
Jest to największy wzrost przemocy, jaki zaobserwowaliśmy od 1960 r., kiedy zaczęliśmy tworzyć oficjalne statystyki dotyczące przestępczości
– twierdzi John Roman, ekspert ds. wymiaru sprawiedliwości z uniwersytetu w Chicago, w rozmowie z portalem Vox. Według niego wzrost ten pojawił się po dekadach spadków liczby morderstw i szerzej przestępczości w Stanach Zjednoczonych, zwanym The Great Crime Decline, ale całkowita liczba morderstw jest nadal znacznie niższa niż w latach 90. i wcześniej.
Ale to jeden z powodów, dla których gwałtowny wzrost jest tak niepokojący: łamie dziesięciolecia względnego spokoju w całym kraju – tego, który trwał, z niewielkimi odchyłkami, od 1994 r. do co najmniej 2014 r.
– dodał.
W Atlancie, gdzie demokraci pełnią funkcje burmistrzów nieprzerwanie od 1879 r., liczba morderstw wzrosła w pierwszym półroczu 2021 aż o 60 proc. wobec analogicznego okresu roku poprzedniego. W jeden weekend na początku czerwca w blisko 100 strzelaninach zginęły tam 24 osoby, w tym trzyletnie dziecko. Nowy Jork także przeżywa fale przemocy. W lipcu ówczesny gubernator stanu Andrew Cuomo stwierdził, że więcej ludzi ginie w mieście od kul niż od pandemii COVID-19. W czasie weekendu 3–4 lipca doszło tam aż do 51 strzelanin. Gubernator zobowiązał się przekazać ponad 130 mln dol. na programy prewencyjne.
Efekt Minneapolis?
Wszyscy są zgodni, że poziom przemocy w amerykańskich miastach zaczął gwałtownie rosnąć na wiosnę 2020 r. Ale o to, co leży u podłoży tego wzrostu, toczy się ostry spór. Niektórzy eksperci, związani z demokratami, wskazują na nierówności społeczne i rasową segregację. Los Angeles nie stało się jednak między 2019 a 2020 r. ani biedniejsze, ani bardziej rasistowskie. Mimo to liczba zabójstw wzrosła tam w minionym roku o 34 proc. – do 343. Inni winią pandemię COVID-19. Sugerował to m.in. burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio, mówiąc, że „ludziom przez lockdown odbija”. Ale w innych krajach poziom przestępczości niewiele się zmienił w czasie pandemii. W Meksyku zmalał nawet o 0,4 proc. w 2020 r. Ciekawy jest przykład Salwadoru. W tym jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata odnotowano najniższy poziom przemocy od ponad 20 lat. Nowej fali przestępstw nie tłumaczy także kryzys opioidowy ani wzrost sprzedaży broni palnej, a przynajmniej nie w takiej skali.
Eksperci związani z republikanami uważają, że głównej przyczyny należy szukać w tzw. efekcie z Minneapolis, czyli fali protestów skierowanych przeciwko policji, która przetoczyła się przez kraj zeszłego lata po zabiciu George’a Floyda i agitacji na rzecz „odebrania funduszy policji”, wciąż ogarniającej wiele miast. Podobne zjawisko wystąpiło po śmierci czarnoskórego nastolatka Michaela Browna na przedmieściach St. Luis w Ferguson w stanie Missouri. Brown został zastrzelony w sierpniu 2014 r. przez policjanta. Przez kraj przetoczyła się fala protestów, plądrowano i palono sklepy. W konsekwencji liczba zabójstw zwiększyła się w 2015 r. o 11 proc. i o kolejne 10 proc. w 2016 r.
Jak czytamy na stronach The Atlantic, wzrost przemocy dotknął także wtedy przede wszystkim miasta rządzone przez demokratów o dużej czarnoskórej i latynoskiej społeczności.
Tam gdzie najgłośniej krytykowano policję i domagano się zmniejszenia na nią nakładów finansowych, tam jej legitymacja znacznie spadła, co spowodowało, że funkcjonariusze unikali kontaktów z obywatelami. Liczba interwencji i aresztowań zmalała. Wielu policjantów poszło na urlopy bądź chorobowe i przeciążone komisariaty nie radziły sobie z przestępczością
– podkreślił kryminolog Richard Rosenfeld z uniwersytetu w Missouri w rozmowie z tygodnikiem „The Washington Examiner”.
Po śmierci George’a Floyda zaufanie do policji spadło w USA do najniższego poziomu od dekady. Jednocześnie – jak wykazują badania Police Executive Research Forum – liczba rezygnacji funkcjonariuszy ze służby wzrosła o 18 proc., a wczesnych przejść na emeryturę o 45 proc. Ludzie przestali ufać policji, a ona ludziom.
Moje badania pokazują, że w wyniku zmniejszenia obecności policji na ulicach amerykańskich miast w czerwcu i lipcu 2020 r. zamordowano ok. 710 dodatkowych osób, a ponad 2,8 tys. osób zginęło w strzelaninach
– przekonuje Paul Cassell, profesor prawa z uniwersytetu w Utah. Większość z nich to według niego osoby czarnoskóre żyjące w zubożałych gettach. W Baltimore, Los Angeles czy Detroit.
„Radykalni ” prokuratorzy
Jest jednak jeszcze inny powód, dlaczego w rządzonych przez demokratów miastach przestępczość lawinowo rośnie. Według Heritage Foundation odpowiadają za to „postępowi prawnicy”, którzy dzięki wsparciu „liberalnych miliarderów”, takich jak George Soros czy Cari Tuna (żona Dustina Moskovitza, współzałożyciela Facebooka), wygrali wybory na prokuratorów okręgowych i mają – jak twierdzi konserwatywny think tank – „bardzo osobliwe pojęcie sprawiedliwości”. A polega ono na systematycznym nieściganiu niektórych przestępstw, np. narkotykowych czy przeciwko mieniu, by w ten sposób skończyć z „niesprawiedliwym i rasistowskim systemem masowego więzienia ludzi”.
Jednym z nich jest Chesa Boudin, prokurator okręgowy San Francisco, którego rodzice należeli do marksistowskiej organizacji terrorystycznej The Weatherman. W 1981 r., gdy Boudin był dzieckiem, uczestniczyli w napadzie rabunkowym na transport pieniędzy, wspólnie z sześcioma członkami Black Liberation Army. W trakcie napadu zginęły trzy osoby. Oboje dostali wyroki dożywocia, matka prokuratora wyszła na wolność w 2003 r. Zanim Boudin rozpoczął studia prawnicze, mieszkał w Wenezueli i pracował jako tłumacz dla Hugo Cháveza.
Kolejnymi postępowcami na stanowiskach prokuratorów okręgowych są George Gascon (Los Angeles), Marilyn Mosby (Baltimore), Rachael Rollins (Boston) i Kim Foxx (Chicago). I właśnie w tych miastach przestępczość zagnieździła się trwale na ulicach.
W dzielnicy Tenderloin w San Francisco narkomani, bezdomni, prostytutki i dealerzy okupują chodniki, a służby ratunkowe co chwila zbierają z nich uzależnionych, którzy przedawkowali. Ludzie defekują na ulicach, wszędzie walają się śmieci, igły i brudne ubrania. Często dochodzi do strzelanin. W minionym roku odnotowano tu ponad 700 przypadków przedawkowania. Liczba włamań do samochodów oraz kradzieży wzrosła o 750 proc. na przestrzeni ostatniego roku, pierwszego urzędowania Boudina.Napaści na sklepy należą do codzienności. Nawet jeśli policja zatrzymuje sprawców, nie są oni ścigani przez prokuraturę. Następnego dnia znów są na ulicach.
Ulice Baltimore
Podobnie wyglądają dziś ulice Baltimore, gdzie prokurator okręgowa Marilyn Mosby (wraz z prokuratorem Filadelfii Larrym Krasnerem) podjęła decyzję, „by nie ścigać już niektórych przestępstw”. Dlaczego? Bo przestępstw narkotykowych, kradzieży czy prostytucji dopuszczają się „głównie ludzie czarni i brązowi”. A oni są dyskryminowani. Łapanie czarnych złodziei i stawianie ich przed sądem to rasizm. Wynika z tego, że jeśli mieszkaniec Baltimore chce doznać choć odrobiny sprawiedliwości, to jego rodzina musi mieć nadzieję, że zostanie zamordowany, bo sprawców zabójstw Mosby wciąż jest gotowa ścigać.
Nagrania zuchwałych napaści na sklepy czy nędzarzy koczujących na chodnikach Kensington Avenue można obejrzeć na YouTubie. Sieci handlowe masowo inwestują w prywatną ochronę. Małych sklepikarzy na to nie stać. To oni oraz kolorowa społeczność, która nie ma szansy na przeprowadzkę do lepszych dzielnic, są pierwszymi ofiarami polityki prowadzonej przez ludzi, którzy z tą przestępczością i z tymi dzielnicami nigdy nie będą mieli nawet styczności. W ubiegłym roku w Baltimore odnotowano 499 morderstw, najwięcej od 30 lat. W tym roku zapowiada się, według ekspertów, kolejny rekord: 600.
Artykuł z 37/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
