Rewolucja pożera Amerykę. Prawa mniejszości nad większościąRewolucja pożera Amerykę. "Zgodnie z zasadami liberalnej demokracji rządy większości powinny być ograniczone prawami mniejszości"

Z uwagi na globalny zasięg polityki amerykańskiej konsekwencje tlącej się tam rewolucji społecznej mogą wkrótce się okazać poważne dla nas wszystkich.
Zrewoltowane Stany Zjednoczone miały po odsunięciu Donalda Trumpa powrócić do normalności. Jednak pierwsze półrocze rządów Joego Bidena pokazuje, że nowy prezydent nie zdołał powstrzymać lewicowych radykałów. Problem w tym, że z uwagi na globalny zasięg polityki amerykańskiej konsekwencje tlącej się tam rewolucji społecznej mogą się okazać poważne dla nas wszystkich.
Stany Zjednoczone przeszły w ciągu ostatniego półwiecza metamorfozę, w której wyniku dawna potęga zamieniła się – głównie wskutek wewnętrznych konfliktów – w państwo, które trwoni dziś swój autorytet u sojuszników i budzi coraz mniej respektu u wrogów. To prawda, że Ameryka, nawet w szczycie swojej wielkości, nie była wolna od poważnych problemów społecznych. Zbudowane na twardych, protestanckich zasadach społeczeństwo było podporządkowane kultowi pracy i pieniądza, co – owszem – przynosiło zyski i stało się fundamentem ekonomicznego sukcesu, lecz jednocześnie miało swoje skutki uboczne. Ogromne nierówności, rasizm, niewolnictwo, a także silnie patriarchalna struktura społeczna doprowadziły do gwałtownych napięć i ostatecznie przechyliły wahadło w drugą stronę, stając się podłożem społecznej i kulturowej rewolucji tlącej się w Ameryce już od ponad 50 lat. To wystarczająco długo, aby naruszyć dotychczasową strukturę społeczną i mocno osłabić państwo.
Ostatnio proces ten nabrał przyspieszenia. Jest to w dużej mierze pokłosie prezydentury Donalda Trumpa, który wdarł się do hermetycznego świata amerykańskich elit, opierając swoją władzę na głosach wzgardzonego dziś tradycyjnego białego elektoratu z prowincji. Nie powstrzymało to zmian, wręcz przeciwnie, doprowadziło do kontrofensywy elit, które – byle tylko pozbyć się Trumpa – zgodziły się na dopuszczenie do głosu najbardziej radykalnych skrzydeł amerykańskiej lewicy. Ruch Black Lives Matter był jedną z konsekwencji tego antytrumpowego radykalizmu. Inną jest pojawienie się w amerykańskim mainstreamie silnie lewicowego nurtu z jego postulatami sprawiedliwości społecznej (niekiedy zresztą dość specyficznie rozumianej). W pogoni za Trumpem wyciągnięto dżina, którego będzie już bardzo trudno zapędzić z powrotem do butelki. O ile to w ogóle jeszcze możliwe.
Wolność płci
Trudno powiedzieć, na ile administracja Joego Bidena czuje się zakładnikiem swoich niedawnych lewicowych sprzymierzeńców, jest jednak faktem, że postanowiła spłacić część zaciągniętych u nich zobowiązań i zrealizować niektóre postulaty.
Szczególnymi względami obecnej ekipy w Białym Domu cieszą się mniejszości seksualne. Przy czym o ile udało już się zaspokoić główne postulaty gejów i lesbijek, o tyle w kolejce czekają dalsze literki ze skrótu LGBT+. Administracja Bidena rozpoczęła więc swoje urzędowanie od skrupulatnego przeglądu przepisów federalnych dotyczących płci, który – zgodnie z zapowiedziami ogłoszonymi podczas kampanii wyborczej – miałby zostać zwieńczony wydaniem tzw. ustawy o równości. Ten przegląd już się zaczął, o czym świadczą decyzje prezydenta poszerzające prawa osób transpłciowych. Jednym z jego pierwszych posunięć po zaprzysiężeniu było wydanie zarządzenia, dzięki któremu uczniowie płci męskiej, którzy zadeklarują, że są kobietami, mogą startować w kobiecych zawodach sportowych, korzystać z damskich szatni i łazienek itp. To samo – tyle że w przeciwną stronę – dotyczy dziewcząt, które zdecydują, że są chłopcami.
Inne zarządzenie zniosło z kolei zakaz służby wojskowej osób transpłciowych, wprowadzony w 2017 r. przez Trumpa. Nowa administracja argumentuje, że wszyscy Amerykanie są równi, dlatego nikt nie może być dyskryminowany z powodu swojej orientacji. Jest to zresztą bardzo ładnie przedstawione. Mówi się bowiem o tym, że w wolnym kraju nie wolno źle traktować osoby na podstawie tego, kogo i jak ta osoba kocha. Zatem – tak jak nas przekonują zwolennicy „tęczowej rewolucji” – nie o ideologię tu chodzi, lecz o wyższe uczucia.
Ameryka Bidena zamierza walczyć o wolność wyrażania tych uczuć – niczym Związek Radziecki o pokój – na wszystkich frontach i na całym świecie. Świadczy o tym zapewnienie demokratów, że wsparcie dla praw społeczności LGBT+ będzie odtąd jednym z priorytetów amerykańskiej polityki zagranicznej. Na naszym polskim gruncie dowodzi tego chociażby nadmierna aktywność obecnego chargé d’affairs ambasady USA w Warszawie. Nowa ekipa deklaruje również, że osoby prześladowane z powodu swojej orientacji seksualnej będą mogły liczyć na ułatwienia w przyznaniu im azylu w Stanach Zjednoczonych.
Demokraci, jak wynika z ich programu, silnie wchłonęli progresywną agendę domagającą się zmiany tożsamości całego społeczeństwa. Feministki, homoseksualiści, Afroamerykanie, rdzenni Amerykanie – teraz nadszedł ich czas. To te grupy mają zająć miejsce białej patriarchalnej rodziny. Ich uprzywilejowanie ma być uzasadnione dawnymi – prawdziwymi i wyimaginowanymi – krzywdami. Inaczej – twierdzi ekipa Bidena – nie da się zbudować prawdziwie sprawiedliwego społeczeństwa. Nowej wielkiej Ameryki będącej inspiracją dla całego postępowego świata.
Rasizm à rebours
Demokraci zastanawiali się podczas lipcowej debaty programowej w 2020 r., co należy zrobić, aby mniejszości rasowe i etniczne (Afroamerykanie, Latynosi i rdzenni Amerykanie) żyły w Ameryce na podobnym poziomie co białe rodziny. I doszli do wniosku, że jedną z metod wyrównywania szans powinno być skierowanie pomocy finansowej wyłącznie do biznesów należących do przedstawicieli mniejszości. Inaczej mówiąc, o wsparciu udzielanym przez państwo decydowałoby kryterium rasowe. Jednak zarzut dyskryminacji rasowej – tyle że à rebours – odbija się od pomysłodawców jak echo od ściany. Wyjaśniają oni bowiem, że uprzywilejowanie ofiar 250 lat „niewolnictwa” jest dziś całkowicie usprawiedliwione.
Taka postawa wynika z coraz popularniejszej za oceanem tzw. krytycznej teorii rasy. Teorię tę sformułował w latach 70. Derrick Bell, pierwszy czarny profesor prawa na Uniwersytecie Harvarda. Bell stwierdził, że dyskryminacja jest utrwalona w prawie i w ten sposób wpływa na nierówność szans w społeczeństwie, gospodarce, kulturze i polityce.
Teoria Bella początkowo była wykładana w ramach zajęć z prawa, jednak w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zaczęła przenikać do innych dziedzin. Dziś weszła ona już do kanonu lewicowych teorii społecznych w Ameryce i teraz, w następstwie ruchu BLM, jest coraz częściej przekuwana w realne postulaty.
Zgodnie z tą teorią za całe zło na świecie – najprościej mówiąc – odpowiada biały człowiek. Dlatego eliminacja zła musi być zawsze związana z ograniczeniem bądź eliminacją wpływu białego człowieka na rzeczywistość. Wynika z tego również, że w każdej dziedzinie ludzkiej aktywności kryterium rasowe jest decydujące. Niezależnie od tego, czy – tak jak w akcji afirmatywnej – chodzi o limit miejsc na uczelniach wyższych czy o subwencje na budowę dróg ( jasne, że większe środki dostanie to miasto, gdzie jest większy procent czarnych mieszkańców). Wszystko po to, aby zlikwidować strukturalny rasizm wobec niebiałej ludności.
Zresztą na uczelniach też już nie chodzi o limit miejsc, ale o program nauczania. Uniwersytet Princeton – jedna z najszacowniejszych i najlepszych uczelni na świecie – postanowił np. ułatwić naukę studentom z mniejszości etnicznych i specjalnie dla nich zrezygnował z obowiązkowych kursów łaciny i greki na wydziale filologii klasycznej. Jednocześnie w zamian rozwijają się studia afroamerykańskie, a niedawno na wydziale politologii wprowadzono egzamin z przedmiotu „Rasa i polityka Stanów Zjednoczonych”.
„Przeformułowana” historia
Największy problem z krytyczną teorią rasy pojawia się właśnie w edukacji, która staje się dziś głównym polem starcia kulturowego. Trump zakazał finansowania tych szkół publicznych, w których wykładano elementy krytycznej teorii rasy, jednak Biden cofnął decyzję swojego poprzednika. Dziś amerykańskie dzieci mogą się więc dowiedzieć, że biały kolor skóry jest gorszy od innych, a cała historia Ameryki to po prostu dzieje zbrodni popełnianych przez białych ludzi, którzy nie zasługują na żadną pamięć potomnych (nic więc dziwnego, że obala się ich pomniki). W niektórych szkołach zaleca się też lekturę książki autorstwa lewicowej aktywistki Anastasii Higginbotham. Wyjaśnia ona dzieciom, że „każde miejsce, w którym są biali ludzie, ma w sobie agresywną białą supremację”. Co gorsza, biali nie mogą uciec od swojej nędznej tożsamości, przejmując elementy „wyższej” czarnej kultury, bo byłoby to jej „zawłaszczeniem”, a więc formą kolonializmu.
Krytyczną teorię rasy uzupełnia tutaj tzw. projekt 1619, jak nazwano serię artykułów zamieszczonych w „The New York Times”, w których postulowano „przeformułowanie historii Stanów Zjednoczonych poprzez umieszczenie w jej centrum konsekwencji niewolnictwa i wkładu czarnych Amerykanów”. Liczba 1619 oznacza rok, w którym jakoby sprowadzono do Ameryki pierwszych czarnych niewolników. To właśnie od tego momentu, a nie od ogłoszenia Deklaracji niepodległości w 1776 r., powinno się – zdaniem autorów projektu – liczyć historię Stanów Zjednoczonych, a historia ta powinna się koncentrować głównie na rdzennych oraz czarnych mieszkańcach państwa. Oczywiście byłoby to niezgodne z faktami, ale chodzi przecież o coś znacznie ważniejszego niż fakty, bo o wyrównanie historycznych krzywd i niesprawiedliwości.
Eksperymenty edukacyjne amerykańskiej lewicy budzą protesty wielu rodziców oraz niektórych władz stanowych i konserwatystów. Ale nie tylko. Zaniepokojeni są również liberałowie, którzy uważają, że budowanie hierarchii społecznej według kryterium rasy jest całkowicie niezgodne z duchem równości. Lewica odpowiada na to liberałom, że równość nie ma znaczenia, jeśli nie jest oparta na sprawiedliwości społecznej.
Nowy duch równości
Zrewoltowane Stany Zjednoczone miały po odsunięciu Trumpa powrócić do normalności. Jednak pierwsze półrocze rządów Bidena pokazuje, że nowy prezydent nie zdołał albo po prostu nie chciał powstrzymać lewicowych radykałów.
Zgodnie z zasadami liberalnej demokracji rządy większości powinny być ograniczone prawami mniejszości. W obecnej Ameryce mamy jednak pójście krok dalej. Radykalna lewica zmierza bowiem do tego, aby – w imię „historycznej sprawiedliwości” – większość po prostu oddała realną władzę mniejszościom. Taki eksperyment, o ile byłby kontynuowany, oznaczać będzie rzeczywiste ograniczanie demokracji. To z kolei sprawi, że główny atut Ameryki, jakim jest – przy wszystkich niedociągnięciach – rola lidera wolnego świata, zacznie przechodzić do historii. A wraz z nim zmniejszy się polityczne znaczenie Stanów Zjednoczonych. Można już zresztą dostrzec pierwsze oznaki tego procesu, choć jeszcze nie jest on chyba nieodwracalny.
Oczywiście z perspektywy amerykańskiej liberalnej lewicy i bliskich jej ideowo środowisk na świecie rzecz wygląda zapewne inaczej. Przyjmuje się bowiem, że postulowana „sprawiedliwość dziejowa” czy też „wyrównywanie szans” wprost wynikają z ducha liberalizmu. Równość – jak się powiada – jest fikcją, jeśli każdy członek społeczeństwa ma do pokonania inny dystans. To oczywiście prawda, tyle że radykalna lewica wcale nie wyrównuje tych dystansów, lecz jedynie inaczej rozstawia uczestników wyścigu. Białego umieszcza np. w miejscu czarnego, a homoseksualistę w miejscu heteroseksualisty. Nadal jest więc nierówno i niesprawiedliwie.
Promowanie takiego „rewolucyjnego ducha wolności i równości” będzie więc budzić naturalny sprzeciw w świecie, tak jak budzi go już w samych Stanach Zjednoczonych. Oczywiście Ameryka pozostaje na tyle potężnym państwem, że jest w stanie przeforsować nowe „wartości”. Byłaby to jednak miara upadku Ameryki. Wywieranie presji świadczy bowiem jedynie o niskiej atrakcyjności własnej oferty. Problem w tym, że z uwagi na globalny zasięg polityki amerykańskiej konsekwencje tlącej się tam rewolucji społecznej mogą wkrótce się okazać poważne dla nas wszystkich.
Artykuł z 31/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
