Marcin Tulicki: Awantura o Nord Stream 2Marcin Tulicki: Awantura o Nord Stream 2. "Wciąż trwa walka o zablokowanie niemiecko-rosyjskiego projektu gazowego"

Joe Biden swoją decyzją, z której bez wątpienia zadowolony jest Władimir Putin, wprawił w osłupienie wszystkich, nawet reprezentantów własnej partii.
„Zielone światło” Białego Domu na dokończenie budowy gazociągu Nord Stream 2 stało się faktem. Wywołało lawinę krytyki. Ostro, rzecz jasna, zareagowały Polska i Ukraina, ale nie tylko. Suchej nitki na Joem Bidenie nie zostawiają amerykańscy kongresmeni, i to nie tylko ci spod znaku Partii Republikańskiej. Także ci wywodzący się z obozu politycznego prezydenta USA, czyli z Partii Demokratycznej.
Angela Merkel w połowie lipca po raz ostatni w swojej karierze jako niemiecka kanclerz odwiedziła Biały Dom. Trzeba jednak przyznać, że tą wizytą ugrała absolutne maksimum dla siebie i dla Władimira Putina. W dniu wizyty na wspólnej konferencji prasowej w Białym Domu opinii publicznej mydlono jeszcze oczy hasłami o różnym spojrzeniu Waszyngtonu i Berlina na Nord Stream 2, ale już tydzień później wszystkie maski opadły.
Ogłoszono porozumienie na linii Waszyngton–Berlin, które Ukraina szybko nazwała „nowym paktem Ribbentrop–Mołotow”. Najważniejsza informacja wynikająca z porozumienia jest taka: budowa niemiecko-rosyjskiego rurociągu na dnie Morza Bałtyckiego zostanie dokończona, bo Waszyngton nie będzie nakładał sankcji na firmy zaangażowane w ten projekt.
Beneficjent Putin
Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Była natychmiastowa. Szczególnie ta w środkowo-wschodniej części Europy. Wspólne oświadczenie wydali szefowie dyplomacji Polski i Ukrainy.
Wzywamy USA i Niemcy do podjęcia kroków w celu znalezienia adekwatnej odpowiedzi na rodzący się kryzys bezpieczeństwa w naszym regionie, którego jedynym beneficjentem jest Rosja
– brzmiał jego fragment. Trudno się z tak stawianą tezą nie zgodzić. Bo „zielonym światłem” na dokończenie budowy Nord Stream 2 administracja w Waszyngtonie daje de facto Władimirowi Putinowi nowy oręż do stosowania najpodlejszych metod nacisku, z których ten jest przecież znany.
Co prawda od razu zaznaczono, że w przypadku, gdyby Kreml chciał kogokolwiek szantażować gazem, Berlin jest zobowiązany do nałożenia na Rosję sankcji z wykorzystaniem dostępnych regulacji w prawie unijnym, tyle że w obiegu publicznym szybko pojawiły się przecieki, że Niemcy nie mają zamiaru wykorzystać broni najcięższego kalibru, czyli zamknięcia Nord Stream 2, gdyby Putin postanowił jednak użyć gazociągu jako geopolitycznej broni. Kto w takim razie miałby mu tego zabronić? Pewnie nikt. Tak samo jak nikt w praktyce nie kiwnął palcem, gdy Rosja zaatakowała na Krymie czy w Donbasie.
Obietnice patrzenia na ręce Władimirowi Putinowi wielu traktuje jako wolne żarty. Ukrainie przecież nie raz już wiele obiecywano, i to obiecywał nie byle kto, bo Stany Zjednoczone. Jak to się skończyło, opowiada nam Maciej Olchawa, Polak mieszkający w Chicago, autor książek o Ukrainie, w tym o stosunkach amerykańsko-ukraińskich.
Zarówno eksperci, jak i Amerykanie ukraińskiego pochodzenia bardzo dobrze pamiętają lata 90. Wtedy przecież Ukraina zdecydowała się oddać swoją broń nuklearną, a w zamian dostała gwarancję bezpieczeństwa, w tym respektowania „istniejących granic”. M.in. od Stanów Zjednoczonych
– tłumaczy Olchawa. [Mowa o tzw. memorandum budapeszteńskim, dokumencie podpisanym 5 grudnia 1994 r. na szczycie Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – przyp. red.]. Jak te obietnice mają się do rzeczywistości pokazuje przykład właśnie Donbasu i Krymu. Na wschodzie Ukrainy od lat trwa wojna, spora część terytorium jest okupowana przez Rosjan, podobnie jak cały Krym.
Kongres nie odpuszcza Bidenowi
Niemal natychmiast po ogłoszeniu porozumienia Waszyngtonu z Berlinem w sprawie Nord Stream 2 zareagowali amerykańscy kongresmeni. Pewnie nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że sprzeciw wobec porozumienie ogłoszony został ponad linią partyjnych podziałów, która w Stanach Zjednoczonych przebiega między republikanami a demokratami.
Rozmawiamy z Marcy Kaptur, kongresmenką z Ohio. Jest ona członkiem Partii Demokratycznej, z której wywodzi się Joe Biden. Mimo to przedstawicielka Izby Reprezentantów jest zdecydowanie przeciwna decyzji Białego Domu pozwalającej na dokończenie budowy Nord Stream 2.
Nasz sprzeciw jest ponadpartyjny. Kongres był za sankcjami na Nord Stream 2
– zapewnia Marcy Kaptur, która wraz z trójką innych kongresmenów napisała w tej sprawie list do prezydenta Bidena. Padło w nim kilka bardzo istotnych stwierdzeń, ale jedno z nich, odnoszące się do historii, robi szczególne wrażenie:
Kongres rozumie kluczową lekcję historii – kiedy Rosja i Niemcy są w zmowie, cenę płacą mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej – To niebezpieczny czas dla Ukrainy i dla całej Europy. Stany Zjednoczone rozumieją, co się może wydarzyć, jeżeli nie będziecie niezależni energetycznie. Oprócz podwyżek cen może was spotkać wstrzymanie dostaw. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach energetyka jest kluczowa dla bezpieczeństwa
– tłumaczyła w wywiadzie dla Telewizji Polskiej Marcy Kaptur.
Jeszcze bardziej bezkompromisowo, być może ze względu na polityczne barwy, wypowiada się inna kongresmenka, republikanka Claudia Tenney.
Nie przekonuje mnie argument, że było za późno i że rurociąg był prawie ukończony. Skoro nie był ukończony, to należało być stanowczym i utrzymać sankcje. Musimy mieć pewność, że nasze LNG płynie do Polski, która reprezentuje wolność, prawa obywatelskie i demokrację.
Wyjaśnijmy – Joe Biden tłumaczył, że budowa gazociągu jest już tak zaawansowana, że zatrzymanie tego projektu nie ma szans.
Obie kongresmenki podkreślają, jak ważna dla USA jest współpraca z naszą częścią Europy. Wsparcie dla projektu Trójmorza czy obecność amerykańskich wojsk na wschodniej flance NATO.
Polska świetnie ożywiła swoją gospodarkę, jest na ścieżce wzmacniania własnej autonomii, to wspaniały sojusznik Stanów Zjednoczonych. Musimy wspierać Polskę i siły sojusznicze, w tym amerykańskie, które stacjonują w Polsce
– podkreśla Claudia Tenney.
Od słów do czynów. Walka trwa
Amerykańscy kongresmeni postanowili działać. Nie skończyło się tylko na listach czy oświadczeniach, w których podkreślono, że dokończenie budowy gazociągu Nord Stream 2 daje Putinowi pole do jeszcze bardziej agresywnej polityki.
Republikańscy senatorowie postanowili zaszantażować Joego Bidena. Oświadczyli bowiem, że stawiają głowie państwa ultimatum: albo sankcje na Nord Stream 2, albo zablokują dwie prezydenckie nominacje do Departamentu Skarbu.
Głosami zarówno kongresmenów z Partii Republikańskiej, jak i demokratów Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę z poprawką uniemożliwiającą zniesienie sankcji z Nord Stream 2. Teraz czas na Senat. I tu pojawia się problem, bo z politycznego kalendarza wynika, że wyższa izba kongresu zajmie się ustawą dopiero jesienią, a Kreml, za pośrednictwem swojej medialnej propagandy, zapewnia: projekt jest ukończony w 99 proc. Do zakończenia budowy Nord Stream 2 zostało zaledwie kilka tygodni.
Jak widać, wciąż trwa walka o zablokowanie niemiecko-rosyjskiego projektu gazowego, bez wątpienia szkodliwego dla państw Europy Środkowo-Wschodniej. Władimir Putin nieraz udowadniał przecież, że nie ma hamulców i do osiągania celów swojej imperialnej polityki jest w stanie wykorzystać każdy oręż.
W całej tej historii warto przypomnieć jeszcze jeden szczegół: politycy Partii Demokratycznej i sprzyjające im media przez lata próbowały zrobić z byłego prezydenta Donalda Trumpa polityka sprzyjającego Kremlowi. Tyle tylko, że to Joe Biden swoją decyzją, z której bez wątpienia zadowolony jest Władimir Putin, wprawił w osłupienie wszystkich, nawet reprezentantów własnej partii.
Marcin Tulicki z Waszyngtonu. Autor jest dziennikarzem „Wiadomości” TVP 1.
Artykuł z 34/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
