Łukaszenka w pułapce migracyjnejŁukaszenka w pułapce migracyjnej. "Moment przesilenia w kwestii nielegalnych migrantów na granicy Polski z Białorusią jest bliski"

społeczeństwo białoruskie z niepokojem zaczęło reagować na pojawienie się w takiej liczbie przybyszów, których napływ jest postrzegany w kategoriach zagrożenia i destabilizacji sytuacji w kraju.
Pierwszym symptomem zmiany strategii Mińska w wojnie migracyjnej z Unią Europejską może być decyzja, aby obywatelom krajów takich jak Irak, Jemen, Egipt, Syria, Nigeria czy Iran nie wydawać białoruskiej wizy na lotnisku w Mińsku.
Czy Mińsk, wykorzystując migrantów w charakterze narzędzia presji na Unię Europejską, skonstruował pułapkę, w którą sam wpadł? Zdaniem niektórych ekspertów, np. Witalija Cygankowa, mamy do czynienia ze „strategiczną porażką strony białoruskiej w migracyjnej wojnie hybrydowej”. Łukaszenka nie docenił zarówno stanowczości reakcji władz Litwy i Polski, a także, a może w największym stopniu, nie spodziewał się, że inne państwa Unii Europejskiej jednoznacznie poprą politykę Warszawy i Wilna. Inni białoruscy eksperci, tacy jak Walerij Karbalewicz, są zdania, że na takie oceny jeszcze zbyt wcześnie, ale wszyscy są zgodni, że „coś się zmienia”.
Pierwszym symptomem zmiany strategii Łukaszenki w wojnie migracyjnej może być decyzja, aby obywatelom krajów takich jak Irak, Jemen, Egipt, Syria, Nigeria czy Iran, nie wydawać białoruskiej wizy na lotnisku w Mińsku. Jak się uważa, może to być spowodowane dwiema przyczynami. Albo Łukaszenka przygotowuje grunt do złagodzenia presji migracyjnej na UE, na co wskazywałaby też jedna z jego publicznych wypowiedzi, kiedy oświadczył, że „idzie zima i trzeba pomóc tym biednym ludziom”, albo też chodzi o uniknięcie niekontrolowanego napływu „turystów” z krajów Bliskiego Wschodu. Zwiększenie ich liczby mogłoby się stać problemem dla władz. Zresztą już się staje. Białoruskie kanały społecznościowe pełne są zdjęć uchodźców śpiących w przejściach podziemnych, budynkach dworców czy krążących w miejscach publicznych. Pojawiają się doniesienia o interwencjach milicji, np. w Grodnie, gdzie zatrzymano 24 przyjezdnych z Iraku, którzy nie mieli dokumentów potwierdzających ich prawo do pobytu na Białorusi.
Generalnie rzecz biorąc, społeczeństwo białoruskie, jak uważają socjologowie, z niepokojem zaczęło reagować na pojawienie się w takiej liczbie przybyszów, których napływ jest postrzegany w kategoriach zagrożenia i destabilizacji sytuacji w kraju. A ten wzrost społecznego niepokoju, nawet jeśli nie ujawnił się w publicznych akcjach, jest z punktu widzenia władz czynnikiem niebezpiecznym. Tym bardziej jeśli przybysze zaczną się domagać lepszego traktowania, a perspektywa takiego rozwoju sytuacji jest w coraz większym stopniu realna.
Niezależny portal informacyjny Biełorusskij Partizan donosi, że w sieci pojawiły się wezwania skierowane do przybyłych do Mińska obywateli Iraku, których w całym kraju ma być już obecnie 15 tys., aby ci zorganizowali pokojową demonstrację w centrum miasta. Redakcja skontaktowała się z jedną z organizatorek kampanii – nieujawnioną z nazwiska obywatelką Iraku nazywaną w artykule Faridą, która powiedziała dziennikarzom, że demonstracja jest rzeczywiście planowana, mimo obaw o represje, bo „ludzie znaleźli się w położeniu bez wyjścia”. Dodała:
Ludzie potrzebują pomocy. Nasi bracia umierają na granicy, oszuści ich ograbiają. Dobrzy ludzie tracą wszystkie swoje pieniądze. Żołnierze są agresywni i chcą ich przepchnąć przez granicę
Niepokoje nie są Łukaszence potrzebne, bo przygotowuje się do kluczowej z punktu widzenia przyszłości reżimu operacji, jaką jest zmiana konstytucji i przeprowadzenie referendum. W takich realiach wzrost wewnętrznego napięcia, którego można nie być w stanie kontrolować, nie jest reżimowi potrzebny.
Arsenij Sivitski, białoruski ekspert, dyrektor Center for Strategic and Foreign Policy Studies, jest zdania, że władze w każdej chwili mogą się wycofać z obecnej polityki wywierania na Unię presji migracyjnej. Pretekstem może się stać zarówno „sytuacja humanitarna”, jak i nadciagające chłody, a także zagrożenie związane z czwartą falą COVID-19. Oficjalnie liczba zainfekowanych wzrosła na Białorusi do poziomu niewiele przekraczającego 2 tys. przypadków dziennie, ale białoruskie media niezależne, a na oficjalne mało kto zwraca uwagę, pełne są alarmistycznych informacji o liczonych w dziesiątkach, na jeden szpital, zgonów każdego dnia i wielu tysiącach zarażonych. Brakuje ponad 2 tys. lekarzy, podobnie dolegliwy jest deficyt pielęgniarek i służb ratowniczych, nie mówiąc już o sprzęcie. Nie ma nawet tlenu, aby podawać go chorym. Sytuacja z perspektywy władz jest poważna, bo przypomina wiosnę ub.r., a zdaniem wielu białoruskich socjologów wybuch społecznego sprzeciwu przeciw rządom Łukaszenki przy okazji prezydenckiej kampanii wyborczej był spowodowany przede wszystkim tym, że Białorusini uznali, iż państwo nie poradziło sobie z pierwszą falą pandemii.
Łukaszenka już publicznie powiedział, że spodziewa się kolejnego wybuchu gniewu społecznego przy okazji zaplanowanego na luty przyszłego roku referendum konstytucyjnego. Do kolejnej odsłony kryzysu politycznego przygotowują się też resorty siłowe. Wadim Sinawskij, kierujący Ministerstwem ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, oświadczył nawet niedawno, że być może „strategicznie ważne obiekty trzeba będzie bronić z orężem w rękach”. Nie ustaje też fala represji, zarówno wobec resztek niezależnych mediów, jak i subskrybentów kanałów internetowych uznanych za ekstremistyczne, których hurtowo władze chcą zaliczyć do grona stronników opozycji i represjonować. W tym ostatnim wypadku zdaniem ekspertów chodzi o to, aby ewentualnych zwolenników zmian sterroryzować i zmusić do pozostania w domu. Dwuznaczna jest też postawa Moskwy. W niedawno opublikowanym raporcie Stowarzyszenie Studiów Polityki Zagranicznej im. Andrieja Gromyki, który sygnowało kilkudziesięciu ekspertów stanowiących zaplecze intelektualne rosyjskich władz, ale również przedstawiciele białoruskiego świata akademickiego, parlamentarzyści i liderzy wspierającego reżim ruchu Biała Ruś, znalazły się zapisy na temat potrzeby „uruchomienia dialogu społecznego na Białorusi” oraz zmiany systemu władzy. Zdaniem autorów dokumentu społeczny bunt, który miał miejsce na Białorusi po ubiegłorocznych wyborach, jest świadectwem „szerokiego społecznego zapotrzebowania na zmiany”, a nie knowania zachodnich wrogów Łukaszenki, jak głosi oficjalna propaganda. Co więcej, warunkiem przezwyciężenia kryzysu politycznego jest „sformułowanie nowego kontraktu społecznego”, co będzie możliwe tylko, jeśli dialog społeczny obejmie możliwie szerokie warstwy społeczne.
Kilka dni po opublikowaniu tego materiału rosyjska „Niezawisimaja Gazieta”, której redaktor naczelny stał swego czasu na czele komitetu wyborczego mera Moskwy, opublikowała artykuł lidera białoruskich niezależnych związków zawodowych Siergieja Dylewskiego, wchodzącego w skład komisji koordynacyjnej powołanej po ubiegłorocznych wyborach przez sztab Wiktara Babaryki. Dylewski napisał, że jego organizacja jest w stanie przeprowadzić strajk powszechny w białoruskich przedsiębiorstwach, a to, czego się domaga, to „rozpoczęcie społecznego dialogu” i reformy państwa. Sygnały te, zwłaszcza że pojawiły się po ostatnim spotkaniu Putina i Łukaszenki i po wizycie w Moskwie Victorii Nuland, zastępcy sekretarza stanu USA, w czasie której miała ona rozmawiać również o rozwiązaniu sytuacji na Białorusi, mogą niepokoić reżim w Mińsku. Zaczyna on być coraz bardziej nerwowy i nieobliczalny, o czym świadczy wydalenie z kraju ambasadora Francji, co wydaje się posunięciem irracjonalnym, jako że Paryż zajmował bardzo powściągliwą postawę, jeśli chodzi o politykę UE wobec Białorusi.
Dla reżimu w Mińsku, ale również dla Moskwy, powodem do zaniepokojenia może być też narastające zdenerwowanie władz Niemiec i w związku z tym twardsza postawa Unii Europejskiej. Horst Seehofer, niemiecki minister spraw wewnętrznych, powiedział publicznie, że władze Białorusi „organizują, w najlepszym razie wspierają” nielegalne strumienie migracyjne, a robią to, w jego opinii, za wiedzą Rosji. „Klucz do rozwiązania problemu leży w Moskwie” – powiedział i wezwał władze państw UE do wspólnego rozwiązania problemu. W podobnym tonie wypowiedział się Heiko Maas, oskarżając reżim Łukaszenki o organizowanie „procederu przemytu ludzi”. W takich warunkach V pakiet sankcji wymierzony w reżim Łukaszenki jest coraz bardziej prawdopodobny.
Berlin jest coraz bardziej zdenerwowany kryzysem migracyjnym, bo jak wskazują ostatnie dane, w trakcie pierwszych siedmiu miesięcy br. zarejestrowano w Niemczech 26 nielegalnych migrantów, a od początku sierpnia już 4322, w większości z Iraku, Jemenu, Syrii i Iranu. Napływ niepożądanych przybyszów rośnie lawinowo, a niemieckie władze źródeł tego zjawiska jednoznacznie upatrują w polityce reżimu Łukaszenki.
Wszystko to razem wzięte może prowadzić do wniosku, że moment przesilenia w kwestii nielegalnych migrantów na granicy Polski z Białorusią jest bliski. Łukaszenka zarówno w obliczu presji, jak i kierując się własnymi rachubami, może uznać, że kontynuowanie konfliktu nie jest mu na rękę. Ale może również, o czym też warto pamiętać, dojść do wniosku, że czas przyspieszyć i jeszcze zwiększyć presję, aby „coś osiągnąć” przed lutowym referendum.
Artykuł z 43/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
