Kabulska tragigroteska. "Bilion dolarów na afgański reżim"Kabulska tragigroteska. "Amerykanie zainwestowali w ciągu dwóch dekad w stabilizację afgańskiego reżimu bilion dolarów"

Kontrast publicznych zapewnień prezydenta USA i kolejnej w historii panicznej ucieczki Amerykanów z okupowanego kraju już jest i będzie jeszcze bardziej powodem kłopotów politycznych Bidena.
Przewrót w Afganistanie wygląda bardziej na polityczną tragigroteskę niż na przytłaczającą tragedię odmalowywaną ostatnio przez media. W każdym razie taki obraz rysuje się kilka dni po łagodnym i bezkrwawym przejęciu władzy w Kabulu i innych wielkich miastach przez ugrupowanie talibów.
Dotychczasowy kabulski reżim rozsypał się z dnia na dzień jak domek z kart, nie będąc w stanie utrzymać się nawet do 31 sierpnia, czyli końcowego, przyspieszonego przez Joego Bidena, terminu wycofania wojsk amerykańskich. Nominalny przywódca reżimu Aszraf Ghani, manifestujący wcześniej niejednokrotnie „odwagę” w stawianiu się Amerykanom, tym razem wolał zaś odpowiednio wcześniej salwować się ucieczką, najprawdopodobniej do Omanu, wraz z zagrabionym majątkiem (jak twierdzą źródła rosyjskie).
Utopiony bilion dolarów
Razem z rządem przestała istnieć stworzona przez Amerykanów armia afgańska, która bądź to rozproszyła się bez jednego wystrzału, bądź to przeszła na stronę talibów wraz z bogatymi zasobami amerykańskiej broni i wyposażenia. Wszystko to nastąpiło, pomimo że – jeśli wierzyć danym przedstawionym w oświadczeniu Bidena sprzed dwóch tygodni – Amerykanie zainwestowali w ciągu dwóch dekad w stabilizację afgańskiego reżimu bilion dolarów i wyszkolili dlań oraz świetnie uzbroili (m.in. w rakiety i helikoptery) 300 tys. żołnierzy! To właśnie zestawienie tych faktów nadaje całemu kryzysowi wymiar politycznej groteski. Szesnaście wieków temu barbarzyńcy w podobny sposób tworzyli swoje królestwa w Europie, gdy okazywało się, że władza ponoć potężnego Rzymu jest fikcją, której mało kto potrzebuje, a już na pewno nikt nie zamierza bronić.
Reżim pod przywództwem Ghaniego był chyba najbardziej fikcyjną władzą polityczną współczesnego świata, a na dodatek władzą skorumpowaną i zdeprawowaną. Jak teraz widać, jego jedynym realnym zapleczem była okupacja amerykańska. Bo ani wielka liczebnie armia, ani skorumpowane klany robiące kokosowe interesy na trwaniu reżimu i obecności Amerykanów, nie miały siły ani zamiaru bronić systemu powstałego pod okupacją.
W ubiegły poniedziałek, czyli w chwili, gdy tłumy Afgańczyków wdzierały się na pokłady odlatujących amerykańskich samolotów, Biden zapewniał wprawdzie, że odbudowa państwa afgańskiego („nation building”) nigdy w ciągu 20 lat nie była celem Amerykanów, więc też nie można twierdzić, że w tej mierze ponieśli oni porażkę. Ale to nieprawdziwa deklaracja. Od Busha po Obamę Ameryka miała intencję budowy demokracji afgańskiej, z systemem partyjnym, feminizmem i swobodą obyczajową włącznie. Dopiero Trump zwątpił w sens takiego irracjonalnego przedsięwzięcia. I dlatego właśnie zawarł w lutym 2020 r. w Dosze umowę z talibami, której istotą było rychłe zakończenie okupacji w zamian za dwa zobowiązania: nieatakowania Amerykanów i niebrania władzy przemocą. Trzeba przyznać, że talibowie co do zasady dotrzymali tamtej umowy. Tyle tylko, że odklejony od realiów Ghani przez półtora roku odrzucał wszelkie projekty podzielenia się władzą z talibami. Zmienił zdanie dopiero 12 sierpnia, trzy dni przed swoją tchórzliwą ucieczką z Kabulu.
Umowa z Dohy stworzyła dla talibów zupełnie nową rzeczywistość polityczną. Dała im bowiem legitymizację, jako uprawnionej reprezentacji Afgańczyków, w tym zwłaszcza dominujących w kraju Pasztunów. Od tamtego czasu działający w Dosze, pod opieką emira Kataru, faktyczny islamistyczny rząd emigracyjny pod wodzą 53-letniego Abdula Baradara (który sygnował umowę z USA), zorganizował niezliczone międzynarodowe spotkania polityczne i konferencje prasowe (m.in. w Moskwie). Ich jedynym celem było przekonanie świata, że talibowie zmienili się mocno od czasu, gdy wspomagali Osamę bin Ladena, fanatycznie niszczyli zabytki kultury afgańskiej, mordowali w imię religii i zarabiali niemal wyłącznie na handlu narkotykami.
W ubiegły poniedziałek do dziennikarki BBC (skądinąd urodzonej w Kabulu) prowadzącej wieczorny program informacyjny zadzwonił na żywo z Dohy rzecznik Baradara, dementując wieści, że nowe władze zamierzają zablokować kobietom dostęp do oświaty i pracy, będą zmuszać wdowy do ożenku z bojownikami islamistycznymi i szykują morderczy odwet na ludziach dawnego reżimu. Na ekranie telewizora można było obserwować, jak rozkojarzona dziennikarka nie wie już, czy ma się bardziej martwić tym, że ktoś tak wprost kwestionuje podawane przez nią informacje, czy też raczej się cieszyć wyjątkową przygodą zawodową. Dzień później talibowie ogłosili amnestię dla funkcjonariuszy dawnego reżimu. Charakterystyczna jest linia, jaką w dniach przewrotu afgańskiego przyjęła telewizja Al-Dżazira, sympatyzująca z talibami, tak samo jak jej twórca i właściciel – emir Kataru. Nawołuje ona do respektowania przez talibów praw człowieka „nie dlatego, że Zachód zwykł się troszczyć o tę kwestię, ale bo islam opiera się na tych zasadach” (cytat z komentarza Sultana Barakata z Centrum Konfliktów w Dosze).
Kryzys humanitarny
Na razie wygląda na to, że choć – co oczywiste – talibowie będą wierni swej ortodoksyjnej religii i prawu szariatu, to na tyle cenią sobie swój nowy legitymizm, że ich rządami kierować będą w większym stopniu interesy polityczne niż sekciarski fanatyzm. Wskazują na to choćby zręczne politycznie układy, jakie potrafili ostatnio zawrzeć z Uzbekami i Tadżykami, a to one umożliwiły tak szybkie, łatwe i bezkrwawe przejęcie pod kontrolę zróżnicowanej narodowościowo i nieufnej wobec Pasztunów północy kraju. Te uspokajające fakty i obietnice talibów są zapewne niewystarczające dla sporej grupy Afgańczyków, którzy nie tylko kolaborowali z wojskami okupacyjnymi, lecz przede wszystkim robili fortuny na korupcyjnych powiązaniach z reżimem Ghaniego. Jednak chyba nikt, kto obserwował uważnie (chociażby w Al-Dżazirze) dantejskie sceny, jakie miały miejsce na kabulskim lotnisku, nie jest w stanie uwierzyć, iż te rzesze młodych mężczyzn usiłujących siłą dostać się do dowolnego samolotu (albo nawet uczepić się go podczas startu) to urzędnicy, tłumacze, biznesmeni i szpiedzy, którzy pracowali dla wojsk amerykańskich i ich sojuszników. A taki właśnie obraz w ostatnich dniach tworzyły europejskie media.
Nagła ucieczka Ghaniego i dość chaotyczne wejście talibów do Kabulu wywołały w tej czteromilionowej metropolii naturalny zamęt, za którego sprawą tysiące młodych Afgańczyków, nie od dziś szukających jakiejkolwiek drogi dostania się na Zachód, uznało, że właśnie nadeszła ich chwila. Od czasu sławnej „inwazji” na Europę w 2015 r. Afgańczycy są cały czas w ścisłej narodowościowej czołówce imigrantów, tą czy inną drogą maszerujących w kierunku wymarzonych Niemiec. To Afgańczycy właśnie, obok Irakijczyków, są ostatnio najczęściej wyłapywani na wschodniej granicy Litwy czy Polski. Jeśli w afgańskim przewrocie jest (a jest bez3 wątpienia) jakiś aspekt dramatu albo nawet tragedii, to jest nim właśnie nagły i wielki kryzys humanitarny. Ale trzeba przytomnie zdawać sobie sprawę, że u jego źródeł nie leżą ( jak dotychczas) represje talibów, lecz nagłe otwarcie się emigracyjnego okienka dla tysięcy (albo dziesiątków tysięcy) młodych Afgańczyków, którzy chwilę chaosu postanowili wykorzystać dla przebicia się w taki czy inny sposób do Europy.
W kategoriach moralnych trzeba zatem z uznaniem myśleć o amerykańskich pilotach, którzy zdecydowali się na ryzykowny start wielkiego transportowca US Air Force, do którego ładowni wdarło się siłą 650 Afgańczyków. Ale w kategoriach politycznej logiki racja jest po stronie zimnych i wykonujących rozkazy pilotów transportowca Luftwaffe, który nie mogąc doczekać się w Kabulu na pasażerów z listy ludzi realnie politycznie zagrożonych przez islamistyczną władzę, odleciał z… siedmioma pasażerami na pokładzie. Dla niemieckiego rządu to może być kompromitacja w oczach opinii publicznej. Ale dla trzeźwego obserwatora zwłaszcza polskie szyderstwa (wobec naszego konfliktu z Berlinem na tle imigrantów) z postawy pilotów niemieckich grzeszą brakiem politycznego rozsądku. A już całkiem irracjonalne były apele do polskiego rządu o posyłanie w ów kompletny chaos afgańskich lotnisk polskich samolotów. Trudno pojąć, co albo kto skłonił premiera Morawieckiego do uległości wobec tych apeli: rozemocjonowane media czy może raczej spanikowani Amerykanie?
Kompromitacja USA
Atmosfera paniki w ekipie Bidena jest jakoś zrozumiała. Sam prezydent w swym poniedziałkowym orędziu nie był zresztą logicznie konsekwentny, w jednym zdaniu oskarżając Trumpa, iż to on zdecydował o wycofaniu (co jest prawdą), w innym zaś dowodząc, iż owo wycofanie winno było nastąpić dużo wcześniej (co też jest prawdą). Tyle tylko, że skoro oba twierdzenia Bidena są słuszne, to stanowią one powód do uznania dla lutowej umowy Trumpa z talibami, nie zaś do oskarżeń poprzednika. Rzecz bowiem w tym, iż okupacja Afganistanu straciła nie tylko dla Ameryki, ale dla całego Zachodu jakikolwiek sens najpóźniej w roku 2011, gdy zabity został autor zamachu 11 września Osama bin Laden, a terrorystyczna struktura Al-Kaidy została rozbita, jej resztki weszły zaś w skrytą wojnę z potężnym naonczas tzw. Państwem Islamskim. Tusk miał dobrą polityczną intuicję, nakazując już kilka tygodni później rozpoczęcie wycofywania z Afganistanu polskich oddziałów bojowych, zakończone w 2014 r. Od tamtego bowiem czasu Amerykanie toczyli już tylko niekończące się potyczki z talibami, kompletnie nie wiadomo w jakiej sprawie, mnożąc przy tym ofiary cywilne wśród Afgańczyków, co tylko obracało przeciw Zachodowi tamtejszą ludność. Do tego trzeba jeszcze dodać bezsensowne utrzymywanie za wielkie pieniądze skorumpowanego, pseudodemokratycznego reżimu w Kabulu, którego słabość mieliśmy okazję oglądać w pełni dopiero w ciągu ostatnich dni.
Biden słusznie broni mocno spóźnionej decyzji o definitywnym opuszczeniu Afganistanu. Kompromitacja jego administracji polega bowiem nie na błędnej decyzji (którą zresztą podjął Trump), ale na wyjściu na jaw zdumiewającej niekompetencji rządu i wywiadu amerykańskiego, gdy idzie o rozpoznanie skutków tej decyzji. Biden nie tylko nie potrafił zmusić swego politycznego klienta Ghaniego do podjęcia oferty podzielenia się władzą z talibami, lecz także niemal do ostatniej chwili opowiadał publicznie androny na temat tego, co teraz wydarzy się w Afganistanie. Prawicowe media w USA (np. Fox TV) z upodobaniem pokazywały ostatnio raz za razem sceny z helikopterem zbierającym ludzi z dachu ambasady USA w Kabulu jako tło do znanej wypowiedzi prezydenta z 8 lipca br., gdy Biden zapewnia, iż:
na pewno nie zobaczycie scen z ludźmi podnoszonymi przez helikopter z dachu ambasady USA
( jak w Sajgonie w 1975 r.), a „prawdopodobieństwo przejęcia całego kraju przez talibów jest znikome”. Ten kontrast publicznych zapewnień prezydenta i kolejnej w historii panicznej ucieczki Amerykanów z okupowanego kraju już jest i będzie jeszcze bardziej powodem kłopotów politycznych Bidena, o których z lubością rozprawiają teraz media na całym świecie. Jeśli dodać do tego wielki kryzys imigracyjny na granicy amerykańsko-meksykańskiej, kolejny atak zarazy na USA (a Biden zapowiadał już „lato wolności”) oraz niepokojącą inflację, łatwo skonkludować, że kompromitacja afgańska przychodzi dla Bidena w całkiem niedobrym politycznym momencie.
Od rozgoryczonego tonu oświadczeń polityków zachodnich (np. Merkel: „gorzko, dramatycznie, straszno”) wyraźnie odbijają ciepłe słowa płynące do talibów z Pekinu i Moskwy. W obu przypadkach są one funkcją strachu, jaki panuje w tych stolicach z powodu przejęcia Afganistanu na stałe przez islamistów. W Pekinie dobrze wiedzą, że talibowie uważają się za przyjaciół islamskich Ujgurów, wobec których komunistyczne Chiny realizują plan wynarodowienia i zniszczenia ich kultury. O ile buntujący się co jakiś czas i skłonni także do rozpaczliwego terroryzmu Ujgurzy są kłopotem politycznym dla Xi Dżinpinga, o tyle perspektywa islamistycznego pożaru na południowych rubieżach Rosji musi być traktowana przez Putina jako egzystencjalne zagrożenie kraju. Rosja przez dwa wieki wiodła ciężkie wojny z „basmaczami”, a w Afganistanie doznała właśnie swej historycznej porażki, prowadzącej do upadku sowieckiego imperium.
Z polskiej perspektywy polityczny absurd przedłużającej się amerykańskiej okupacji Afganistanu polegał właśnie na tym, że tak długo, bez żadnej potrzeby, Zachód de facto gwarantował bezpieczeństwo rosyjskich południowych kresów. A dzięki temu zabezpieczony przed islamistami władca Kremla mógł tak łatwo zwrócić swe oczy na Gruzję, Białoruś i Ukrainę. Teraz czas tego komfortu Putina wreszcie się kończy; odtąd sam będzie musiał się zatroszczyć o południowe rubieże Rosji. Rządowi polskiemu, który ma z tej racji powód do niejakiej satysfakcji, trzeba się jeszcze tylko zastanowić, czy nie otworzyć na nowo po pewnym czasie polskiej placówki w Kabulu, pochopnie zamkniętej w 2014 r. przez Sikorskiego. Skoro za jakiś czas poważnym polskim kłopotem mogą się stać tłumy młodych Afgańczyków, próbujących wpław przepłynąć na lewy brzeg Bugu w okolicach Brześcia, to pewnie warto by mieć na taką okoliczność możliwość zwyczajnych kontaktów dyplomatycznych z nowym islamistycznym rządem w Kabulu. I to niezależnie od tego, co w tej sprawie postanowią Biden z Blinkenem.
Artykuł z 34/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
