Europa Środkowa mówi o zdradzieEuropa Środkowa mówi o zdradzie. "Stary świat gwarantujący nam bezpieczeństwo i prosperity odchodzi w przeszłość"

Kiedy czyta się głosy liderów opinii publicznej z państw naszej części Europy, to ma się wrażenie nie tylko rozczarowania polityką Bidena, lecz również głęboko zakorzenionego przekonania, że „Rosja wraca”
Stary świat gwarantujący nam bezpieczeństwo i prosperity odchodzi w przeszłość. Państwa pozycjonują się w nowym porządku, w którym bardziej będzie się liczyła realna siła.
Fiodor Łukjanow, przenikliwy rosyjski ekspert ds. międzynarodowych, komentując zawarcie między prezydentem Joem Bidenem a kanclerz Angelą Merkel porozumienia w sprawie Nord Stream 2, napisał, że jest ono zwiastunem nowych czasów. Już samo to, że sformułowano deklarację na piśmie, świadczy jego zdaniem o zmianie relacji między Berlinem a Waszyngtonem. W przeszłości, kiedy dominacja Stanów Zjednoczonych nie była kwestionowana, żadne tego rodzaju dokumenty nie były potrzebne. Zwłaszcza kiedy Niemcami rządzili chadecy – a tak było przez 50 z 70 lat powojennej historii – wystarczało, że amerykańscy prezydenci formułowali linię sojuszniczej polityki, a Berlin bez nadmiernych wątpliwości dostosowywał się do niej. Te czasy minęły, a w opinii Łukjanowa batalia o Nord Stream 2 stała się punktem przełomowym w historii Europy i zwiastuje nadejście nowych realiów.
Poderwane zaufanie do USA
Pytanie tylko, na czym ten przełom polega? Niektórzy amerykańscy komentatorzy, tacy jak profesorowie Kiron Skinner i Russell A. Berman, którzy w przeszłości doradzali w Departamencie Stanu, napisali wręcz, że Biden „poddał się Merkel”, zakwestionował politykę dwóch poprzednich administracji, poszedł wobec Niemiec na znaczące ustępstwa, niczego w zamian nie uzyskując. Mało tego, skutkiem tej polityki będzie globalne zmniejszenie amerykańskich możliwości i wpływów. W Polsce, na Ukrainie i w państwach bałtyckich, ale zdaniem amerykańskich naukowców podobnego rodzaju reakcji można się spodziewać w całym regionie, elity państwowe zaczynają uważać, że Ameryka gotowa jest poświęcić ich interesy, w tym w zakresie bezpieczeństwa, w imię własnych partykularnych celów. Sojusznicze państwa arabskie, takie jak Jordania czy Arabia Saudyjska, zastanawiają się już zapewne, co warta jest amerykańska polityka sankcji wobec Iranu, skoro Waszyngton tak łatwo ustąpił w kwestii Nord Stream 2. Nie odbuduje się też w ten sposób jedności atlantyckiej, bo jak można ufać w zapewnienia Niemiec – argumentują Skinner i Russell – kraju, który szczyci się tym, że złamał swoje deklaracje w sprawie wydawania 2 proc. PKB na obronę i oszukał w ten sposób sojuszników. Berlin wiele ugrał, niczego nie poświęcając, Stany Zjednoczone poszły na duże ustępstwa, nie uzyskując niczego w zamian.
Mało tego, w Moskwie i w Pekinie już doskonale wiedzą, że amerykańskie sankcje nie będą ani nadmiernie dolegliwe, ani też długotrwałe, co tylko wzmocni ich wolę, aby „przeczekać”. Oczywistym skutkiem porozumienia Bidena i Merkel będzie upowszechnienie się w świecie przekonania, że Ameryka jest słabsza, bardziej skoncentrowana na swoich problemach i skłonna do ustępstw.
A może w całej sprawie chodzi o coś zupełnie innego? Niektórzy amerykańscy eksperci, np. Daniel Yergin, specjalista w zakresie rynków ropy i gazu, już od pewnego czasu postulowali zmiękczenie presji sankcyjnej na Nord Stream 2, co miało być gałązką oliwną wobec Rosji i w konsekwencji doprowadzić do osłabienia związków Moskwy z Pekinem. Przygotowanie kraju do strategicznej rywalizacji z Chinami jest głównym celem politycznym Bidena, więc w imię tego nieraz trzeba się zdobyć na niepopularne kroki. Ten klasyczny geopolityczny manewr w stylu Henry’ego Kissingera miałby zmienić relację sił w świecie i zwiększyć możliwości USA. Tyle że, jak zauważył Michael McFaul, były amerykański ambasador w Moskwie, Kissinger, wsiadając w 1971 r. do samolotu lecącego do Pekinu, odwiedzał kraj, który był w ostrym politycznym, a wcześniej nawet wojennym konflikcie ze Związkiem Sowieckim, co znakomicie ułatwiało jego zadanie. Teraz mamy do czynienia z przyjaźnią między Putinem a Xi Jinpingiem i trudno sobie wyobrazić, argumentuje McFaul, aby Moskwa zerwała związki z Chinami, które są fundamentem jej polityki, w imię niepewnego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. W jego opinii polityka w stylu „odwróconego Kissingera” byłaby zbudowana nie tylko na fałszywych założeniach, a przez to nieskuteczna, lecz również Ameryka musiałaby zapłacić za zbliżenie z Rosją, poświęcając Ukrainę i Gruzję. A to oznaczałoby, zdaniem McFaula, uznanie rosyjskich stref interesów w Europie Środkowej i zawarcie czegoś w rodzaju Jałty 2.0.
Mocne słowa o zdradzie
Kiedy się czyta głosy polityków i liderów opinii publicznej z państw naszej części Europy, to ma się wrażenie nie tylko głębokiego rozczarowania polityką Bidena, lecz również głęboko zakorzenionego przekonania, że „Rosja wraca”, będzie chciała i mogła znacznie więcej znaczyć w Europie Środkowej, a na wsparcie Waszyngtonu można liczyć coraz mniej.
Gabrielius Landsbergis, litewski minister spraw zagranicznych, powiedział w wywiadzie, że niemiecko-amerykańskie porozumienie w kwestii Nord Stream 2 jest „wielkim zwycięstwem Putina” i „pomyłką, za którą przyjdzie nam drogo zapłacić”. Ton komentarzy na Ukrainie jest jeszcze ostrzejszy. Powszechnie mówi się o zdradzie, a deklarację sygnowaną przez Merkel i Bidena przyrównuje do memorandum budapeszteńskiego. Dokumentu, który miał gwarantować Ukrainie nienaruszalność granic, a okazał się wart tyle, ile papier, na którym został spisany. Kijowowi w tym roku nie udało się zrealizować właściwie żadnego z deklarowanych celów politycznych. Ukraina nie uzyskała planu członkostwa w NATO, Zełenski nie został nawet zaproszony na szczyt paktu do Brukseli, nie ma przełomu w kwestii Donbasu, a ostatnio z Waszyngtonu nadeszła informacja, że ani Biden, ani Harris nie przybędą na spotkanie Platformy Krymskiej – inicjatywy, do której Kijów przywiązuje wielką wagę. Na to nałożyło się bolesne przeświadczenie o tym, że jest się w sposób otwarty lekceważonym. Niemcy i Amerykanie nie uznali za stosowne konsultować z sojusznikami z Europy Środkowej swych decyzji w sprawie Nord Stream 2, co zdaniem wielu ukraińskich komentatorów oznacza kres polityki „nic o nas bez nas”, a nawet – jak informowało politico.com – urzędnicy Departamentu Stanu wywierali presję na Kijów, aby ten nie krytykował zbyt ostro decyzji w sprawie gazociągu. Już po rozmowach Merkel–Biden w Waszyngtonie niemiecka kanclerz wróciła do kwestii „formuły Steinmeiera”, czyli faktycznej zgody Ukrainy na to, aby wybory w Donbasie odbyły się na warunkach i pod kontrolą Moskwy i jej sojuszników. To oznacza, że zwycięża polityka ustępstw wobec Rosji, a nie można wykluczyć, że niemiecki upór, aby nie dostarczać Ukrainie sprzętu wojskowego, może się stać również linią polityczną obowiązującą w Waszyngtonie.
Nowe pole gry
Proamerykańscy politycy na wschodniej flance NATO „nie mają innej opcji, jak tylko Waszyngton” – otwarcie napisali o tym Kiron Skinner i Russell A. Berman, a w związku z tym mogą być lekceważeni i pomijani. Czy rzeczywiście?
Jeśli zgodzić się z argumentacją, a w świetle tego, co stało się w Waszyngtonie, jest to dość oczywiste, że Ameryka jest nie tylko słabsza niż w przeszłości, lecz również ma tego świadomość, dlatego „ceduje” niektóre obszary na sojuszników, w tym wypadku na Niemcy, to oznacza otwarcie nowego pola gry.
Berlin jest silny gospodarczo i normatywnie, kontrolując Unię Europejską może narzucać „reguły gry” państwom naszego regionu, ale w innych obszarach jest słaby i to otwiera pewne możliwości naszym krajom. Jak napisał Robert Dalsjö, ekspert szwedzkiego think tanku wojskowego FOI, „smutne jest to, że podczas gdy wszyscy ufają solidnemu Bundesbankowi, Bundeswehra to koszmar i niewielu odważyłoby się zaufać gwarancjom bezpieczeństwa sformułowanym przez RFN”. Ten sam ekspert, po informacji o zakupie przez Warszawę 250 abramsów, napisał, że „Polska ma potencjał, aby stać się tym, czym był RFN w czasach zimnej wojny – silnym państwem frontowym”. Dotychczas wykorzystywała, w jego opinii, te możliwości „tak sobie”. W takim ujęciu nowoczesna i silna armia gwarantująca bezpieczeństwo całemu regionowi jest nie tylko odpowiedzią na rosnące zagrożenia ze strony Moskwy, lecz przede wszystkim narzędziem poprawiającym pozycję Polski w relacjach z sojusznikami. Głównie z tego powodu, że będąc świadkami zmierzchu porządku multilateralnego, opartego na umowach i zasadach, wchodzimy w epokę, w której większe znaczenie będą odgrywać siła i potencjał państw uczestniczących w rozgrywce międzynarodowej. Nie oznacza to, że układy i porozumienia wielostronne przestaną się liczyć, a jedynie to, że w kształtującym się nowym świecie samo odwoływanie się do umów i wartości może już nie wystarczyć. Boleśnie doświadcza tego dziś Ukraina.
Być może kontury nowego świata wcześniej od innych dostrzegł Viktor Orbán, który nie tylko współpracuje z rosnącymi w siłę graczami spoza UE, w rodzaju Turcji, lecz również świadomie i celowo eskaluje napięcie na linii Budapeszt – Bruksela. Jego ostatnie decyzje w sprawie referendum związanego z ustawą zakazującą propagandy homoseksualizmu, co wzbudziło wściekłość na Zachodzie, ale przede wszystkim deklaracja, że „Węgry stworzą własny fundusz odbudowy”, jeśli Unia zablokuje środki, pokazują nie tylko gotowość do twardej rozgrywki, lecz również świadomość własnych atutów i słabości konkurentów. Jeśli Orbánowi uda się pozyskać za plecami Brukseli środki na rozwój kraju, to czy Unia wzmocni się w wyniku wojny z Budapesztem? Jeśli politycy niemieccy mówią, że współpraca gospodarcza z Rosją nie ma wymiaru geostrategicznego i nie wiąże się z przyjmowaniem moskiewskiego punktu widzenia, to dlaczego zachodnie inwestycje w Europie Środkowej miałyby pociągać za sobą przyjmowanie liberalnej agendy cywilizacyjnej? Jeśli Berlin nie kontroluje, o czym wielokrotnie mówił, własnego biznesu, który chce inwestować w Moskwie, to czy ma moc powstrzymania napływu kapitałów do Europy Środkowej? Wreszcie silnie zmitologizowane i używane w postaci straszaka na ogłupiałą publiczność grożenie wyrzuceniem z UE. Jeśli prawdą jest, a co do tego nikt nie ma raczej wątpliwości, że na Unii opiera się dzisiejsza pozycja i potęga Niemiec, to czy Berlin, „pozbywając” się Europy Środkowej, będzie działał na własną szkodę?
Nie sprawdziły się też prognozy o krachu brytyjskiej gospodarki po brexicie i odpływie kapitałów z Londynu, co może oznaczać, że z gospodarczego punktu widzenia „gdzie indziej też jest życie”. Niewątpliwą prawdą jest, że ostatnie 20 lat to dla państw Europy Środkowej czas szybkiego rozwoju i bezpieczeństwa. Czy jednak był to „prezent” od Zachodu, za który nie zapłaciliśmy wysiłkiem całego pokolenia pracującego znacznie więcej niż np. we Włoszech i Hiszpanii, za ułamek tamtejszej płacy? Niewątpliwie na akcesji do Unii skorzystaliśmy, ale czy „stara” Europa straciła?
Wreszcie mówienie o polityce opartej na wartościach w przypadku Niemiec jest w gruncie rzeczy zabiegiem dość humorystycznym. Mamy do czynienia raczej z parawanem skrywającym realne interesy. Dobrym przykładem jest tu Bułgaria. Bojko Borysow, były premier, ulubieniec Merkel, nigdy nie stał się za swoich 10-letnich rządów obiektem krytyki, nie mówiąc już o unijnych postępowaniach, bo zawsze był lojalnym „żołnierzem” niemieckiej kanclerz. Sofia nie naruszyła praworządności, mimo że na polecenie Borysowa służby specjalne na masową skalę podsłuchiwały polityków opozycji. Bułgaria nie została też skrytykowana za rozpanoszoną korupcję i najsłabsze w UE tempo szczepień przeciw COVID-19. Bruksela nie zaczęła postępowania w sprawie korupcji nawet po tym, jak media obiegły zdjęcia z sypialni Borysowa, wówczas premiera, zrobione ponoć przez luksusową prostytutkę, na których widać było przechowywane przezeń sztabki złota i paczki banknotów euro, ponoć z łapówek. Do działania unijnych biurokratów nie skłoniło nawet to, że w czerwcu amerykańskie Ministerstwo Finansów wpisało na listę objętych sankcjami za korupcję, co po raz pierwszy dotknęło podmioty z UE, 80 bułgarskich firm i trzech polityków. Zaniepokojenia Brukseli nie wzbudziły także informacje o tym, że kontrolowany przez ludzi Borysowa niewielki bank przeznaczył 500 mln euro ze środków unijnych na kredyty dla ośmiu zaprzyjaźnionych firm powiązanych z władzą.
Walcz i negocjuj
Stary świat gwarantujący nam bezpieczeństwo i prosperity odchodzi w przeszłość. Państwa pozycjonują się w nowym porządku, w którym bardziej będzie się liczyła realna siła. Zresztą w różnych wymiarach, zarówno tradycyjnym wojskowym, jak i normatywnym, a także gospodarczym. Nie oznacza to zerwania z sojusznikami i poszukiwania nowych aliansów, ale wymusza potrzebę nowego rozumienia polityki. Przestanie ona być domeną spokojnych uzgodnień i cyzelowania kompromisów, bo na to, w obliczu szybko rysujących się zmian, nie będzie nawet czasu. Stanie się ona bardziej nerwowa, elastyczna, zmienna, oparta na formule „walcz i negocjuj”. Trochę jak dzisiejsze stosunki Turcji i Rosji, państw w tym samym czasie ostro ze sobą rywalizujących, ale też dobrze w niektórych obszarach współpracujących. Już raczej nie będziemy „wielką rodziną” narodów europejskich. Nasze stosunki bardziej będą przypominać relacje między sąsiadami, dobrze ze sobą żyjącymi, ale którym zdarzają się konflikty. Te państwa, które pierwsze zrozumieją naturę nowych porządków, mają szansę na tym wygrać.
Artykuł z 31/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
