Cena migracji. dramatyczna sytuacja LibańczykówCena migracji. " W Bejrucie niemal wszystko przypomina o dramatycznej sytuacji, w jakiej znaleźli się Libańczycy"

Libańczyków nie tylko nie stać już na utrzymywanie uchodźców. Nie stać ich na utrzymanie samych siebie. To bez wątpienia lekcja, z której wnioski powinny wyciągnąć również inne kraje.
Liban jest idealnym przykładem tego, do czego może doprowadzić kraj polityka otwartych ramion wobec migrantów. Dziś Libańczyków nie stać już nie tylko na utrzymanie uchodźców. Sami żyją w skrajnej biedzie, bo gospodarka w ich kraju kompletnie się załamała.
Ci, którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że niekontrolowana migracja może zniszczyć kraj, przyczyn kryzysu ekonomicznego w Libanie upatrują w potężnym wybuchu w porcie bejruckim, do jakiego doszło latem ubiegłego roku. Tyle tylko, że taki scenariusz to jedynie wymysł życzeniowej postawy zwolenników lewicowo-liberalnego podejścia do sprawy. Fakty są takie, że gospodarcza zapaść dopadła Liban wiele miesięcy wcześniej. Ludzie, protestujący przeciwko sytuacji ekonomicznej pogarszającej się w zastraszającym tempie, na ulice Bejrutu wyszli już przecież pod koniec 2019 r. Kryzys musiał więc trwać od dłuższego czasu, skoro doprowadził do tak dużych napięć społecznych.
Nie ma wątpliwości, że jednym z jego powodów, poza wszechobecną korupcją, było przyjmowanie przez lata, i to bez opamiętania, uchodźców z Syrii i Palestyny. Dziś ten mały, gościnny dla przybyszów, kraj na Bliskim Wschodzie nie jest w stanie zapewnić swoim obywatelom już nawet nie życia na średnim poziomie, ale jakiegokolwiek bezpieczeństwa socjalnego wykraczającego poza kilka najbliższych dni, które wiele rodzin i tak może przeżyć tylko dzięki wsparciu humanitarnemu od innych krajów.
W obliczu dramatu
W Bejrucie niemal wszystko przypomina o dramatycznej sytuacji, w jakiej znaleźli się Libańczycy. W samym centrum nagle dostrzegam kilkukilometrowy sznur samochodów stojących na poboczu. Okazuje się, że to kolejka do stacji benzynowej, którą akurat zaopatrzono w paliwo. Dziś w Libanie, obok leków, to najbardziej deficytowy towar. Dla wielu jego brak oznacza zawodowy koniec.
Z George’em spotykam się na jednej z niewielkich uliczek w centrum Bejrutu. Blisko portu, w którym ponad rok temu doszło do ogromnego wybuchu. Jego mieszkanie też ucierpiało, ale nie aż tak jak inne. Skończyło się na powybijanych szybach i wielkim strachu. 50-latek i jego rodzina nie musieli się wyprowadzać.
Tylko jedną noc spaliśmy u siostry mojej żony, a później można było wrócić, posprzątać i dalej mieszkać
– opowiada George, który z zawodu jest taksówkarzem, więc od jakiegoś czasu nie zarabia, bo nie ma gdzie kupić paliwa.
Od kilku dni siedzę bezczynnie w domu. Jeszcze nigdy nie było tak beznadziejnie. Nie dość, że nie mogę pracować, to jeszcze mamy ciągłe przerwy w dostawie wody i prądu. Bejrut zatrzymał się w miejscu
– narzeka wyraźnie podłamany George, który ma powody do zmartwień. Nie chciałby skończyć tak jak jego kolega po fachu, 47-letni Rober, który zmarł na atak serca.
Carole Samara, wdowa, sama wychowuje pięcioletniego Charbela. Odwiedzamy ją w skromnym mieszkania na przedmieściach Bejrutu. Winą za śmierć swojego męża obarcza państwo, które od dłuższego czasu nie jest w stanie zapewnić Libańczykom podstawowej opieki zdrowotnej. Rober najpierw uległ wypadkowi i nie mógł dalej pracować jako taksówkarz. Przez kilkanaście miesięcy nie mógł znaleźć innej pracy. Z tygodnia na tydzień był coraz bardziej przygnębiony, aż w końcu popadł w depresję. Wylądował w szpitalu. Koszty leczenia musiała ponieść rodzina.
W końcu wypisali go do domu. Tutaj miał dojść do siebie, ale kilka dni później zakłuło go mocno w klatce piersiowej i już z tego nie wyszedł
– opowiada Carole, nie umiejąc powstrzymać łez.
Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, mój kochany mąż pewnie wciąż by żył
– dodaje.
Nad przepaścią
Bezrobocie w Libanie sięga 70 proc. Waluta spadła na dno. W przeliczeniu do dolara i sytuacji sprzed kryzysu Libańczycy zarabiają dziś nawet 20 razy mniej. Nie mówiąc już o pensjach w sektorze państwowym. Niektóre wynoszą 40 dol., co często nie pokrywa nawet kosztów dojazdu do pracy.
Odwiedzamy jeden z państwowych szpitali, zlokalizowany bardzo blisko zdewastowanego wybuchem portu. Część placówki udało się już odbudować – sprawia bardzo nowoczesne wrażenie. Inne skrzydło wciąż jest w remoncie. Szpital zmaga się jednak z dwoma potężnymi problemami: brakuje leków i personelu. W obliczu finansowej zapaści część lekarzy i pielęgniarek wyjechała do pracy za granicą. Głównie do Francji i Belgii.
Największy problem mamy z różnego rodzaju antybiotykami. Ich brakuje niemal non stop. Państwo nie ma pieniędzy, tym bardziej że dostawcom trzeba płacić w dolarach
– opowiada Christelle Yacoub, pielęgniarka.
W wybuchu, który mocno pogłębił finansowy kryzys w Libanie, zginęło ponad 200 osób, a prawie 8 tys. zostało rannych. 300 tys. osób straciło dach nad głową. Wiele rodzin wciąż nie ma dokąd wrócić. Żyją z dnia na dzień, dzięki pomocy humanitarnej płynącej z całego świata, także z Polski. W ostatnim czasie paczki żywnościowe dostało tysiąc rodzin.
To żywność z długim terminem ważności, bo w wielu miejscach w Libanie wciąż brakuje prądu. Do tego 1,5 tony leków, przybory szkolne i środki do uzdatniania wody
– wymienia ks. prof. Waldemar Cisło, dyrektor polskiej sekcji Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Część darów trafiła także do nielegalnych obozów dla syryjskich uchodźców, które rozsiane są na niemal całej długości libańsko-syryjskiej granicy.
Na granicy
Do Saadnayel przyjeżdżamy koło południa. Przed wybuchem wojny w Syrii liczyło ok. 2 tys. mieszkańców. Teraz przebywa tam ok. 15 tys. osób, głównie uchodźców w obozach. W jednym z nich odwiedzamy szkołę. To dla syryjskich dzieci najważniejsze miejsce, w którym choć na chwilę mogą zapomnieć o tym, w jakich warunkach żyją.
Brakuje nam niemal wszystkiego. Pieniędzy na dowóz dzieci do szkoły, na przybory, na opłacenie nauczycieli
– mówi Moataz Kharnoub, dyrektor szkoły, której klasy mieszczą się w blaszanych kontenerach.
Jedną z uczennic jest 12-letnia Malak al Ali. Jej rodzina z Syrii uciekła siedem lat temu.
Pamiętam, jak nasi sąsiedzi zginęli w bombardowaniu. Głównie takie chwile kojarzą mi się z Syrią
– opowiada Malak. Wraz z rodzicami i czwórką rodzeństwa mieszka w dwóch namiotach. W środku stół, krzesła i trzy materace.
Jakoś musimy sobie radzić
– mówi Mona al Ali, matka dziewczynki.
Co kilkadziesiąt metrów, pomiędzy prowizorycznymi namiotami, znajdują się sporej wielkości zbiorniki z wodą. Bieżącej w obozie nie ma. Właśnie dlatego potrzebne są przywiezione z Polski środki do jej uzdatniania.
Libia przez lata była otwartym na uchodźców krajem. W końcu wojna w Syrii toczy się tuż za ich granicą. Jednak dziś Libańczycy, nauczeni doświadczeniem, do sprawy podchodzą już całkiem inaczej. Na własnej skórze odczuli, czym jest niekontrolowana migracja, która doprowadziła ich kraj do gospodarczego upadku.
Gdy spotkałem się z patriarchą Kościoła maronickiego w Libanie, opowiedziałem o sytuacji panującej dziś na polsko-białoruskiej granicy i zapytałem, co, jego zdaniem, powinna zrobić Polska. Abp Béchara Boutros Raï na tak zadane pytanie odpowiedzieć nie chciał, ale opisał, jak polityka otwartych ramion zepchnęła Liban nad finansową przepaść.
Nie wywołaliśmy żadnej wojny, a teraz kraje, które ją rozpętały, proszą nas, byśmy przyjęli uchodźców i zajęli się nimi. Nie zapewniają nam jednak żadnego wsparcia. Dlatego mówimy im, żeby sami zajęli się swoimi ludźmi, bo my już nie mamy żadnych możliwości
– powiedział patriarcha.
Libańczyków nie tylko nie stać już na utrzymywanie uchodźców. Nie stać ich na utrzymanie samych siebie. To bez wątpienia lekcja, z której wnioski powinny wyciągnąć również inne kraje. Także te naciskane z zewnątrz na prowadzenie polityki, która – jak widać na przykładzie Libanu – prowadzi do gospodarczego upadku.
Artykuł z 41/2021 numeru tygodnika „Sieci”.
